27.07.2020

Walczący o rząd dusz, w komicznych szatach obrońców moralności, podżegają do morderczej nienawiści. Kapitaliści w pogoni za zyskiem redukują obszary głodu i zmieniają nędzarzy w krezusów. Gęgacze abstrahują od rzeczywistości, historycy zmieniają przeszłość, ludzie czekają na mesjasza, poszukują informacji o zdrowej i odmładzającej diecie i hodują kwiaty przydomowej nieufności do wrogiego świata. Ziemia się kręci, jesteśmy coraz bogatsi i coraz bardziej niespokojni. Władcy różnych pierścieni zapewniają, że trzeba wszystko zburzyć, bo dłużej tak się żyć nie da. Piękni dwudziestoletni słuchają z zapartym tchem i wznoszą coraz głośniejsze okrzyki.
Zaraza wybuchała już wiele razy. Nic nowego. Są powody do niepokoju. Nadmiar punktów widzenia. Co do mnie, częściej zajmuję się oglądaniem świata niż mojego kraju, ale mój kraj nie przestaje być ważny, a tu mój prezydent, mój premier, a jak by tego było mało, to jeszcze mój minister sprawiedliwości. Mój minister sprawiedliwości łudząco przypomina mi oficera bezpieki, który mnie kiedyś przesłuchiwał. Mam dziwne wrażenie, że nie jest to wyłącznie fizyczne podobieństwo, jest tu coś więcej, coś, czego nie umiem dokładnie zdefiniować.
Nie mogę powiedzieć, że ten prezydent to nie mój prezydent, bo znów jestem obywatelem tego kraju, tu płacę podatki, tu biorę udział w głosowaniach, które albo kończą się tak, jakbym chciał, albo inaczej. Prawdę mówiąc, zawsze inaczej i nie ma to znaczenia, jak długo te głosowania nie są czystą formalnością. Pięcioprzymiotnikowe wybory to pierwszy krok do państwa prawa. Jakie to przymiotniki? Jakie mają być wybory? Równe (czyli głos każdego głosującego liczy się tak samo), powszechne (czyli prawo głosu mają wszyscy obywatele kraju powyżej 18 lat), bezpośrednie (czyli nikt nie głosuje w moim imieniu), tajne (czyli władze nie mogą sprawdzić, kto jak głosował), proporcjonalne (czyli żadna partia polityczna nie powinna mieć statusu PZPR).
Czasem pojawiają się obawy, że te nasze wybory nie są tak naprawdę uczciwie pięcioprzymiotnikowe, ale chwilowo te obawy nie są w pełni uzasadnione. Wywalczone trzy dziesięciolecia temu odejście od komunizmu jest (jeszcze) zwycięstwem. Chcemy jednak przywrócić państwo prawa. Czy można przywrócić coś, czego tak naprawdę nigdy nie było? Intrygujące pytanie.
W 1985 roku znakomita szwedzka prawniczka Brita Sundberg-Weitman wywołała w swoim kraju burzę, publikując książkę pod tytułem Rättsstaten åter (Przywrócić państwo prawa). Autorka pisała o długim procesie odchodzenia od idei prawa, które informuje, o tym, czego robić nie wolno, chroniąc społeczeństwo przed pasażerami na gapę, w kierunku prawa dekretującego jak być powinno. Ponad dwadzieścia lat później Brita Sundberg-Weitman powróciła do tej tematyki w książce pod tytułem Sverige och rättsstaten på 2000-talet (Szwecja i państwo prawa na początku XXI wieku). Rozważa w niej problem woluntaryzmu władz, niezależności sądów, kwestię rzeczowości i bezstronności wymiaru sprawiedliwości, pytanie, kiedy i w jakim stopniu publiczna działalność władz narusza swobody i prawa obywatelskie.
