29.06.2021

Zaprzyjaźniony psychiatra poszedł na emeryturę. Mam mu to za złe, ponieważ wielokrotnie tłumaczyłem, że otworzywszy prywatną klinikę zbiłby majątek choćby ze względu na „podaż” pacjentów z kręgów polityki krajowej.
Nie posłuchał.
„Mnie tam już nie zaszkodzą, chcę sobie pożyć spokojnie” – jego argument.
Parę dni temu podpisywaliśmy się pod listem 14 kobiet do (za przeproszeniem) ministra (za przeproszeniem) Glińskiego.
Nie wiem, czy ktoś ma wątpliwości co do skuteczności takich działań, które jak widać słychać i czuć – są i będą żadne. Jeśli polityk jest aż tak zaczadzony, by wydawać publiczne pieniądze na faszystowskie bojówki, które już pokazały co potrafią i jak widzą „swoją” Polskę, to z jednej strony musi być ciężko chory psychicznie, a z drugiej – pewny swej bezkarności. Teraz i zawsze.
Psychika panów Czarnka czy Glińskiego pokazuje bez żadnych wątpliwości to, że przez lata obrastała jakimiś bliżej mi nieznanymi kompleksami, fobiami, tłumionymi pragnieniami, aż wreszcie nadszedł moment, w którym mogła wybić na powierzchnię jak zatrute źródło.
Zdarza się, że szambo wybije z pękniętej rury, awarie zdarzają się wszędzie. Rzadko jednak zdarza się, że ponad 1/3 mieszkańców jest z tego zadowolona. A to właśnie pokazują najnowsze sondaże.
Jest jeszcze gorzej – coraz więcej osób deklaruje brak zainteresowania wyborami, gdyby takowe miały nadejść.
Co to oznacza?
Nie zamierzam się bawić w socjologa, mamy tu lepszych specjalistów. Zauważam jedynie pewne prawidłowości zachodzące w historii narodów dawniej, które (przyjmuję to bez zdziwienia) coraz wyraźniej ukazują się nam dzisiaj.
Stefan Kisielewski pisał o „urządzaniu się w czarnej …” itd.
Oczywiście, z punktu widzenia bezkompromisowego i zaangażowanego człowieka są to zachowania naganne. Jednak zszedłszy z obłoków na ziemię musimy przyjmować rzeczywistość taką, jaka ona jest. A jest taka, że kiedy człowiek przez lata, nie szczędząc środków ani sił buduje los swojej rodziny (co nigdy nie jest łatwe), zawsze zawaha się, kiedy przyjdzie wybrać między wykonaną pracą i jej wynikami a ideałami, w które – załóżmy – szczerze wierzy.
W takich wypadkach pomaga znane powiedzenie – „trzeba to przetrwać”.
Wynoszeni na piedestał od jakiegoś czasu „żołnierze wyklęci” dobrze poznali to zjawisko. Dwa – trzy pierwsze lata powojenne były czasem, w którym mogli spodziewać się realnej pomocy ze strony przynajmniej części społeczeństwa. Potem już coraz rzadziej aż po chwilę, kiedy zdecydowana większość stała się im wprost wroga. O tym aspekcie ich historii jakoś nie napomykają oficjalne nośniki „polityki historycznej”.
Żołnierze wyklęci nie umieli się znaleźć w tej sytuacji, stąd ich różne na nią reakcję. Nikt nie znal genialnego i prostego wyjścia.
Ich reakcje spowodowały, że ich „legenda” obrosła, niestety, także czarnymi kartkami. Dziś rządzący, nie wiem – świadomie czy nie – nie pokazują tych dylematów, które z wielu osób z powojennego podziemia zrobiły z czasem zwyczajnych bandytów i bezpowrotnie zbrukały ich pamięć. Szkoda, bo te ich „czarne” działania nie wzięły się znikąd. Miały swe źródło m.in. w postawie społeczeństwa zmęczonego wojną, czasami niepewności i stałego zagrożenia.
