Telewizja pokazała (696)

06.10.2021

tv

Przyjaciółka miała pewne objawy chorobowe i marne wyniki badań. Dostała skierowanie do szpitala. Obdzwoniła parę szpitali (oddziały kardiologii) – wszędzie odległe terminy przyjęć, 100 dni i więcej. Poradzono jej, że jeśli chce być wcześniej przyjęta, to musi przyjść na izbę przyjęć, tam zostanie zbadana i ewentualnie zakwalifikowana do przyjęcia.

Wybrała się do jednego ze szpitali, przesiedziała tam 10 godzin, w czasie których robiono jej też różne badania. Badania nie potwierdziły głównego podejrzenia. Napisała mi:

Zostałam zakwalifikowana do przyjęcia. Obecnie Oddział Kardiologii jest zamknięty z powodu wyników Covid. Pacjentów umieszczają w pomieszczeniach SOR. Jeszcze do tej pory jestem w szoku. Pacjenci leżą na korytarzu, w salach ciasnota. Tak jakby ktoś w zaniedbanych piwnicach to urządził. Zapytałam o łazienkę — a to tylko ubikacja z kranem jedna w korytarzu głównym przy rejestracji w SOR, a więc dostępna dla wszystkich, nie tylko dla hospitalizowanych. Lekarz powiedział, że brakuje poduszek i koców i może rodzina mogłaby podrzucić.

Wypisała się na własną prośbę.

Oczywiście nie wszędzie jest tak jak w tym szpitalu, ale poraża od lat nieumiejętność organizacji przyjęcia pacjentów. Pisałem już, jak wiele lat temu do Centrum Onkologii przyjechało wielu pacjentów z różnych miejsc Polski, umówionych na ten dzień i godzinę na badania, ale nikt ich nie zawiadomił, że aparatura zepsuła się kilka dni wcześniej.

Inna przyjaciółka pisze:

Kilka lat temu (2014 r.) miałam okazję osobiście zobaczyć, jak funkcjonuje taki SOR w szpitalu MSWiA na Wołoskiej. Towarzyszyłam tylko osobie, do której lekarka w czasie domowej wizyty wezwała pogotowie (było ok. 13).  Pogotowie przyjechało po półtorej godziny i zawiozło ją do szpitala na Wołoską (bo tam był rejon), a ja za nią pojechałam taksówką. W niewielkiej poczekalni było bardzo tłoczno. Chorzy, cierpiący, niejednokrotnie bardzo starzy ludzie, siedzieli na krzesełkach (ja stałam, bo krzeseł było mało). Rejestracja dość szybko dokonała wpisu pacjentki, ale podstawowe badanie przez lekarza, tj. rozeznanie, z czym pacjentkę przywieziono, nastąpiło po prawie dwóch godzinach i to po usilnej mojej interwencji. Na sanitariusza, który miał pacjentkę przewieźć na badanie RTG, rezonans i inne laboratoryjne, pacjentka, na tym niewygodnym krzesełku, czekała dalsze dwie godziny. Niektórzy pacjenci, nawet ci przywiezieni na noszach, leżeli tam już wiele godzin i czekali na takie różne badania. Decyzję o przyjęciu chorej (z którą byłam) lekarz podjął dopiero po dalszych 2-3 godzinach czekania. Na tym oddziale ratunkowym była wydzielona parawanem część pomieszczenia, na której było kilka łóżek (8-10), na których leżeli pacjenci, już po decyzji lekarza dyżurnego o przyjęciu do szpitala, ale w oczekiwaniu na wolne łóżko na oddziale. Nigdzie w zasięgu nie było żadnego dystrybutora wody, a jedna pani przywieziona ok. 11 na łóżku (nosze?) z innego szpitala, nie mogła doprosić się o sanitariusza, aby zawieźć ją do łazienki, bo sama nie mogła iść (miała jakieś komplikacje po operacji kolana). Ja stamtąd wyszłam ledwo żywa, a była już godzina prawie 23.00.

* * *

Nie jesteś płodem zdychaj na bagnach amen mała dziewczynka

* * *

Przechodziliśmy koło sejmu akurat wtedy, gdy zbliżał się Marsz Suwerenności i Wolności pod hasłem „Stop Segregacji Sanitarnej”. Chodziło o sprzeciw wobec restrykcji covidowych.

Na czele politycy Konfederacji. Mnóstwo flag i, co rzadkie w takich imprezach, dobre nagłośnienie. Hasła na transparentach: „Norymberga 2”, „Obudź się Polsko”, „Zdrowie jest prywatne, nie publiczne”. W internecie znalazłem też, że było „Unia zabija polski transport, handel, rolnictwo, energetykę i tradycję”.

Warszawa. Marsz "Stop Segregacji Sanitarnej" z udziałem polityków Konfederacji

Miałem ochotę stanąć naprzeciwko Marszu z transparentem: „Żadnej segregacji – wszyscy spotkamy się pod respiratorami”.

* * *

Proroczy tekst z Kabaretu Olgi Lipińskiej:

Bo po co nam elita
Ktoś, kto jakieś nudne książki czyta
Kto burżujskie cnoty wciąż ma w cenie
I chce robić u nas za sumienie…

Bo po co nam elita
Ktoś, kto zamiast wierzyć ciągle pyta
Kto rozdziela każdy włos na czworo
Kto brać nie chce, kiedy wszyscy biorą

* * *

NIK ustaliła, że z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej – Funduszu Sprawiedliwości (około 280 mln zł) wypłacano duże sumy dziwnym odbiorcom, na pewno nie ofiarom przemocy. Pieniądze przeznaczono m.in. na badanie prześladowań chrześcijan w Polsce (analiza artykułów gazet i portali internetowych), finansowanie konferencji Fundacji Wyszehradzkiej, gdzie analizowano współpracę krajów Międzymorza; promowanie instytucji małżeństwa, badanie jak działa prawo rozwodowe w Peru, działania sądów gospodarczych Bermudów i Rwandy itp.