Kilka dni temu czytałem w „Rzeczpospolitej” krótki artykuł polskiego prawnika, Roberta Gwiazdowskiego, wykładowcy na Wydziale Prawa i Administracji Uczelni Łazarskiego, pod tytułem „Praworządność po angielsku”. Już pierwsze zdanie zatrzymuje: „To nie społeczeństwo tworzy normy, to podzielanie norm przez jednostki tworzy z nich społeczeństwo”. Historia gospodarki (która przez dziesiątki lat była głównym obszarem moich zainteresowań), łączy się z socjologią, ekonomią, prawem, religioznawstwem i historią. To zdanie otwierające artykuł Gwiazdowskiego cofa natychmiast myśli do stwierdzenia Maksa Webera, że etyka protestancka jest duchem kapitalizmu i do dziesiątków późniejszych badań nad związkami między religią a rozwojem gospodarczym, między normami głęboko zakotwiczonymi w społeczeństwie a praworządnością właśnie.
Jak pisze Gwiazdowski, nie do końca wiadomo jak zdefiniować „rządy prawa”, czy jak kto woli praworządność. Autor przywołuje opinię brytyjskiego prawnika z XIX wieku o tym, że supremacja prawa w brytyjskim systemie wynika z jego oparcia na precedensach, a więc raczej z orzecznictwa, a nie uznaniowych decyzji panujących o życiu i własności poddanych. Oczywiście jest to pewien skrót myślowy oparty na przekonaniu, że nie da się wszystkiego skodyfikować, że lepiej jest mieć mniej praw, a ich interpretację pozostawić „rynkowi” orzeczeń z możliwością odwołań do wyższych instancji.
Przywołanie opinii Alberta Venn Dicey’a jest dla Gwiazdowskiego pomostem do koncepcji praworządności Fredricha Hayeka, o której pisze:
W wieku XX prawną zasadę „rule of law” eksponował Fredrich Hayek – laureat Nagrody Nobla z ekonomii – uważając ją za gwarancję funkcjonowania wolnego rynku. Rozróżniał prawo (nomos), czyli podlegające egzekucji normy postępowania, i legislację (thesis), czyli celowe tworzenie wiążących reguł zachowania mających prowadzić do osiągnięcia określonego rezultatu. W przeciwieństwie do legislacji, która jest produktem konstruktywistycznej racjonalności i w procesie rozwoju społecznego pojawiła się bardzo późno, samo prawo „nie zostało nigdy wynalezione” i ma charakter odwieczny – towarzyszyło ludzkości na długo przed tym, zanim była ona w stanie je wyartykułować za pomocą języka. Na gruncie założeń przyjętych przez Hayeka prawo jest pierwotne wobec zbiorowości ludzkich i wszelkich tworzonych przez nie instytucji. To nie społeczeństwo tworzy normy, to podzielanie norm przez jednostki tworzy z nich społeczeństwo.
Tu wyłania się ogromny problem rozumienia i respektowania norm postępowania w różnych społeczeństwach. Po obaleniu komunizmu w Polsce, w początkach lat 90., zdumiewała popularność powiedzenia „Pierwszy milion trzeba ukraść”. Pewien Anglik postanowił założyć szkołę biznesu w Krakowie i szybko ją zlikwidował, kiedy na kurs etyki biznesu nie zgłosił się ani jeden student. Moglibyśmy to przypisywać świeżym wpływom komunizmu, gdyby nie fakt, że liczne badania nad stosunkiem do cudzej własności pokazywały znaczące różnice postaw w społeczeństwach z dominującą religią katolicką i protestancką. Wielu badaczy zastanawiało się nad pytaniem, czy była to kwestia bardziej drastycznych kar w społeczeństwach protestanckich, czy odmiennych norm przekazywanych przez religię, czy wreszcie odmiennych relacji społecznych, jakie wykształciły się w społecznościach protestanckich po zniesieniu systemu stanowego. Zapewne na tę odmienność postaw wpływały wszystkie te czynniki łącznie, dla mnie jednak szczególnie interesująca była obserwacja jak ta etyka protestancka, oczekująca od każdego odpowiedzialności za życie własne i za życie swoich dzieci (i piętnująca biedę jako grzech), była demontowana przez państwo opiekuńcze, uczące nowych norm, zwalniających z osobistej odpowiedzialności i systematycznie wzmacniających postawy roszczeniowe.
