Ernest Skalski: Fijołek czyni wiosnę?

14.06.2021

Photo by JillWellington on Pixabay

Cała opozycyjna Polska by chciała i nacisk na połączenie sił opozycji się wzmaga. Ale czy jej liderzy zrobią tak oczywisty krok? Przypuszczam, że wątpię. Chyba że się im stworzy specjalne warunki.

W roku 1988, podczas pierwszego pobytu w USA, usłyszałem anegdotę, która już wówczas miała około dwudziestu lat, a którą co najmniej raz umieszczałem w naszym Studiu. Liczę wszakże na krótką pamięć PT Czytelników

Facet u psychiatry: „Jak wielu, nie radzę sobie ze stresem z powodu wojny w Wietnamie, groźby katastrofy nuklearnej, konfliktu rasowego, demoralizacji młodzieży, upadku miast i stanu budżetu państwa. Ale nie to mnie sprowadza. Przyszedłem, bo wymyśliłem sposób na wszystko!”

Otóż chyba stałem się takim wariatem, wymyślając sposób jak połączyć niepołączalne. Dałem temu wyraz na piśmie, w Wyborcza.pl, 29.03., licząc na licznych czytelników – 250 tys. prenumeratorów – i w naszym Studiu, licząc na poważną dyskusję. Co miało miejsce.

Nie podaję linku, bo swój pomysł wariata podaję w nowszej, bardziej aktualnej wersji, z bardziej dobitną argumentacją. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Voila!

Wespół zespół

PiS miał 34,4 procent poparcia w jednym z niedawnych sondaży IBRIS i aż 38,1 według Pollster. Mając poparcie stale większe od każdej partii opozycyjnej, ma ciągle szansę, że przelicznik D’Hondta znowu zapewni mu większość w Sejmie. A do tego Kaczyński zwiększa ilość pionków, których głosami może operować. To nadal Solidarna Polska Ziobry, który się samodzielnie nie liczy w wyborach, to wciąż Porozumienie bez własnych wyborców, od którego odłupał frakcję Bielana, zyskując oddzielne narzędzie. Może się też układać z PSL, z Lewicą i ew. dobrać Kukiza.

Partia 2050 Hołowni, w tej samej kolejności; IBRIS i Pollster – 20,4 i 20,9 procent. Sondażowo już dominuje w opozycji, lecz sondaże nie wygrywają wyborów. W tym celu partia musi mieć zorganizowaną strukturę, złożoną z ludzi, dla których jest ona miejscem zapewniającym czy wspomagającym byt, dającym pozycję, szansę kariery. Ci ludzie muszą w kampanii intensywnie pracować, przyciągać wolontariuszy i kierować ich pracą. A na to wszystko trzeba pieniędzy i to niemałych. Tego wszystkiego 2050 jeszcze nie ma.

KO – 14,2 i zaskakujące 19,2 proc. Lecz ma to wszystko, co potrzeba partii, a czego brakuje Hołowni. Owszem, Platforma słabuje, ale wiadomość o jej śmierci niezupełnie pokrywa się ze stanem faktycznym. Zbyt wielu zbyt wiele włożyło w to przedsięwzięcie.

Lewica – to 9,5, i 7,3 proc., a w kwietniu było ponad 10, czyli głosowanie z PiS jej nie pomogło. Poparcie dla niej oscyluje wokół dziesięciu procent, a środki, czyli aparat i pieniądze, ma na tę właśnie skalę. Może wrócić do opozycji, jeśli ta będzie mądra i pozwoli lewicy na powrót z twarzą, może liczyć na status licencjonowanej opozycji Kaczyńskiego, stając się jego przystawką. A ponieważ jej miejsce w Sejmie wygląda na pewne, może zechce korzystać ze statusu i beneficjów samodzielnego bytu, z szansą na bycie poręcznym dopełnieniem jakiejś koalicji.

