16.07.2021

Wysłuchałem pięknego i mądrego wywiadu Olgi Tokarczuk dla TVN. Uczta duchowa i intelektualna. Jest jednak jeden wątek, który budzi mój sprzeciw.
Szanowna Pani Olgo, wiem, że Pani się nie obrazi, bo ludzie mądrzy się nie obrażają za krytykę lub polemikę. Obrażają się ludzie mali.
Powiedziała Pani, że przeraża Panią to, co robi Elon Musk i jego zamiar kolonizacji Marsa. Tu się różnimy, bo mnie to zachwyca, a nie przeraża. Powiedziała Pani też, że są to zmarnowane pieniądze, które potrzebne są do ratowania Ziemi. Z tym też się nie zgadzam.
Jako młody człowiek studiowałem fizykę na kierunku astrofizyki. Później moje życie potoczyło się inaczej, ale cały czas się fizyką interesuję, śledzę doniesienia, czytam. W Polsce, gdy ktoś czyta, to już jest prawie wariat, a gdy czyta jak ja, głównie książki naukowe i popularnonaukowe, to już jest straszny wariat. Więc ja jestem straszny wariat i dlatego się ośmielam. Ja całe życie się ośmielałem i wychylałem i zawsze dostawałem po łbie, i dlatego na starość ten łeb mam taki twardy i nadal się ośmielam. Choćby pisać takie polemiki.
Ale do rzeczy. Pani Olgo, żadne pieniądze wydane na badania naukowe nie są zmarnowane, w tym pieniądze wydane na badania planet takich, jak Mars. Oczywiście badania naukowe, a nie takie jak panów Biniendy, czy Czarnka, którzy mają całe wykazy prac, w tym ani jednej naukowej.
Fizycy, w tym astrofizycy, mają niestety bardzo drogie zabawki. Rakiety, sondy kosmiczne, teleskopy orbitalne. Taki zderzacz hadronów w CERN też kosztował tyle, co budżet średniego państwa i co znalazł? Jakiś tam bozon Higgsa. Na co to komu? A no właśnie. To tak, jak z tym badanie planet. Na co to komu?
Na to, byśmy rozumieli świat, w tym to co, dzieje się z Ziemią. Ogólnie rzecz biorąc fizyka służy do rozumienia świata. Jeżeli chcemy rozumieć, to co dzieje się z Ziemią, jeżeli chcemy skutecznie walczyć z globalnym ociepleniem, to musimy rozumieć fizykę planet i nie możemy od niej oddzielić kawałka i zająć się tylko Ziemią.
Starożytny filozof Chuang Tsy, w III wieku p.n.e., w „Prawdziwej Księdze Południowego Kwiatu” (jedna z najmądrzejszych książek w historii), opisał człowieka, jako żabę w studni. Żaba widzi ze studni wycinek nieba i uważa, że to jest niebo. Nawet gdy ją wyjmiemy ze studni, będzie się upierać, że niebo, to ten wycinek, a to, co widzi teraz, to nie jest niebo. Astrofizyka służy do tego, byśmy widzieli całe niebo, a nie wycinek. Byśmy nie byli żabą.
Do niedawna uważaliśmy, że istnienie wody na Ziemi jest normą, a z reguły wody w kosmosie raczej niema. Dziś, dzięki badaniu księżyców Jowisza i Saturna, oraz badaniu mikroplanet w pasie Kuipera, wiemy, że jest odwrotnie. Wody w naszym układzie planetarnym jest mnóstwo i to głównie daleko od Słońca. Na planecie położonej tak blisko Słońca, jak Ziemia, wody właśnie być nie powinno. Woda na Ziemi istnieje dzięki specyficznej i bardzo delikatnej równowadze między energią od Słońca, temperaturą i ciśnieniem atmosferycznym na Ziemi. My, ludzie, właśnie tę równowagę psujemy. Moim zdaniem, właśnie to jest znacznie groźniejsze, niż wszystkie burze, pustynnienia i inne zjawiska wywołane globalnym ociepleniem.