Można powiedzieć, że tak niedobrze i tak niedobrze. Bezwzględność etyki protestanckiej prowadziła w praktyce do na przykład skazywania na roboty i wysyłanie do Australii za kradzież bochenka chleba, więc dążenie do tworzenia siatki bezpieczeństwa dla najbardziej potrzebujących było nie tylko ludzkim odruchem, ale i działaniem politycznie rozsądnym, przeciwdziałającym narastaniu nastrojów rewolucyjnych.
Dla mnie, przybysza z Polski (w 1971 roku), szwedzka praworządność była zdumiewająca i zachwycająca. To co uderzało najbardziej, to poszanowanie prawa przez obywateli. Władze oczywiście krytykowano, jednak poziom poszanowania czy to przepisów ruchu drogowego, czy jakichkolwiek innych, chwilami wręcz śmieszył. Było rzeczą oczywistą, że w rozumieniu przeciętnego mieszkańca Szwecji praworządność nie oznacza oczekiwania poszanowania prawa tylko przez innych, ale przede wszystkim przez siebie.
Fredrich Hayek dostał nagrodę Nobla w 1974 roku (co w pewnym sensie było reakcją na coraz bardziej widoczne negatywne efekty państwa występującego w roli Janosika), jednak dla zrównoważenia efektu dzielił ją z Gunnarem Myrdalem, który miał dokładnie odwrotną ideę państwa, z której wynikało, że obywatel jest istotą pozbawioną jakiejkolwiek sprawczości i państwo musi go urządzić. Kiedy ponad dziesięć lat później Brita Sundberg-Weitman domagała się przywrócenia państwa prawa, chodziło jej również o powrót do społeczeństwa, w którym obywatele są dorosłymi i odpowiedzialnymi jednostkami.
Robert Gwiazdowski pisze, że w takim rozumieniu rządów prawa w Polsce nie było nie tylko za rządów PiS, ale nigdy.
Marzenie o tym, żeby Polska była państwem prawa, musi się zatem opierać na fundamencie poszanowania prawa przeze mnie. Co prowadzi mnie do stwierdzenia: mój prezydent, mój premier i na domiar złego mój minister sprawiedliwości.
Dopiero potem możemy zacząć zastanawianie się nad tym, co robić, by poszanowanie prawa (również przez władze) zaczęło nas zmieniać w społeczeństwo.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

Panie Redaktorze BM, czy Pan naprawdę używa tego monstrualnego edytora? Czy Pan próbował opcji „skopiuj – wklej”? Przecież ten edytor pieprzy wpisy gorzej, niż PiS pieprzy państwo.
Chciałbym powtórzyć część komentarza pod artykułem Dariusza Wiśniewskiego „Łi pipul”.
Panowie Zbynio, Jareczek, Antoni, i cala reszta tego gangu, wcale nie chcą zniszczyć gejów, kobiet, dziennikarzy, czy nauczycieli. Oni chcą zniszczyć społeczeństwo. Ich celem jest, aby żaden gej, kobieta, czy nauczyciel nie miał oparcia w niczym i w nikim. Żeby był sam i bezbronny. Pan Jareczek i reszta dzielą ludzi na niewolników, przyszłych niewolników, i wrogów. Ich celem jest, aby dwie ostatnie kategorie zniknęły i żeby pozostała tylko pierwsza kategoria.
W Polsce pana Jareczka przyjęło się słowo „suweren” na oznaczenie niewolnika. Pierwszym i może największym sukcesem pana Jareczka jest to, ze niewolnicy myślą o sobie, ze są suwerenami.
Panie Andrzeju, czy po tym komentarzu Pan nadal uważa pana Zbynia za swojego ministra, zaś pana Jareczka za swojego …, no właśnie, swojego kogo?