PSL ciut nad krawędzią – 5,2 i pod nią – 4,9. Za tym razem może się nie uda przeszwarcować do Sejmu. Tylko wejście do jakiejś koalicji daje tę pewność. Próby podczepiania się pod PiS grożą statusem kolejnej przystawki i to tej do pożarcia. Tak ze względu na elektorat wiejski, który PiS już w większości przejął, jak i małomiasteczkowy, który jest również pisowskim elektoratem. W koalicji demokratycznej natomiast PSL może być potrzebnym uzupełnieniem na stałe.

Porozumienie może być rozpatrywane jako ewentualna część opozycji. Jego potencjał maleje w miarę jak traci posłów. Gdyby jeszcze parę tygodni temu opozycja solidarnie i wiarygodnie zaproponowała Gowinowi stanowisko premiera rządu technicznego – nie marszałka Sejmu! – może Kaczyński już by nie rządził. Teraz w Zjednoczonej Prawicy Gowin jest za, a nawet przeciw i słabe ma szanse, że prezes zachowa go w koalicji w następnym rozdaniu. Poparcie Porozumienia mieści się w jednym procencie i szansą Gowina na pozostanie w polityce jest wejście do opozycji, dopóki stanowi on jeszcze jakąś siłę.

Kukiz jest ciągle do kupienia, ale już chyba tylko przez PiS.

Konfederacja z 6,9 i 8,7 proc. może być pewna, że w Sejmie zostanie. Jej przyszłość to rola opozycji z prawa.

Demokratyczna opozycja jest tą zupą rybną, z której się nie zrobi akwarium. Cóż z tego, że same tylko KO i 2050 Hołowni, połączywszy swe siły i środki, miałyby szanse pokonać PiS, kiedy wiadomo, że tego nie zrobią. Hołownia nie zaakceptuje siebie na innym miejscu niż nr. jeden opozycji, a Platforma – chwilowo? – nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji. Pozostałe potencjalne siły opozycji – po pierwsze – nie mają się do czego przyłączyć, a – po drugie – nie wiadomo, czy nie wolą przy każdej władzy pozostać samodzielnymi bytami w polityce. Bycie niekwestionowanym szefem własnej partii może być atrakcyjniejsze niż reprezentowanie mniejszościowego koalicjanta w charakterze ministra, czy nawet wicepremiera.

Razem, ale oddzielnie

Polska w epoce nowożytnej doświadczała straszliwych nieszczęść, ale w trzeciej dekadzie XXI wieku naszym największym nieszczęściem jest władza PiS i groźba jej kontynuacji. Ta władza może być chwiejna, skłócona, mieć dwie lewe ręce do roboty, ale rozkład jej może trwać i trwać, zaś Polskę psuje nieustannie i na długo. Sądy, media, samorządy, zadłużenie, inflacja, pozycja w Europie i świecie. Szczegółów w tym miejscu już opisywać nie trzeba.

Wielka zbiorowość, którą można określić jako opozycyjne społeczeństwo, zdaje sobie z tego sprawę. Stąd coraz to nowe apele do opozycji w tonie; połączcie się wreszcie, do jasnej cholery! Wszelako nawet po zwycięstwie Fijołka w Rzeszowie partykularne interesy partii i ich liderów pozostają bez zmian. Warto więc może powstrzymać się z kolejnymi apelami i zastanowić się, dlaczego tak jest i co można zrobić w tej sytuacji, jaka jest. Bo zawsze można coś zrobić. Uda się czy nie, lecz jak się nie zrobi to jest sto procent, że się nie uda.

