28.03.2021
Nie ma teraz ważniejszej sprawy niż walka z wirusem. Grożą nam najczarniejsze scenariusze: ludzie umierający na ulicy, kopanie masowych grobów dla zmarłych, których nie będą w stanie pochować zakłady pogrzebowe, zamknięcie wszystkich i wszystkiego z godziną policyjną. Tak jak to było lub jest w wielu krajach.
W tym, co widzimy skumulowane są zaniechania wobec służby zdrowia, jakie obciążają wszystkie ekipy rządzące po transformacji 89 roku. Nie ma sensu na zagłębianie się w to, kto i w jakim stopniu jest tu winien bardziej. Od tego nie przybędzie nam lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych – a to jest teraz najważniejsze. Nie liczba miejsc w szpitalach; ją można zwiększyć przekształcając inne oddziały, w których leczy się chorych nie–cowidowych. To liczba kwalifikowanych kadr medycznych stanowi teraz największy problem.
Na wojnie podejmowane są różne decyzje. Nawet takie jak odsyłanie chorych do domu, jeśli tylko nie oznacza to wystąpienia bezpośredniego zagrożenia dla ich życia. Szpitale mogą zwiększyć liczbę sal, wybór sprzętu… Tu są jeszcze możliwości. Nie da się jednak zwiększyć od zaraz liczby lekarzy, pielęgniarek, ratowników. Kadra zaś pracująca przy chorych z wirusem to też tylko ludzie. Za chwilę mogą po prostu nie wytrzymać obciążenia. I paść z wyczerpania.
Jedyne rezerwy, jakie są do dyspozycji decydentów, to powołanie do pracy studentów medycznych ostatnich lat, rezygnacja z egzaminu ustnego lekarzy na stopień specjalisty i skierowanie ich już teraz do pracy z chorymi. Liczenie na lekarzy z krajów sąsiednich (tu w grę wchodzą tylko Ukraina i Białoruś) niewiele da. Emigracja z tych krajów, gdzie przecież też szaleje wirus, jest silnie dwuznaczna moralnie i nieskuteczna dla poprawy naszej sytuacji.
Czy ktoś może sformułował apel o powrót do kraju polskich lekarzy pracujących w sąsiednich krajach na zachód od polskiej granicy? Czy można liczyć na ich odzew, na przyjazd do kraju w takiej potrzebie?
Potrzebne byłyby specjalne rozwiązania, różnica w płacy tu i tam jest ogromna.
A gdyby tak zaproponować uposażenie równe choćby tylko uposażeniu dwóch asystentek Adama Glapińskiego, prezesa NBP? Skoro Narodowy Bank Polski stać było na gaże tych dwóch pań, bez wyraźnych zadań do wykonania, w wysokości po 50 tysięcy każda, to może prezes Glapiński znajdzie też pieniądze dla polskich lekarzy, którzy zadeklarowaliby powrót na czas epidemii?
Wydolność polskiej służby zdrowia jest określona, podobnie jak każdej innej na całym świecie. Systemy ochrony zdrowia budowane są na czas normalny, na potrzeby określone demografią, związane z zagrożeniami wywoływanymi zanieczyszczeniem powietrza czy prawdopodobieństwem wystąpienia lokalnych zakażeń. Na czas globalnej pandemii nie jest przygotowany nikt i nigdzie. Pandemia to jest stan nadzwyczajny, wymagający specjalnych decyzji, stworzenia specjalnych procedur. To są zadania dla rządzących, nikt ich w tym nie może zastąpić. I tak jak w przypadku sukcesu i szybkiego opanowania choroby rządzącym należy się nagroda w postaci wzrostu autorytetu, dającego pewność wygrania kolejnych wyborów, tak w przypadku klęski i sromotnej przegranej wojny z wirusem rządzący muszą się liczyć z utratą władzy. Trzeciego wyjścia nie ma; liczenie, że ta wojna to przede wszystkim piarowe sztuczki, to elementarny błąd.
Jak sobie nasza władza radzi z epidemią widzi każdy obserwator sceny politycznej w Polsce. Mnogość błędów i zaniechań jest taka, że gdyby to podlegało niezależnej ocenie jakiegoś kompetentnego gremium, to tego rządu już by nie było. To oczywista oczywistość, jak mówił nasz klasyk narodowy.