Panie narciarzu2. Jak można to Panu wyjaśnić? Gdybym był członkiem PiS, prezes tej partii byłby moim prezesem (szkoda, że Pana tego rodzaju podstaw logiki nie nauczono). Jestem polskim obywatelem i rząd, który mi sie bardzo niepodoba, jest moim rządem (szkoda, że to do Pana nie dociera). Krytykuję mój rząd, wręcz zwalczam mój rząd, ale to nadal mój rząd, czy tego chcę, czy nie. Oczywiście mogę ignorować rzeczywistość i uznać, że to nie mój kraj, nie mój rząd i nie sobie dzikusy robią co chcą, ale to może być kontrproduktywne. Jeśli dążę do zmiany mojego rządu, to jest rzeczą zasadną uznawanie rzeczywistości. Może jestem w błędzie, ale Pana fascynujące pytanie mnie z niego nie wyprowadza.
Zdania w rodzaju „szkoda, że Pana tego rodzaju podstaw logiki nie nauczono” mógłby Pan sobie darować.
Obawiam się, że to nie jest takie łatwe chociaż logiczne. Dochodzimy do ściany w rozumieniu naszych powinności obywatelskich. Jeżeli uważamy, że ten rząd rujnuje nasz kraj i nie ma szans na powstrzymanie jego polityki w drodze procedur parlamentarnych, to powinniśmy masowo wychodzić na ulicę i protestować. I tak, to jest wojna. Jeżeli uznamy wyższość prawa nad własnym logicznym myśleniem, to powinniśmy udać się na emigrację wewnętrzną i przyzwyczajać się do myśli, że jesteśmy obcymi na „tej ziemi”. Jeżeli chcemy pozostać osobami integralnymi. Możemy więc czekać biernie na „lepsze czasy”. Jest to moim zdaniem sytuacja niewolnika (tak, pan narciarz2 bez ogródek nazwał rzecz po imieniu), który musi przyjąć wszelkie ograniczenia nakładane na jego prywatne życie (z naciskiem na słowo prywatne) przez „pana”. A jak dobrze widzimy, „pan” nie ma krztyny szacunku dla nas i wie lepiej co jest dla nas właściwe. W istocie z trudem toleruje naszą obecność. Rzeczywistość jest taka, że mamy konflikt pomiędzy stronnictwem popierającym państwo prawa w uniwersalnym znaczeniu i stronnictwem popierającym państwo ekskluzywnego „naszego” prawa, czyli bezprawia w uniwersalnym znaczeniu. Logika nakazywałaby zwalczać bezprawie, a nie podporządkować się.
Myślę, że nie ma tutaj prostych recept. To jest zasadniczo przełomowy czas nie tylko w Polsce ale i na świecie. Sytuacja dwóch wrogich stronnictw. Każde z nich musi zdusić to drugie żeby przeżyć. I wydaje się, że jest to najtrudniejszy w historii czas dla państwa prawa. Szczęśliwi ci, którzy mają mocne, ugruntowane instytucje państwa prawa. Ale to nie jest przypadek naszego kraju, co ładnie Pan pokazał w artykule.
Moim zdaniem, najważniejszą cechą PiSu jest jego bardzo prosta organizacja. PiS jest zorganizowany na zasadach gangu osiedlowego. Jeden herszt i jego żołnierze. Jest to organizacja prosta i bardzo efektywna w celu podboju. Ten gang zdobył i podbił dzięki prostej i skutecznej taktyce (co na drodze, to nieprzyjaciel; kto nie jest naszym żołnierzem, ten jest wrogiem; wroga należy zniszczyć tylko dlatego, ze jest wrogiem) oraz bardzo konsekwentnej strategii (należy zdobyć każdą niezależną instytucję i obsadzić swoimi żołnierzami). To jest taktyka i strategia armii, gangu, albo maszerującej armii mrówek. Prosta i skuteczna w celu podbicia terytorium i społeczeństwa wroga. A po podboju się zobaczy. Tak postępowali Amerykanie po inwazji na Irak. Podobnie postępują gangi narkotykowe w Meksyku. Podobnie postępuje Kościół Katolicki. Oczywiście jest to obraz uproszczony, bo każdy konkretny przypadek jest trochę inny i nie muszę Pana uczyć szczegółów, bo Pan zna je dużo lepiej ode mnie. Takim niewiele znaczącym szczegółem jest na przykład to, ze w każdej, nawet zbrodniczej organizacji zaplącze się ktoś przyzwoity, kto wyłamuje się z prostego obrazka. W hitlerowskiej armii zdarzali się poszczególni szlachetni ludzie, a w Kościele Katolickim znalazł się ksiądz Lemański. Zależnie od nastawienia do tych nielicznych szlachetnych można przywiązywać wagę albo bardzo dużą, albo wręcz żadną. Ja przywiązuję niewielką, bo moim zdaniem ci szlachetni nie zmieniają ogólnego kierunku organizacji, do której należą. Kierunek jest raczej wyznaczany przez wewnętrzną bezwładność organizacji oraz przez jej przywódców. W przypadku PiSu przywódcy są patologiczni i to oni wyznaczają kierunek.