A w ogóle, to zagrożenia, jakie niesie ocieplenie, gdyby nie alarm podniesiony przez geofizyków i astrofizyków (a nie ekologów), pewnie byśmy nie dostrzegali. Pewnie cieszylibyśmy się: – fajnie, będzie nam cieplej. Z całym szacunkiem dla ekologów, ale proponowane przez nich rozwiązania lokuję w sferze pomysłów naiwnych. Zjawisko jest znacznie bardziej skomplikowane, by samo odchodzenie od węgla, plastiku i sadzenie drzew coś rozwiązywało. Tu potrzebne są bardzo zaawansowane badania, w tym badania Marsa. Bo właśnie na Marsie stało się to, co nam grozi. Mars w przeszłości miał atmosferę i wodę. Obu się pozbył. Dla pełnego zrozumienia tego, co się dzieje na Ziemi, badania Marsa są kluczowe i nawet największe pieniądze nie są tu zmarnowane.
Szanowna Pani Olgo, pozwolę sobie na koniec, jako suplement do tego artykułu, przytoczyć krótki rozdział z mojej najnowszej książki (wydawca obiecał ją wydać we wrześniu – trzymam za słowo), rozdział „O potrzebie niepotrzebnych”.
A oto on:
O potrzebie niepotrzebnych
Zacznę od wspomnienia. W czasach późnoszkolnych lub wczesnostudenckich trochę głośnio zachowywaliśmy się z dwoma kolegami po godzinie 23.00. Zawsze czujna Milicja Obywatelska przybyła na „miejsce zdarzenia” i wpakowała nas na dołek komisariatu na Wilczej. Przybył Wyższy Funkcjonariusz i orzekł, że właściwie to nic złego nie zrobiliśmy i trzeba nas wypuścić. Kłopot w tym, że kolega Paweł nie miał jeszcze 18 lat. Nazwisko zmilczę, bo to dziś profesor szanowany i bardzo znany, po co wszyscy mają wiedzieć. Pawła z dołka musieli odebrać rodzice. Stawił się jego ojciec i milicjant przystąpił do spisania protokołu. Po pytaniach o nazwisko itd. zapytał o zawód. Ojciec Pawła mówi: — Poeta. A milicjant jak nie wrzaśnie: — Ja się pytam, gdzie pan pracuje!
No i słusznie. Wszak wedle poglądów właściwych i słusznych wówczas, a dziś bliskich ministrowi Glińskiemu, poeta nie pracuje. Poeta jest niepotrzebny. Takich wówczas i dziś niepotrzebnych jest więcej. Są to wszelcy artyści, naukowcy, pisarze, a nawet sportowcy uprawiający nie takie sporty, jak trzeba, lub nie tak, jak trzeba.
Z jednym jednak zastrzeżeniem: stają się potrzebni, jeśli realizują potrzeby reżimu. Sztuka ma być przewidywalna, użyteczna i „po linii”. Nauka i wszystko inne też.
Filmy, sztuki teatralne, książki mają być „patriotyczne” i „dla ludu”. Nieważne czy jest to „lud pracujący miast i wsi” jak wtedy, czy lud bumelujący na 500+, jak teraz. Ale co to znaczy „patriotyczne”? To znaczy bałwochwalcze wobec reżimu i promujące fałszywą (lecz słuszną) wersję historii. Filmowiec ma realizować „Historię Roja”, rzeźbiarz wykonywać pomniki Lecha Kaczyńskiego (lub właściwego papieża), a naukowiec udowadniać zamach smoleński, albo kierowanie Solidarnością przez braci K. (jeśli jest historykiem).