Skoro jednak musimy trwać w systemie tej władzy i skoro nie mamy zbyt wielu możliwości decyzji do wyboru, to co nam zostaje?
Zostaje poprawa dyscypliny społecznej i bezwzględny nakaz przestrzegania tych trzech zasad: maseczki, dystans, dezynfekcja. To możemy zrobić i – jak już wie o tym cały współczesny świat – to jest skuteczne. To zdecydowanie zmniejsza liczbę zakażeń. A tym samym zgonów.
Czy można nazwać normalnymi postawy i zachowania ludzi mówiących głośno, ze wirusa nie ma, że to światowa „ściema”, że skoro szczepienie jest dobrowolne, to oni się nie zaszczepią ceniąc swoją wolność przede wszystkim?
Powiedzmy – nie tylko to nie jest normalne, ale jest to wyraźna dysfunkcja, wymagająca być może specjalnej terapii. Nie teraz, teraz nie ma miejsca dla takich przypadków.
Czy możemy coś zrobić? Co możemy zrobić?
Ci, którzy mają władzę, mają do dyspozycji cały aparat państwa. Proponuję, aby szanując prawo do wolności, do decydowania czy chcę się zaszczepić, czy nie, wprowadzić prawo nakładania kary za nieszczepienie się w wysokości 5000 złotych za każdy miesiąc bycia poza szczepieniem. Pieniądze uzyskane od tych, którzy wyżej cenią sobie wolność od zdrowia publicznego szłyby na poprawę kondycji naszej służby zdrowia. Ciekawe: jak długo wystarczyłoby im woli nieszczepienia się przy takiej wysokości kary?
A teraz na poważnie.
Po roku epidemii, śmierci kilkudziesięciu tysięcy ludzi i przy perspektywie osiągnięcia wielkości 100 -150 tysięcy zmarłych oraz wobec pewności, że czeka nas wieloletnie wychodzenie z zapaści zdrowotnej po epidemii i dodatkowo konieczność leczenia milionów tych, którzy przechorowali i przeżyli – wymaganie bezwzględnej dyscypliny od każdego jest oczywistością.
Z przestrzeganiem prawa w Polsce zawsze były kłopoty. Przyczyny są znane i opisane w naukach społecznych; nie miejsce i czas na ich szersze omówienie. Z wielu pojęć przydatnych jak sądzę w tym miejscu naszych rozważań, przypomnę tylko pojęcie „pustej przestrzeni”, społecznej próżni, jaka cechuje polskie społeczeństwo.
To z badań Stefana Nowaka, dawno już temu przeprowadzonych, wynika taki oto wniosek, że podstawowe więzi i emocje występują w Polsce na poziomie grup pierwotnych. Takich jak rodzina, kręgi przyjaciół. To tam koncentruje się społeczne życie Polaków.
Wyżej jeszcze w jakimś stopniu ważna jest społeczność lokalna – wsi, gminy, miasteczka. Powyżej tego poziomu jest próżnia społeczna i tak aż do kategorii narodu. Dopiero na poziomie narodu Polacy przeżywają znowu emocje i solidarność grupową. Widać to dobrze na stadionach w trakcie międzynarodowych zawodów sportowych.
Brakuje w Polsce tego, co jest cechą nowoczesnych społeczeństw, organizacji pozarządowych i innych – takich, w których budowane jest poczucie więzi z kim innym niż członkami naszej rodziny czy kręgu przyjaciół i kolegów. Bez wypełnienia treścią tej pustej przestrzeni nie zbudujemy społeczeństwa obywatelskiego. A bez tego przegrywać będziemy każdą bitwę wymagającą myślenia w kategoriach szerszych niż grupy pierwotne.
Czy pandemia zmieni coś w naszym podejściu do państwa, nie do rządzących, a do państwa?
Ilu jeszcze musi umrzeć ludzi, aby zwyciężyło podejście do choroby oparte na wiedzy i nauce? A nie na wierze choćby w to, że w kościołach ludzie znajdują duchową pociechę – a ta jest najważniejsza, bo tak zawsze było, gdy na ludzi spadało nieszczęście zarazy?