Dla polityka bezpośrednim celem jest poprawa, czy utrzymanie swojej pozycji w partii, a partii, która mu to zapewnia, na scenie politycznej. I zawsze wytłumaczy, głównie sobie, że to jest w najlepszym interesie znękanej ojczyzny. Gdyby był przekonany, że dalsze panowanie PiS zagraża funkcjonowaniu takiej opozycji, w której on funkcjonuje dziś, a więc zagraża i jemu, to może by zaryzykował tym, co ma obecnie, lecz prezes, jak to przed wyborami, łagodnieje. I może już dalej taki będzie – lubią się oszukiwać niektórzy. Nie ma więc sensu irytowanie się, że ludzie są, jacy są. Takie mamy partie, takich polityków i z takimi trzeba odsunąć od władzy PiS. Pozwalam sobie zatem wrócić do tego, co tutaj pisałem już jakiś czas temu, że brak jedności to słabość, lecz byłby sposób na zamienienie jej w siłę. Postępująca dekompozycja opozycji czyni to coraz bardziej koniecznym.

Różniące się partie zarejestrowałyby wspólną listę i w możliwie wiarygodny sposób zapowiedziałyby, że prowadząc oddzielnie swoje kampanie i oddzielnie zbierając głosy, zsumują je jako głosy koalicji. Przelicznik D’Hondta zadziała wówczas na korzyść koalicji, nie PiS. Pomysł dwóch bloków opozycji to mydlenie oczu i pozostawia Kaczyńskiemu możliwość skorzystania z D’Hondta i zachowania władzy.

Premierem zostawałby polityk partii z największym poparciem. Jego nazwisko musiałoby być podane przed wyborami, by głosowano nie tylko na program, lecz także na najważniejszą osobę w strukturze władzy.

Z aktualnego rozkładu sił wygląda na to, że największe szanse miałby Hołownia. I dobrze. Nie dlatego, że się najbardziej nadaje na tę funkcję, bo nie nadaje się, bez praktyki w zarządzaniu czymkolwiek i obycia w polityce. On jednak, przez swoją niedookreśloność, umiarkowany katolicyzm, miałby największą szansę na przyciąganie tych wahających się, co to by może i pozbyli się PiS, lecz których odstręcza radykalizm obyczajowy i antykościelny wielkiej części opozycji.

Pomysł takiej koalicji pojawiał się już w dyskusjach, ale nie wytrzymywał krytyki. Koalicja od Lewicy do PSL, a może i do Porozumienia, mogłaby może zebrać więcej głosów niż PiS, ale nie mogłaby wypracować wspólnego programu dla Polski, z odpowiedzią na pytanie, bez której nie można stawać do wyborów; a co po PiS? Można by jednak realizację tego, co po PiS rozłożyć na dwa etapy. Pierwszy byłby realizacją tak zwanego wspólnego mianownika, minimum programowego, na które cała demokratyczna opozycja mogłaby przystać. Lecz minimum nie wygrywa wyborów. Wyborcy oczekują wielkiej wizji, która wymaga czasu, ale i tego, że natychmiast zobaczą i poczują zmianę, Wiedząc, że to tylko konieczny wstęp do zasadniczych przemian. Czyli oczekiwanej wizji.

Konstytucja obywatelu!

Zacznijmy od wizji. Będzie nią zaskakująca zapowiedź; wybieramy Konstytuantę, parlament, który w czasie kadencji uchwali nową Konstytucję RP!

PiS przemielił Trzecią RP. Spełniła swą historyczną funkcję i jest nie do odtworzenia, z powodu wad, faktycznych i wyobrażonych. Jeśli formację PiS uznać za IV RP, to partie tworząc koalicję, musiałyby w wiążący sposób zadeklarować wolę uchwalenia konstytucji stanowiącej Piątą Rzeczpospolitą. V RP byłaby hasłem, nieodzownym przy wielkich przełomach. Nośnym, zrozumiałym, mieszczącym się w polskiej tradycji, jeszcze bez konkretów, wywołujących przedwczesne spory.