W mózgu każdego reżimu nie mieści się „jakaś tam” Olga Tokarczuk, „jakaś tam” Agnieszka Holland, ale nie tylko. Nie mieści się też malarstwo abstrakcyjne, muzyka symfoniczna, fizyka teoretyczna i inne takie. W mózgu reżimu sztuka, nauka i sport mają być użytkowe. Matematykę rozumie się tylko jako rachunek, a nauki przyrodnicze jako inżynierię. Sport też ma być olimpijski i zorganizowany. Sport ma służyć demonstrowaniu prężności reżimu i słuszności systemu na olimpiadach i paradach. Ma dostarczać medali ku chwale.

Ale wróćmy jeszcze do wspomnień. Osobiście przeżyłem scenę, którą przywołano ostatnio w filmie o Strzemińskim („Powidoki”). Jako młody człowiek zaczynałem trochę malować, ale nie mogłem kupić dobrych farb czy blejtramu, bo te były tylko w sklepie dla plastyków, a ja nie należałem do żadnego związku, a studiowałem też nie to, co trzeba, bo fizykę i matematykę, a nie ASP. Byłem więc skazany na akwarele i tempery ze sklepów papierniczych, dla dzieci. Należałem do kategorii niepotrzebnych. Później wziąłem się za fotografię, ale też niektóre materiały były dla mnie niedostępne. Na przykład filmy graficzne mogły kupować tylko zarejestrowane zakłady poligraficzne. A do celów artystycznych? Nie, nie, nie! Znów byłem niepotrzebny. Jak byłem studentem, to miałem studiować, a nie jakieś tam fanaberie. Mentalność bliską dziś ministrowi Glińskiemu najlepiej oddaje hasło reżimu z 1968 roku: „Literaci do pióra, studenci do nauki” (nawiasem mówiąc, dopisywaliśmy do tego: „ustrój do d…”).
Takich wspomnień miałbym więcej. Uprawiałem sporty nieolimpijskie (kung-fu), nawet w górach wspinałem się nie tam, gdzie trzeba, i nie tak jak trzeba (solo). Próbowano mnie nawet oskarżyć o „odciąganie młodzieży od dyscyplin olimpijskich” i „podważanie mecenatu państwa w sporcie”. Na szczęście nawet komunistyczny prokurator zrozumiał, że przesadził.
Ale zostawmy wspomnienia, wielu ludzi ma podobne. Teraz serio.
Swego czasu paru ludzi niepotrzebnych coś tam dłubało w teoriach. Norbert Wiener wymyślił cybernetykę, George Boole wymyślił algebrę Boole’a, Stefan Banach przestrzenie Banacha, Julius Edgar Lilienfeld grzebał w półprzewodnikach i zmajstrował tranzystor. No i na co to wszystko? W tamtym czasie zapewne wielu ludzi powiedziałoby: — na nic! Bo tych wielu ludzi nie mogło wiedzieć, że skutkiem tego teoretycznego dłubania był stworzony później komputer.
Wspomną jeszcze Kopernika Mikołaja, który „niepotrzebnie” gapił się w gwiazdy. Bo ci niepotrzebni, tak naprawdę są potrzebni. Problem jednak w tym, że często, za ich życia, nie wiadomo, do czego. To okazuje się później albo nigdy.
Bo tak już jest, że nieodłączną częścią tego dłubania niepotrzebnych jest testowanie wielu ślepych uliczek, zanim trafi się na tę jedną właściwą. Czy to testowanie jest niepotrzebne? Jest potrzebne, bo bez niego nie wiemy, że te uliczki są ślepe. W dodatku, gdy trafimy na tę właściwą, to większość ludzi tego nie rozumie. Gdy niedawno wspomniałem o odkryciu bozonu Higgsa, jeden ze znajomych powiedział: — mnie to nie dotyczy. Pomyślałem: – dotyczy cię bardziej, niż jesteś w stanie zrozumieć.