Tak było istotnie, tylko było to w czasach gdy ludzie nic nie wiedzieli o wirusach ani o sposobach ich zwalczania. To był inny świat. Jeżeli teraz, w XXI wieku jakiś funkcyjny znaczący społecznie człowiek mówi podobne rzeczy, to pokazuje jedynie, że nie jest z tego świata i słuchać go nie warto

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Tyle, że to chyba nie przede wszystkim kościoły lecz zachowanie osób, które dotychczas czuły się same bezpieczne, i zdaje się, że doskonale budują swoje społeczności. Stan nadzwyczajny ? kary pieniężne ? a jak tam tłumy w galeriach i dystans w sklepach ? od wielu miesięcy można było zachowywać się inaczej.
apel o powrót lekarzy z emigracji na czas pandemii jest krzykiem rozpaczy, i niestety krzykiem musi pozostać . lekarze, którzy wybrali emigrację zarobkową, mają tam swoje posady, kontrakty, o które nieraz latami zabiegali. zabrali tam lub założyli na miejscu rodziny. i tam też jest pandemia (jest wszędzie) i są pacjenci. powrót musiałby być na stałe, a więc z rodziną. lekarz na emigracji to nie piłkarz w zagranicznym klubie , który musi być zwolniony przez klub na mecze reprezentacji narodowej. nie mamy żadnego prawa żądać od lekarzy powrotu.
natomiast pomysł z przełożeniem egzaminu i zaangażowaniem jeszcze nieformalnych lekarzy do pomocy, jest rozsądny. jesteśmy na wojnie, stale to się powtarza, więc zachowujmy się jak na wojnie; w czasie pożogi nikt nie czekałby aż lekarze zdadzą ustny egzamin.
szczepienia powinny być po prostu obowiązkowe, a niepoddanie się szczepieniu powinno być objęte dolegliwą karą administracyjną, lub trudnościami z dostępem do usług publicznych. wolność w ramach organizacji politycznej jaką jest państwo, ma swoje granice; za klasykiem wypada powtórzyć, że wolność to uświadomiona konieczność. i z takim przypadkiem mamy do czynienia. sytuacja jest nadzwyczajna i wymaga nadzwyczajnych działań. z tym, że aby przymus był legalny, musi być wprowadzony stan nadzwyczajny.
Ale ja nie mam wrażenia że rządzący się przejmują naszym losem. oni zajmują się utrwalaniem swojej władzy przede wszystkim. ani nie dają przykładu ani nie apelują; przecież ostatnio premier oskarżył opozycję i prywatną służbę zdrowia… ja nie rozumiem jak można w tych czasach odmawiać dodatków służbie zdrowia, czy uchwalać 0,5mld na ipn, a odmawiać 80mln na psychiatrię itd. oni są dawno poszczepieni, a jak ich dopadnie mają rządowe szpitale. myślenie prospołeczne jest im obce, tam jest myślenie partyjne tylko i wyłącznie. klanowe. więc inne głosy czy opinie to głosy wołających na pustyni…
jest dokładnie tak jak Pan pisze, myślę i piszę o tym od zawsze to jest od czasów rządów „dobrej zmiany”.
I po tym wszystkim co pokazały rządy dobrej zmiany nie ma tąpnięcia w sondażach …PIS ma cały czas około 30% poparcie. Jak widać propaganda pisowsko – kościelna działa doskonale…
Zaciekawiła mnie ta „pusta przestrzeń” i jej wpływ na podejście do, że tak powiem, obowiązków jednostki wobec społeczeństwa.
Mnie się wydawało, że skrajny indywidualizm przyszedł do nas z bezrefleksyjnie i bezkrytycznie przyjmkwanym kapitalizmem zwłaszcza z przemożnym wpływem reklam, według których każdy jest jednoską zasługującą na to, by kupić sobie to, co najlepsze (bo jestem tego warta! – jak głosi slogan reklamowy). I w zasadzie tylko reklama piwa pokazuje jakąś wspólnotę.
Z drugiej strony – jedno może być objawem drugiego, albo też między owym umiłowaniem do reklamowego indywidualizmu a brakiem więzów społecznych jest sprzężenie zwrotne (jedno nakręca drugie, a drugie znów zachęca do pierwszego).
.