Konieczność zmian w strukturze państwa i w jego funkcjonowaniu wynika z wad modelu III RP i naruszeń demokracji dokonanych przez PiS. Do rozstrzygnięcia w nowej konstytucji byłaby m.in. ochrona konstytucyjnych praw i wolności ograniczanych na mocy ustaw, republika prezydencka, jak we Francji, czy kanclerska, jak w RFN, istnienie i rola Senatu, funkcjonowanie i liczebność Sejmu, finansowanie partii politycznych, ścisły rozdział władzy ustawodawczej i wykonawczej, ewentualna wybieralność sędziów, konieczność czy zbędność prokuratury jako ogólnokrajowej hierarchicznej struktury, uprawnienia samorządów. I wszystko, co jest materią konstytucyjną. Prezydent PiS–u będzie mógł wetować ustawy Konstytuanty, jeśli nie uzyskają one 276 głosów, lecz uchwaloną lege artis Konstytucję będzie musiał podpisać.

Partie prezentowałyby w kampanii swoje wizje Polski i swoje pomysły na konstytucję oraz na poszczególne rozwiązania, odkładając spory między sobą do rozstrzygnięcia po wyborach, w Konstytuancie. Przed wyborami wystarczyłoby nie atakować się wzajemnie i nie domagać się uznania swojej wizji V RP, jako warunku tworzenia koalicji. Partie nie musiałyby wstępnie akceptować postulatów, które im nie odpowiadają. I nie rezygnowałyby niczego ze swoich celów. Starałaby się o ich poparcie, w postaci głosów i mandatów, a wynik wyborów by odpowiadał z grubsza rozkładowi poglądów obywateli. W parlamencie i w społeczeństwie byłoby już wiadomo kto czego chce. Zaistniałaby płaszczyzna dyskusji, sporów, kompromisów i decydujących rozstrzygnięć. Strony powinny tylko wstępnie ustalić niekontrowersyjne posunięcia nowej większości, tworząc od razu inną rzeczywistość polityczną i wstrzymując dalsze niszczenie Polski. Czyli to wyborcze minimum, które wszyscy powinni natychmiast odczuć i nabrać wiary, że to początek historycznych przemian.

Zmiana dotychczasowej polityki na proeuropejską jest w tym zestawie poza dyskusją. Najbardziej palące, nie do pominięcia, problemy wewnętrzne to ochrona zdrowia i polityka emerytalna. Jedno i drugie w perspektywie nieuchronnego cywilizacyjnie starzenia i zmniejszania się społeczeństwa. Niezależnie od możliwych natychmiastowych posunięć w obu dziedzinach, konieczne jest wypracowanie dla nich wieloletnich programów. Jednak pomysły zgłaszane w kampanii wyborczej mogą być słabe merytorycznie, służąc siłą rzeczy, głównie przyciąganiu wyborców. Umowa koalicyjna powinna zawierać zobowiązanie do wypracowania w czasie kadencji tych programów. Uwzględnianych przez nową konstytucję.

Teraz jednak nie warto się skupiać na modelowaniu państwa po wyborach, lecz na tym, jak te wybory wygrać.

Po coś jest czas

Od razu po wyborach, w ramach uzgodnionego minimum, byłoby konieczne:

  • Usunięcie z ordynacji wyborczej przelicznika D’Hondta, przy zachowaniu pięcioprocentowego progu wyborczego. Tyle władzy ile poparcia.
  • Przywrócenie niezależności sądów, zawieszając do konstytucyjnych rozstrzygnięć powołane przez PiS Izby Sądu Najwyższego; Dyscyplinarną oraz Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Umarzając postępowania wobec nieposłusznych sędziów.
  • Ponowne rozdzielenie stanowisk ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Umorzenie postępowań i cofnięcie posunięć dyscyplinujących nieposłusznych prokuratorów.
  • Umorzenie w prokuraturze i sądach spraw demonstrantów.
  • Zapewnianie samorządom środków unijnych i wszelkich innych, proporcjonalnie do stawianych zadań. Bez partyjnego rozdzielnika.
  • Reaktywowanie służby cywilnej i przywrócenie odpowiednich kwalifikacji w dyplomacji.
  • Przekazywanie przez spółki z udziałem skarbu państwa do budżetu całości dochodu, który przypada państwu, bez prawa wydawania na inne cele. Ich władze byłyby powoływane na kadencję, w konkursach.
  • Ustawowa zmiana władz TVP i PR na bezstronne politycznie.
  • Natychmiastowe zawieszenie, do decyzji nowego parlamentu, prac na Mierzei Wiślanej, przy CPK i projektowaniu nowej tamy na Wiśle.