No dobrze, ale to nauka, w końcu do czegoś się przyda, ale sztuka, ale sport? Sztuka i sport (nie ten od parad) odgrywają bardzo ważną rolę, której minister Gliński nie rozumie (i nie tylko on). Człowiek potrzebuje nie tylko jeść, spać i… no wiecie, co. Człowiekowi do życia niezbędne są emocje, zwłaszcza emocje pozytywne. Sztuka właśnie dostarcza emocji, przeżyć i to nie tylko estetycznych. Film, sztuka teatralna, książka poruszają, zmuszają do przemyśleń. To jest to, co jest w sztuce najważniejsze, nie tylko sama treść. Od samej treści wystarczy gazeta.
Te pozornie niepotrzebne dzieła wywołują też emocje negatywne u ludzi głupich lub prymitywnych. Stąd taka nienawiść do Olgi Tokarczuk u tych, którzy żadnej jej książki nie czytali. Zauważmy, że rządząca skretyniała prawica nienawidzi niemal wszystkich polskich noblistów, bo Szymborska i Miłosz to „komuniści”, Curie Skłodowska „feministka”, Wałęsa „Bolek”, Reymont też podejrzany (choć nie wiadomo, o co, może o konszachty z Wajdą?). Tylko Sienkiewicz dobry, bo na podstawie jego książki głosi się fałszywą historię chrześcijaństwa (co nie było jego zamiarem). Po prostu ćwok i matoł nienawidzą twórczych ludzi.
A sztuka abstrakcyjna? Dostarcza przeżyć estetycznych, ale nie tylko. Pobudza inny sposób patrzenia na świat.
I tu dochodzimy do ważnej rzeczy. Nie ma żadnego postępu bez spojrzenia na sprawy inaczej niż dotąd. Aby dokonać jakiegoś odkrycia, trzeba wyjść poza patrzenie tak, jak wszyscy. Mamy odziedziczony, atawistyczny instynkt stadny. Ten instynkt nakazuje nam „robić tak, jak wszyscy” i „myśleć tak, jak wszyscy”. Tymczasem „robiąc tak, jak wszyscy” nie stworzy się niczego nowego. Twórczy jest odszczepieniec, człowiek niepotrzebny, myślący inaczej, postępujący inaczej.
W trzecim wieku przed naszą erą taoistyczny mistrz Zhuanzi (Chuang Tsy) napisał „Prawdziwą księgę południowego kwiatu (Nan hua zhen jing)”. To bardzo obszerne dzieło, ale w tej chwili ważny jest fragment. Mistrz odwiedził szermierzy. Ćwiczyli oni sztukę walki. Gdy osiągali wysoki poziom umiejętności, wysyłano ich na wojnę, gdzie ginęli. Następnie mistrz spotkał człowieka, który ćwiczył utrzymywanie kulek na kijku. Umiał już utrzymać trzy kulki i pracował nad czwartą. Mistrz wskazał uczniowi tego człowieka jako przykład słusznej postawy. On się doskonali, zaspokaja swój pierwiastek twórczy, ale dla władzy jest on nieprzydatny. Na wojnę go nie wyślą, będzie żył. Następnie mistrz wskazał na dwa drzewa, jedno proste, drugie krzywe. Proste drzewo zetną i zrobią z niego deski, a krzywe będzie żyło, bo jest niepotrzebne. Na pewno niepotrzebne? A może jest piękne?
No dobrze, ale jaki jest pożytek z trzymania kulek na kijku albo z krzywego drzewa? A jaki jest pożytek z algebry opartej na zbiorze dwuelementowym (0,1)? A jaki był pożytek z impresjonistów? Algebra Boole’a hula dziś we wszystkich komputerach. Wymyślone przez impresjonistów zapisywanie obrazu w postaci plamek, a nie linii, pozwoliło na stworzenie fotografii cyfrowej. Bez „gapienia się w gwiazdy” Kopernika nie latalibyśmy w kosmos, czego nikt w XVI wieku nie przewidywał.