Nigdy nie myślałem o szczepieniach w kontekście „obowiązku społecznego” lub też o odmowie szczepienia, że może być skutkiem braku więzi społecznych. Oprócz tego wydaje mi się, że ignorowanie profilaktyki w działaniu państwa też może mieć swój udział. Jak wiadomo przeciwdziałanie jakiemuś zdarzeniu jest zazwyczaj znacznie tańsze niż zwalczanie skutków. Choćby przeciwdziałanie powodzi (odsyłam do Piotra Topińskiego i jego filmów prezentowanych też na SO odnośnie najprostszych barier dla górskich potoków) wielokrotnie tańsze niż usuwanie skutków.
Tak samo profilaktyka tańsza niż leczenie. Ale zazwyczaj ignorowana. Jakoś słabiej policzalna. Ratowanie życia – o tu można się oochwalić ile pieniędzy się wydało, ile czasu trwała operacja itd. – i media może nawet się zainteresują. A zwykłe nudne działania profilkatyczne, ani łatwo policzalne, ani spektakularne. Nikogo nie obchodzą.
Gdyby był nawyk pilnowania działań o charakterze profilkatycznym (albo w drugą stronę – konserwującym) to może i do szczepionek by mniejsza część społeczeństwa podchodziła sceptycznie.
To prawda, społeczeństwo zorientowane na konsumpcje to rezultat gospodarki kapitalistycznej nastawionej na stały wzrost produkcji a tym samym zysku. Reklama jest tylko narzędziem nakręcania popytu a tym samym nakręcania produkcji itd, itd
Zygmunt Bauman w opisie 'płynnego świata” mówił o tym jak kategoria producenta zamieniona została na konsumenta – to właśnie o tym.
Pusta przestrzeń jaką wyszla w badaniach Stefana Nowaka jest jednak rezultatem znacznie głębszych zjawisk, lokalnych, polskich ale sięgajacych do korzeni pojęcia obywatel w Polsce. W Polsce, która przez stulecia była ojczyzną dla 12-15 % mieszkających tam ludzi (to szlachta polska, polskie pany) i calej reszty niewolników -chłopów pańszczyźnianych pracujących na pana i plebana. Dobrze to ilustruje A.Leszczyśki w wydanej ostatnio „Ludowej historii Polski” – bardzo polecam
Bardzo dobry tekst p. Szczypińskiego.
Po sieci krąży historia lekarki ze Szwajcarii, pani Doroty Świetlickiej, która zaoferowała swoją pomoc w walce z wirusem w Polsce. Zadzwoniła do kilku szpitali. Wszędzie to samo. Potrzebny był stos dokumentów; zaświadczenia, autoryzacje, podania z podpisami etc. Zrezygnowała.
Podobnie jest z propozycją wykorzystania studentów ostatniego roku medycyny. Pomysł wydaje się rozsądny. Brakuje przecież personelu medycznego. Ale jego realizacja może być skomplikowana. Czy studenci zgodzą się? Czy będzie ich obowiązywała odpowiedzialność lekarska? Prawo pracownicze? Czy uczelnie wyrażą na to zgodę? Zanim odpowiemy na te pytania i wprowadzimy odpowiednie regulacje, miną miesiące.
Sama więc racjonalność zachowania może nie wystarczyć.
I chyba czas na bardziej radykalne posunięcia. Skala pandemii w Polsce jest ogromna.
Aby powstrzymać chaos, bezprawie oraz dalszą degradację publicznego zdrowia, prawdopodobnie potrzebny będzie przymus państwa, a więc jakaś forma stanu wyjątkowego; centralny ośrodek decyzyjny, zawieszenie niektórych praw obywatelskich i procedur demokratycznych, obowiązkowe szczepienia oraz ograniczenia w przemieszczaniu się ludności. Przypuszczam, że taki plan już istnieje i rząd jest bliski, aby wprowadzić go w życie, ale waha się z oczywistych powodów. Bo będą polityczne i społeczne konsekwencje takiej decyzji. Kościoły pewnie trzeba będzie zamknąć. Trudno – zdrowie i życie Polaków jest teraz najważniejsze.
Dopiero wtedy pani Świetlicka przyjedzie do Polski, a studenci ruszą na pomoc społeczeństwu.
Hurra ! Tę wojnę wygramy ! (dobry wojak Szwejk, pierwsza światowa. Ile ofiar ?)