Czy ktoś może mieć pretensje do tzw. zwykłego człowieka, że chce żyć spokojnie i „robić swoje”? Może w średnich warunkach, może na nie najwyższym możliwym poziomie, ale spokojnie. Wiedzieć, że jutro i pojutrze tak samo wróci z pracy do domu i obejrzy serial w telewizji.
Nigdy i nigdzie, w żadnym czasie i w żadnym narodzie nie ma zapisanego „obowiązku heroizmu”, czego czasami nasza idealistycznie nastawiona inteligencja wymaga od bliźnich.
Instynkt przetrwania jest i zawsze będzie silniejszy.
Warto więc zauważyć ten narastający, jak się okazuje, trend odsuwania się obywateli od polityki i skupiania na rzeczach, na które mają realny wpływ. Bliższa koszula … itd.
Wiedząc co mu grozi w razie konfliktu z władzą, na co przykładów coraz więcej ogląda światło dzienne, niewielu zdecyduje się na walkę. Niestety, to prawda. I nie wolno mieć im tego za złe.
Każdy ma swój świat, mniejszy bądź większy, w sam raz na swoją miarę. I on jest dla niego najważniejszy.
Mój ulubiony ptak – kawka – żyje i żeruje w miejscach pozornie do tego nienadających się. Ale to ona sobie stworzyła swój świat tak, jak na to pozwoliły jej okoliczności. Odebrać go jej?
To zjawisko ma jeszcze jeden aspekt. Coraz silniejsze odsuwanie się tzw. inteligencji („tzw”. bo tak po prawdzie to niezdefiniowanej) od „mas” (j.w.)
Niechęć „zwykłego człowieka” do inteligentów drażniących władzę, paskudną, obrzydliwą, złą, ale jednak władzę, która coś może w stosunku do każdego, będzie narastała. To już było i jeszcze nie raz będzie. Wszyscy podejmujący działania przeciw niej powinni się z tym liczyć.
Wszystko idzie utartym torem. Zmiana języka, znaczenia słów i pojęć – to przecież znane z historii działania zmieniające w efekcie nasz świat. To już też było.
Wystarczy do najbardziej chwalebnego słowa dodać „pseudo” i mamy sprawę załatwioną. Przynajmniej na początek. Ten dodatek zawierający wątpliwość to zatrute ziarno, które jednak z czasem wypuszcza pędy i dość trudno je będzie kosić. O tym też warto pamiętać, bo już teraz słowo „elita” brzmi niemal jak inwektywa.
Był czas, kiedy tak brzmiało słowo „inteligencja” i obawiam się, że on wraca.
Co robić? Może wziąć przykład z przeciwnika skoro jest aż tak skuteczny? Pisałem kiedyś o latach pracy „Klubów Gazety Polskiej”, w których czasie powoli i uparcie kształtowała umysły wielu wyborców, a dziś zbiera żniwo. W tym czasie my nie zrobiliśmy nic.
Śp. Zbigniew Jujka, autor rysunków satyrycznych zastanawiał się w „Dzienniku Bałtyckim” czy nie warto tworzyć tajnych kompletów nauczania historii. Jakoś mnie to nie rozśmieszyło.
Dziś uważam, że warto i to nie tylko historii.
Jedyny pozytyw to ten, że przyjaciel, którego cenię wyjątkowo obiecał, że musi dożyć końca rządów PiS.
Czekają nas jeszcze długie lata.
Jerzy Łukaszewski

„Był czas, kiedy tak [inwektywa] brzmiało słowo „inteligencja” i obawiam się, że on wraca.” Dobrze Pan to ujął. Ale ten „czas” nie wraca; on po prostu zawsze z nami był. I – ma Pan tu rację – będzie. I boję się, że od rządzących zależy to, o tyle tylko, że oni tym często grają. Bo się opłaca. Nasza inteligencja po prostu lubi chować głowę w piasek i udawać, że „lud” ją kocha. Z wzajemnością, oczywiście. A potem przychodzi Chochoł i coś zaczyna nawalać.