No dobrze, ale te kulki na kijku? Jaki z nich pożytek? Taki sam jak z mojego solowego wspinania, z mojego ćwiczenia form starożytnej sztuki walki, z moich fotografii np. lasu, a nie cioci na tle lasu. Twórcze myślenie, ciekawość, doskonalenie się. Nie każde działanie twórcze musi mieć skutek pożyteczny w dosłownym sensie. Ludzie mają instynkt stadny, tworzą plemiona, środowiska podobnych, ale świat do przodu pchają odszczepieńcy, niepotrzebni, inni, malowane ptaki. Ludzie niepotrzebni, wyłamujący się z kanonów.
A po co komu poezja?
Czy trzeba pisać jak Baczyński:
„W drzewach, w zielonych okien ramie,
przez widma miast przejrzysty gotyk
wirują ptaki płowo złote,
jak lutnie, co uciekły z rąk”?
Można prościej: „między drzewami latają ptaki”. No właśnie. Niektórym wystarczy. Mnie nie. Ot taki jestem.
Reżim, który zwalcza elitę, nigdy nie stworzy „nowej elity”. Bo ta niby „nowa elita” nigdy prawdziwą elitą nie będzie, bo jest stworzona z ludzi wysługujących się władzy, z potrzebnych. Z tych, którzy piszą poezję prościej.
A trzeba pamiętać, że działanie twórcze kończy się tam, gdzie człowiek zaczyna kierować się czymś innym, niż twórcza pasja, gdy kieruje się szukaniem poklasku, sławy, profitów, bycia „charyzmatycznym”, odznaczanym. Kompletny upadek zaczyna się od uwierzenia w swoją wielkość i wypatrywania jej dowodów.
……………….
Tekst tego rozdziału ukazał się już wcześniej jako artykuł w Studiu Opinii.

Krzysztof Łoziński
Emeryt
Ur. 16 lipca 1948 r., aktywista wydarzeń marca 68. Były działacz opozycji antykomunistycznej z lat 1968-1989, wielokrotnie represjonowany i dwukrotnie za tę działalność więziony.
Członek Honorowy KOD i NSZZ „Solidarność”

Pięknie napisane, ale mam kilka uwag.
Wypowiedź pani Tokarczuk zrozumiałem jako wielki żal, że poświęca się pieniądze na kolonizację Marsa – sprawę nie najpilniejszą, podczas gdy mamy tu na Ziemi wiele palących potrzeb. Wydaje się, że ludzkość powinna się skupić pilnie na rozwiązaniu zagrażających jej problemów, szczególnie tych spowodowanych jej działalnością, ale woli zająć się sprawami atrakcyjnymi, choć ubocznymi. Przygotowania do kolonizacji Marsa nie rozwiążą ich, choć może przytrafią się przy okazji jakieś wynalazki.
Do realnej kolonizacji Marsa jest daleko jak na Marsa. Dla Ziemi w tej chwili najważniejsze jest (i chyba niemożliwe) osiągniecie porozumienia co do polityki klimatycznej przez wszystkie państwa i powierzenie w tej sprawie decyzji fachowcom, a nie politykom. Zjawisko od strony fizyki patrząc jest tak skomplikowane i wieloprzyczynowe, że naprawdę wymaga bardzo mądrego działania. Niestety w taki sojusz nie wierzę. A sprawa nie jest prosta, bo właśnie z praw fizyki, choćby z drugiej zasady termodynamiki (entropia jest zawsze nieujemna) wynika, że powrót do stanu poprzedniego jest niewykonalny. Posterowanie tym procesem jest trudniejsze, niż lądowanie we mgle po pijaku płonącym samolotem bez ogona.
Poruszający tekst. Zgadzam się całkowicie z argumentacją Pana Krzysztofa. Tak, postęp w nauce bardzo często był efektem tego co robili, a nawet czego nie robili ludzie niepotrzebni. Niepotrzebni z punktu widzenia instytucji czy społeczności mających w danym momencie władzę lub będących w większości.