Po tym przydługim wstępie mam pytania. Jeśli Panu by się zdarzyło przenieść do Iranu, to czy tamtejszy rzad stałby się Pana rządem? A w Polsce Ludowej, czy rzad oraz Partia byli Pańskim rządem i Partią? Co prawda do PZPR Pan zapewne nie należał, ale rzeczywistość była właśnie taka a nie inna. Czy to była Panska rzeczywistość, do której Pan się przyznawał? Idac dalej ta drogą, jak Pan ocenia Niemców, którzy w większości akceptowali Hitlera oraz NSDAP? Ja wiem, ze argument ad Hitlerum jest dosc powszechnie uznawany za poniżej pasa, ale moim zdaniem to błąd. Historia i psychologia nazizmu nie powinny być wymazywane dla wygody dyskusji. To tez jest część naszej europejskiej tradycji i nie ma się co wypierać. Legitymizacja i akceptacja nazizmu to jest model, do którego należy się odnosić. Jeśli się komuś nie podoba Hitler jako przykład, to są inne przykłady. Praktycznie każdy dyktator cieszy się poparciem społeczeństwa. Większość społeczeństwa się identyfikuje z rządami dyktatora i z samym dyktatorem.
Porównywanie Kaczyńskiego do Hitlera to oczywiście byłoby wielkie nadużycie. Ale dopatrywanie się wspólnych mechanizmów akceptacji autorytaryzmu to nie jest nadużycie, Te mechanizmy są wszędzie podobne. Czytając Pański artykuł, widzę znaki ostrzegawcze. To jeszcze nie jest wezwanie do wstępowania do PiSu, bo o to Pana nie podejrzewam. Ale to jest opuszczenie rękawic z pozycji obronnej do pozycji poniżej pasa. No, bo skoro mój rzad, to może także mój gang? A skoro mój gang, to może także moje metody? Tak to się zaczyna, moim zdaniem. Nie bardzo mi się to podoba w tej konkretnej Pańskiej wypowiedzi. Te akurat elementy widzę u Pana pierwszy raz.
No i znowu najechałem myszą na te strzałki i niechcący zagłosowałem sam na siebie. Co za utrapienie.
„Marzenie o tym, żeby Polska była państwem prawa, musi się zatem opierać na fundamencie poszanowania prawa przeze mnie. ”
*
Podejście do prawa obywateli RP jest zdecydowanie inne niż Skandynawów, Niemców, Holendrów i wielu innych społeczeństw. Historia POlaków oraz dominujacy w Polsce kosciól instytucjonalny są istotnymi czynników determinujacymi ten stosunek co najmniej od 300 – 400 lat.
Teza, że stosunek pojedynczego obywatela do prawa determinuje kształt ustroju prawnego państwa, a zarazem przekształca ludność w społeczeństwo jest bardzo dyskusyjna. Wynika z niej ni mniej ni więcej tylko fakt, że nie będziemy mieli państwa prawa jak długo większość z nas (a najlepiej wszyscy) nie będzie tego prawa przestrzegać. Tymczasem te dwie rzeczy są raczej rozłączne. Mam wrażenie, że większość obywateli RP przestrzega prawa (być może w sposobach i formach odmiennych jak Skandynawowie) a państwa prawa nie ma.