Zgadzam się opisem sytuacji, tak jest jak Autor pisze. Nie zgadzam się z końcówką, pesymistyczną i demobilizującą. Z tych samych przesłanek trzeba budować optymistyczne scenariusze, Polityka to proces, ciąg procesów których dynamika przekracza wszelkie standardy, w polityce moze się wszystko zdarzyć a skoro tak to róbmy swoje jak śpiewał Wojtek Młynarski…
No właśnie: róbmy. Tylko z tym robieniem nie jest u nas za dobrze. Przywołałem przykład Klubów Gazety Polskiej. Oni coś robili.
Spróbujemy założyć sieć Klubów im. Stefana Bratkowskiego?
Roboty organizacyjnej trochę by było, przede wszystkim ze znalezieniem lokalu.
Ale może jednak warto?
„Człek sprzyja chętniej dobru niźli złu, ale warunki nie sprzyjają mu.” (Brecht)
Brecht miał w ogóle dobre pomysły (nawet uwzględniając te pochodzące od „współpracownic”). Ja nie wiem na ile pasowałoby tu „odwrócenie” jego wypowiedzi po wydarzeniach 17 czerwca 1953 w ówczesnym NRD; „Ten rząd powinien sobie wybrać inny naród.” (To nie dosłownie, ale taki był sens). Ja się kiedyś dziwiłem, że ludzie Zachodu (m.in. Ludendorf) twierdzili, iż władza radziecka nie ma poparcia ludu pracującego miast i wsi, którego wszak była emanacją.. Tak samo jednak dziwiłem się, że gnębiony przez ruską szlachtę mużyk tak twardo za cara i „rodinu” Napoleonowi się stawiał. Trochę mniej dziwiłem się „patriotyzmowi” polskiego chłopa w powstaniu styczniowym, bo wcześniej (przed moim zdziwieniem, nie powstaniem styczniowym) Kruczkowski coś mi tam do głowy („Kordian i cham”) o stosunkach inteligencji i ludu nasypał. Teraz dziwię się trochę mniej i nie bardzo widzę polskich chłopów pańszczyźnianych odrzucających oferowana im przez Tołstoja wolność. W naszym społeczeństwie nigdy chyba nie były one (stosunki inteligencja – lud) poprawne (Ciekawe gdzie – poza „Dialogami” Platona – były tak całkiem poprawne?) choć wojen chłopskich akurat nie mieliśmy. W moim odczuciu obecnie „tak całkiem normalnie”, pogłębionej w ostatnim czasie przepaści między czującą się jakoś okradaną inteligencją, a broniącym swych nuworyszowskich zdobyczy (m.in. finansowych) ludem zasypać się łatwo nie da. Wiem, że robię za Smerfa Marudę, ale ja nie widzę możliwości przetłumaczenia karmionym z michy ludziom, że wędka może być lepsza niż najlepsza nawet ryba, którą sami muszą sobie złowić. Jeśli Państwo widza to napiszcie.
Odnosnie: „Wiem, że robię za Smerfa Marudę, ale ja nie widzę możliwości przetłumaczenia karmionym z michy ludziom, że wędka może być lepsza niż najlepsza nawet ryba, którą sami muszą sobie złowić.”
Dziwi się Pan? Przecież wędki, które owi ludzie dostają są wybrakowane. A to kołowrotka, brakuje, a to spławika, czy żyłki. A jak już sami skompletują odpowiedni sprzęt to przychodzi straż wodna i każe płacić jeszcze za kartę wędkarską albo kwestionuje przynętę.
W tym samym czasie inni płyną po akwenach statkami, ryby w masowych ilościach poławiają sieciami i jeszcze niszczą łowiska.
Ciężko wtedy uwierzyć w „wędkę” jako narzędzie mające zaspokoić potrzeby biologiczne, a nie tylko potrzebę relaksu.