Tu pełna zgoda. Mam jednak pewien kłopot z przyjęciem jako dowodu na dalszy postęp w nauce i technikach opanowania kosmosu te ostatnie medialnie nagłaśniane działania światowych celebrytów, gdy przywołuje się jako przykład efekt rywalizacji pomiędzy ludźmi, których bogactwo jest już kosmiczne. Nie wierzę, ze ci multimilionerzy (nie zgadzam się z takim porządkiem świata w którym to jest w ogóle możliwe) dla własnych zachcianek czy ambicji bycia pierwszym robią to co robią. Wiem też, że są wśród tych bogaczy ludzie, którzy finansują konkretne programy społeczne, pomagając w zmniejszeniu nędzy i głodu na świecie.
Kolonizacja Marsa z pobudek tego człowieka jest przede wszystkim realizacją jego ambicji a to, że zbudowano rakietę i inne urządzenia jest tylko środkiem. a nie celem jego postępowania . Tu bliżej mi do Olgi Tokarczuk niż do pana, przy całej mojej sympatii
Ci dwaj celebryci, dwaj panowie B, nie mają nic wspólnego z tym, o czym piszę. Ale Musk to zupełnie co innego, to prawdziwy pasjonat, entuzjasta badań kosmosu. Jego firma już zrobiła bardzo dużo. Pisze Pan: „Kolonizacja Marsa z pobudek tego człowieka jest przede wszystkim realizacją jego ambicji a to, że zbudowano rakietę i inne urządzenia jest tylko środkiem. a nie celem jego postępowania”. Mam dokładnie odwrotne zdanie na ten temat.
Wspaniała polemika, budząca refleksję i wcale niejednoznaczne odpowiedzi. Tak się składa, że ludzkość musi robić obydwie te rzeczy naraz. ZArówno próbować kolonizować Marsa jak i ratować planetę Ziemia przed zagładą klimatyczną. Pisał o tym Stephen Hawking, który na kilka lat przed śmiercią stwierdził, że jako ludzkość mamy zaledwie 100 lat zby znaleźć inne miejsce w kosmosie na uratowanie naszego gatunku. Odpowiedź na pytanie jakie kapitały – prywatne czy państwowe mają to robić jest dość oczywista – wszystkie możliwe!
Oglądałem ten wywiad jak zahipnotyzowany. Pani Tokarczuk jako pisarka sytuowana była przeze mnie gdzieś na wysokości Olimpu. Jako noblistka stała się pełnoprawną mieszkanką Parnasu.
Zrozumie więc Pan, że nie dostrzegłem w wypowiedziach pani Tokarczuk żadnego zgrzytu. Ewentualne wątpliwości zostały zagłuszone faktem, że oto nagle okazało się, iż takie postaci mieszkają tu, na Ziemi, pomiędzy nami. Nie jest im potrzebny żaden Olimp. Problem tylko w tym, czy MY sami potrafimy te osoby dostrzec i spróbować się od nich czegoś nauczyć.
Teraz niespodziewanie coś zaiskrzyło w mej głowie – przecież Pański komentarz, ze wspaniałym fragmentem „O potrzebie niepotrzebnych” też mnie czegoś nowego nauczyło. Poczułem trochę zazdrości – robię szybki przegląd pamięci – niestety, nie znalazłem dowodów na to, że kiedyś kogoś też czegoś nauczyłem.
Ale czas jeszcze się nie skończył. Prowadzę bloga„Refleksje po 60-ce”. Parę osób mnie czyta, może któreś z nich doznało malutkiego olśnienia?
W związku z tym mam pytanie – Czy mogę na moim blogu zacytować cytowany przez Pana fragment „O potrzebie niepotrzebnych”? Już zacytowany rozdział pańskiej książki jest tak interesujący, że na pewno spowoduje iż parę przynajmniej osób starać się będzie by ją przeczytać.
Ależ oczywiście! Może Pan cytować.
chcę podziękować za inspirację; kupiłam Prawdziwą księgę … i delektuję się.
czy obiecana książka na wrzesień ma już tytuł ? jak tylko się ukaże, lecę kupić.
Tytuł: „Rozmowy o meritum”. Gdy książka wyjdzie informacja będzie na SO.