*
Tu dochodzimy do pewnego nieporozumienia wynikającego zarówno z artykułu Roberta Gwiazdowskiego jak i z nieporozumień na tle interpretacji myśli takich uczonych jak Max Weber czy Hayek. Teorie zazwyczaj odnoszą się do modeli idealnych, aby dzięki budowie wzorca lepiej rozumieć ich sens. W sensie idealnym ani Polacy ani Skandynawowie nie mają państwa prawa, ponieważ życie społeczne w żadnym razie nie jest w stanie nawet przybliżyć sie do modelu idealnego. Różny stosunek rozmaitych narodów i społeczeństw do prawa wynika z odmiennych tradycji, historii, religii, etc. Mimo tego żadnemu z tych narodów nie można odmówić przymiotu bycia społeczeństwem, ponieważ każda z tych zbiorowości, tj. większość jednostek, respektuje normy i wzorce zachowań utrwalone w procesie dziejowym. Te wzorce i normy pozostają ważne nawet, jesli są odmienne od norm i wzorców innych społeczeństw.
*
Demokratyczne państwo prawa o którym mowa odnosi się do innej przestrzeni – do norm i wzorców legislacyjnych, czyli ustalanych odgórnie w procesie sprawowania władzy. Częścią tego prawa oprócz norm prawnych jest kształt instytucji stojacych na straży ich wykonywania. W okresie 1989-2015 proces legislacyjny tworzył zręby państwa prawa dalekiego od doskonałości, a nawet bardzo niedoskonałego. Począwszy od 2015 r. mamy do czynienia ze świadomym i celowym niszczeniem tych instytucji i norm, które z trudem tworzyliśmy w okresie wcześniejszym.
Nie ma szans na zbudowanie demokratycznego państwa prawa w sposób jaki obowiązuje po 2015 roku. Takimi metodami zbudowac mozna co najwyżej autorytarne i oligarchiczne państwo, w którym prawo jest subiektywnym narzędziem opresji służącym wyłącznie waskiej warstwie rządzacych. Orbanowi na Węgrzech juz prawie to się udało.
*
Reasumując – ani prezydent, ani premier, ani żaden z ministwów nie jest „moim” urzędnikiem, ponieważ żaden nie otrzymał madatu do niszczenia państwa prawa. Ich mandat dotyczy wykonywania władzy w granicach prawa, które to granice nieustannie przekraczają w sposób celowy i świadomy. W tym sensie nie są moimi władzami a władzami uzurpatorskimi, które działają na zasadzie „wewnętrznych najeźdzców” i należy ich tak traktować. Mój punkt widzenia sprowadza sie do tego, że winni jesteśmy sobie i tej władzy obywatelskie nieposłuszeństwo i działanie wszelkimi sposobami i środkami (zgodnymi z prawem obyczajowym utrwalonym przez stulecia) do zastąpienia wewnętrznych najeźdzców władzami, które będą działały w granicach mandatu jaki otrzymają w procedurze demokratycznej.
Aby prezydent, premier czy dowolny minister mógł być nazwany „moim” musi respektować zakres mandatu jaki otrzymał w wyborach. Inaczej nie jest „moim” urzędnikiem a jego działania same z siebie pozbawiają go legitymizacji.
Jeśli dajemy przyzwolenie na naruszanie prawa sobie i swoim bliskim, to niby dlaczego mamy oczekiwać, że politycy bedą zachowywali sie inaczej. To najkrótsza odpowiedź, dłuższa wymagałaby książki z całymi obszarami życia społecznego gdzie obywatele RP uważaja masowo, że poszanowanie prawa byłoby absurdalne. (Lewe zwolnienia lekarskie, oszystwa podatkowe, oszustwa w celu uzyskania świadczeń itp, itd).
Nie rozumiemy sie. Nie twierdzę, że „dajemy przyzwolenie na naruszanie prawa sobie i swoim bliskim”. To nie my a władze po 2015 r. masowo, systematycznie, celowo i świadomie łamią prawo. Mamy przygladać się temu w sposób bierny?