Konstytucja, rzecz jasna, wszystko to będzie mogła zatwierdzić, odrzucić, lub zmienić.

Wielki złożony problem – to wszystko, co się łączy z Kościołem. Zdecydowanie do rozstrzygnięcia w konstytucji. Ale jeszcze do jej uchwalenia, związany z Kościołem problem zakazu aborcji musi być choć w części rozstrzygnięty. Parlament i rząd muszą znaleźć sposób, aby kobiety natychmiast odzyskały możliwość przerwania patologicznej ciąży. Aborcja, kiedy i jak, to ważny problem, lecz nie jedyny, którym się kierują wyborcy, a zdominował dyskusję, jakby od niego zależało wszystko. Nie na próżno Kaczyński podrzucił opozycji ten zakaz, wiedząc, że ją podzieli. Jeśli skutecznie, to strony zostaną przy swoich słusznych poglądach, a nie będzie żadnych aborcji i nawet badania prenatalne staną się trudno dostępne.

Kaczyński liczy na to, że politycy i wyborcy opozycji nie potrafią odróżnić spraw ważnych od najważniejszych, że będą bezwzględnie walczyć o wszystko w wyborach, kosztem rozsądnego kompromisu między sobą. Że wierzą, iż z koszmarnej sytuacji jest krok do krainy szczęśliwości i wreszcie, że nie podzielają poglądu Leszka Millera, iż po to wymyślono czas, aby nie robić wszystkiego naraz. Dobrze będzie, jeśli się prezes przeliczy.

Kogo to obchodzi?

Kogoś na pewno; odpowiadam na zgłaszane zastrzeżenia wobec powyższego pomysłu. A w wyborach liczy się każde dwa procent. Zapewne mniej jest takich, których ten pomysł zrażałby merytorycznie. Jeśli by został mocno nagłośniony, a zwłaszcza gdyby stał się celem liczącej się siły politycznej, zainteresowałaby się klasa polityczna, ta bardzo szeroko rozumiana. Są to obywatele zainteresowani, nie tylko tym, co ich bezpośrednio dotyczy, lecz także sprawami kraju. Tacy, którym zależy na poczuciu sprawstwa.

Oczywiście, w każdym społeczeństwie więcej jest reagujących na to czy i jak daje się żyć. Obejmuje to także troskę o dzieci i wnuki, a także o swoją starość. To wszystko wymaga sprawnego, przewidywalnego państwa prawa, pasującego do Europy.

Opozycyjne społeczeństwo zdaje się to rozumieć, co daje jakąś szansę w najbliższych wyborach.

Ernest Skalski

Ernest Skalski: Koszmar trwa

11.08.2021 I jeszcze potrwa. Szanse, że LEX TVN się nie ziści są słabe, lecz jakieś są. Ustawa trafi do Senatu, który …
Czytaj

Ernest Skalski: Kuba

10.08.2021 Photo by OpenClipart-Vectors on Pixabay Ażeby on wreszcie zdechł i pozwolił ludziom wziąć się do pracy! To była pierwsza moja …
Czytaj

Ernest Skalski: Wejście smoka

04.07.2021 Photo by DzidekLasek on Pixabay Nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać, przed którym to zjazdem PZPR w porządku …
Czytaj
Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. Andrzej Goryński 14.06.2021
  2. z.szczypinski@chello.pl 15.06.2021
  3. slawek 15.06.2021
  4. Mr E 16.06.2021
  5. szkiełkiem romantyka 17.06.2021
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com