Policjant drogówki podejrzany był o wystawianie lipnych mandatów osobom którym już kiedyś wystawił mandat. Chciał w ten sposób poprawić sobie statystykę i zasłużyć na nagrodę. Napisano, że grozi mu do 10 lat więzienia.

Ciekawe na ile lat więzienia skazano by odpowiedzialnych z te przekręty z Funduszem Sprawiedliwości.

Gdyby to były rządy lewicy to posypałyby się głowy. A tu Ziobro będzie rozpatrywał oskarżenia przeciwko sobie.

* * *

Zmiany w Kościele nigdy nie będą istotne. Pominąwszy już nielogiczne założenia tej religii, których nikt nie zrewiduje, opiera się ona w praktyce, jak wiele innych religii, głównie na rytuale.

Religia ma prowadzić do jedności z Bogiem, ale rytuały tego nie gwarantują, są tylko pomocą. Natomiast tu przywiązuje się ogromną wagę do rytuałów i ostro krytykuje wszelkie odstępstwa. Jeżeli ktoś na przykład przyjął opłatek do ręki, a nie do ust, jeżeli nie spełnił czegoś, co nakazuje biskup, traktuje się go często jako odstępcę, zagraża to jego zbawieniu. A co dopiero mówić o kimś, kto nie został ochrzczony czy nie wziął ślubu kościelnego. Ważny jest rytuał i deklaracja wiary w głoszone dogmaty. Kapłani, którzy mają być pomocnikami, stali się głównymi depozytariuszami zbawienia i wybacza im się osobiste odstępstwa od wzoru chrześcijanina. Zastąpienie ich ludźmi uczciwymi poprawi tylko samopoczucie wiernych, ale nie zmieni istoty rzeczy. A wierni stale muszą się czuć wszystkiemu winni – myśli, czynów, i tylko ksiądz może dać im rozgrzeszenie. Rozum i sumienie mają małe znaczenie wobec wykładni kapłanów Kościoła.

Przywiązanie do rytuału, jako gwarancji uzyskania upragnionego celu, jest powszechną praktyką wielu religii. Ale nie wszystkie religie stawiają wiarę w dogmaty na pierwszym miejscu.

Lama Rinczen („Pierwszy krok do nirwany”):

Wiara w buddyzmie nie oznacza ślepej wiary. Nam słowo wiara kojarzy się z takim nastawieniem: „Wierzyć i nie wolno mi sprawdzać”. W przypadku buddyzmu wolałbym użyć słowa „zaufanie”. To jest jak zaufanie przyjaciela do przyjaciela. Również, kiedy kucharka sięga pierwszy raz do książki kucharskiej, to wierzy, że to, co tam jest napisane, jest prawdą, ale później to przepraktykuje, sprawdzi i potwierdzi.

W buddyzmie jedną z powszechnych praktyk jest siedzenie w odpowiedniej pozycji i oddawanie się medytacji. Mistrzowie zwracają uwagę uczniom, aby nie mylili tego środka pomocniczego z metodą gwarantującą istotną przemianę wewnętrzną.

Mazu, znamienity mistrz zen, kiedy był jeszcze mnichem, bardzo pilnie praktykował, godzinami siedząc i medytując. Pewnego razu jego mistrz Huairang przechodził w pobliżu i zapytał go, co robi.

– Siedzę i medytuję, mistrzu.

– A w jakim celu to robisz?

– Żeby zostać Buddą (tj. osiągnąć oświecenie).

Mistrz podniósł leżący na ziemi kawałek dachówki i zaczął go pocierać o kamień. Mazu zainteresował się tym i zapytał mistrza, co robi.

– Poleruję dachówkę – powiedział mistrz – aby z niej zrobić zwierciadło.

– Ależ mistrzu, jak można przez polerowanie dachówki uzyskać zwierciadło?!

– A jak można przez siedzenie zostać Buddą? – odparł mistrz.

* * *

W TVN24 u Moniki Olejnik wystąpił prof. Krzysztof Simon, specjalista m.in. od chorób zakaźnych, członek grupy doradców premiera w sprawie pandemii. Od wielu miesięcy zachęca do szczepienia się przeciw Covid-19 i ma z tego powodu kłopoty – spotyka się z hejtem, a ostatnio nawet z groźbami. Grożono mu śmiercią, ale prokuratura uznała że grożenie komuś śmiercią to nie jest przestępstwo i nic w tej sprawie nie zrobiła. Policja przyznała mu ochronę.

Profesor powiedział, że zna dwa miejsca gdzie dają zaświadczenia o zaszczepieniu osobom nieszczepionym i zna lekarzy którzy mają takie zaświadczenia, ALE NIE BĘDZIE TEGO ZGŁASZAŁ BO NIE JEST KAPUSIEM. Tu, moim zdaniem, powinna wkroczyć prokuratura i zażądać podania nazwisk i adresów, gdyż profesor stał się potencjalnie odpowiedzialny za chorobę i śmierć ludzi, którzy mogą zostać zarażeni przez fałszywych zaszczepionych.

PIRS

Print Friendly, PDF & Email