*
Te obszary życia społecznego „gdzie obywatele RP uważaja masowo, że poszanowanie prawa byłoby absurdalne. (Lewe zwolnienia lekarskie, oszystwa podatkowe, oszustwa w celu uzyskania świadczeń itp, itd).” dotyczą nie tylko POlski. Tak jest w wielu współczesnych krajach Europy i Ameryki Północnej.Trzebaby dysponowac badaniami jakiego % obywateli to dotyczy i czy aby większa część z nich to nie wyborcy pisowców. Ale tego nie zmieni władza, która łamie prawo bardziej od swoich obywateli. Przecież, gdyby nagle ci obywatele zaczęli szanowac prawo ta władza nie zmieniła by się ani odrobinę.
Warto odróżnić pojęcie prawożadności (żadanie praw dla siebie) od praworządności. Prawożądność jest powszechna, bezmierna i ponad podziałami. Jeśli jednak istotnie i konsekwentnie żądamy poszanowania prawa nie da się tego inaczej zrobić jak zaczynając od siebie. Wtedy i politycy mogliby coś zacząć rozumieć.
Tutaj zdecydowanie sie różnimy, chociaż chciałbym wierzyć w postulowaną przez Pana idealistyczną koncepcje praworządności. Ona mnie o tyle zastanawia, że pewnie Pan wie dużo lepiej ode mnie, że za poszanowaniem prawa przez Skandynawów, Niemców, Holendrów, obok etyki protestantyzmu stoją setki lat absolutyzmu drakońskiego w sposobach karania przestępców w tych krajach.
Jeżeli przyjmiemy, że to jedyny sprawdzony sposób na powszechną praworządność w skali społecznej, to ciekawe czy wystarczy 300 lat rządów pisowskiej satrapii czy tylko 150-dziesiąt?
*
Różnimy się w tej materii ponieważ ja uważam, że współczesny obywatel RP jest dużo bardziej praworządny w skali społecznej, niżby to wynikało z naszych stereotypów, dotyczących nagminnego łamania prawa. No może za wyjątkiem pijanych kierowców.
*
„Wtedy i politycy mogliby coś zacząć rozumieć.” Podobny sposób myslenia próbowała lansować publicystyka światłych i zasłużonych skądinąd dziennikarzy w PRL. Dla polityków, którzy są skrajnie zdemoralizowanymi hipokrytami nic z tego nie wynikało ani w PRL, ani tym bardziej nie wynikałoby teraz, oprócz bezkarnosci i rozzuchwalenia. Wówczas Jacek Kurski brałby już nie 2-gi a dziesiąty ślub kościelny (tym razem na Jasnej Górze), a pisowscy prominenci mieliby prawo raz dziennie opluć i/lub fizycznie skopać jednego opozycjonistę lub dziennikarza. Kto wie może jak szlachta (jeszcze w XVIII wieku) mieliby prawo bezkarnie zabić „zwykłego” obywatela ? (Już dziś kwestionują podstawowe prawa człowieka, a od przemocy do unicestwienia krótka droga!).
Do partii można dobrowolnie wstąpić i można ją też opuścić (jeszcze). Można sobie założyć własną partię o dowolnym statucie i normach wewnętrznych. Kraju urodzenia raczej się nie wybiera. Logika w Pana wywodzie jest ale założenia są błędne. Stąd wniosek końcowy jest fałszywy. Ponieważ nikt z nas nie wybrał sobie miejsca urodzenia, tak ważne staje się stworzenie wspólnej platformy norm i procedur, akceptowanych i przestrzeganych przez wszystkie strony (szersze omówienie poniżej w komentarzu pana slawka). To jest chyba istota państwa prawa. Jeżeli któraś ze stron łamie ten konsens uznając, że dostała misję od boga (czyli od kogo?), to co to dla Pana oznacza? „Uznanie rzeczywistości” jak Pan pisze? Argumenty slawka i narciarza2 są bardzo mocne, a przy tym przemyślane, wyważone i nie agresywne. Jeśli ma Pan kłopoty z dostrzeżeniem, że nie mamy w Polsce do czynienia z kontynuacją państwa prawa pod rządami PiS to znaczy, że gdzieś się Pan mocno pogubił.
To ostatnie zdanie nie jest w moim stylu ale świadomie sparafrazowałem pański komentarz skierowany do mnie w innej dyskusji. Czasem lustro pomaga.