08.05.2026
1. Czy D.O. już mówił, że artysta jest trochę, jak bóg? Przystępując do realizacji swego dzieła ma do wyboru nieskończoność. A ukończone dzieło też jest nieskończonością minus ten mikroskopijny zbiór, na dzieło to się składający. Dzieło jest zatem nie tylko procesem tworzenia, ile eliminacji. Rzeźbiarz usuwa z kamiennego bloku łupinę po łupinie; skończone dzieło nadal jest kamiennym blokiem, ale odartym ze swojego nieskończonego potencjału. Sięgając po pióro, by zapisać kolejną nutę, kompozytor ma do wyboru nieskończoność kombinacji dźwięków; kiedy już ją zapisze, odedrze swe dzieło z części nieskończoności.

To, co pozostaje – cóż za niezbadane misterium! – jest emanacją osobowości, uczuć, temperamentu i nastroju autora. Jego wiedzy, umiejętności i talentu. Jego ducha. Pod ogromną liczbą obrazów wielkich mistrzów Renesansu i Baroku są inne ich dzieła, nie dość doskonale – ich zdaniem – wydarte nieskończoności czystego płótna.
2. D.O. zakłębiły się w głowie te myśli, kiedy, podniecony i wstrząśnięty, słuchał przez radio Koncertu skrzypcowego d-moll Roberta Schumanna, jakimś cudem dotąd mu nieznanego. Burzliwe i tragiczne życie genialnego kompozytora zawsze D.O. fascynowało, ale to… Ten koncert napisał porwany wirem apogeum swego szaleństwa, swej choroby, która przez ostatnie dwa lata życia uwięziła go – na jego własną prośbę – w przytułku dla obłąkanych. Koncert napisał w 1853 roku dla znakomitego skrzypka Josepha Joachima, a w 1854 r. skoczył s mostu do rzeki, by się zabić, jak jego siostra 20 prawie lat wcześniej. Został wyłowiony przez flisaków i zażądał, żeby go zamknąć w domu obłąkanych.
Na co cierpiał Schumann? Najprawdopodobniej na kiłę, którą wówczas leczyło się rtęcią, substancją niezwykle toksyczną, prowadzącą do zaburzeń nerwowych. Najprawdopodobniej miał też guza mózgu, oponiaka strunowatego, o którym wiadomo, że powoduje halucynacje muzyczne. Schumann skarżył się przez lata, że prześladuje go dźwięcząca mu w uszach nuta „A”, ale miewał też bardziej zróżnicowane halucynacje. W efekcie uważał się za niepoczytalnego, bał się, że zrobi krzywdę swojej ukochanej żonie Klarze Schumann z domu Wieck, fenomenalnej pianistce i znakomitej kompozytorce, której dopiero XX wiek, a nawet jego końcówka przyznały należną jej kompozytorską wielkość. Nie ma pewności, czy wynikiem choroby, czy usposobienia, były głębokie depresje kompozytora, jego „melancholia”, jak się wówczas nazywało wszechogarniający, niemożliwy do pokonania smutek, graniczący z paniką.
I teraz, wiedząc to wszystko, spróbuj, Czytelniku, posłuchać tego właśnie koncertu fortepianowego d-moll, napisanego przez człowieka chorego, zdesperowanego, ogarniętego porażającą melancholią.
D.O. mógłby tu napisać, dlaczego ten koncert tak nim wstrząsnął, opisać jego poszczególne części, ale woli, żeby Czytelnicy sami posłuchali i wyrobili sobie własne zdanie. Ciekawe, czy będą równie zaskoczeni i wniebowzięci, tak, jak D.O.

I – może najważniejsze. Joseph Joachim nigdy nie wykonał tego koncertu. Uznał go za nieudany, za wyraz konfuzji chorego, znajdującego się u schyłku życia szaleńca. Uważał, że koncert ten może zburzyć dobrą opinię o muzyce Schumanna.
Dlatego, umierając w 1907 roku, Joachim zastrzegł w testamencie, że utwór ten może zostać wykonany nie wcześniej, niż 100 lat po śmierci kompozytora, czyli w r. 1956. Ale – niewiarygodne! – w 1933 r., dwie węgierskie, świetne skrzypaczki, siostry Jelly d’Arányi i Adila Fachiri, usłyszały podczas seansu spirytystycznego głos ducha Schumanna, informujący je o istnieniu koncertu, i jego żądanie, by Jelly d’Arányi koncert ten wykonała! Podczas kolejnego seansu spirytystycznego dostały dokładną informację, gdzie partytura koncertu się znajduje: zamknięty w archiwach Pruskiej Biblioteki Państwowej w Berlinie.
Sprawa wykonania ruszyła do przodu, ale z wielkimi problemami. Początkowo premierowe wykonanie miał zagrać Jehudi Menuhin, ale z jednej strony pani Jelly zrobiła aferę, że przecież to jej duch Schumanna nakazał zagrać koncert, a z drugiej, właściciel praw do muzyki – państwo niemieckie, już wówczas zagarnięte przez narodowych socjalistów, powiedziało, że nie ma mowy, żeby Schumanna grał jakiś Żyd, a nie Niemiec.

W końcu ani Menuhin, ani Jelly d’Arányi nie zagrali premierowego wykonania, ale wielki skrzypek niemiecki, do którego hitlerowcy nie mieli zastrzeżeń – Georg Kulenkampff w 1937 r.
Dziś koncertowi D-moll przyznaje się wielkość, przypina różne łatki, typu „szczytowe osiągnięcie schyłku Romantyzmu”, ale D.O. porwał swym niewiarygodnym kontrastem między tym, jaki musiał być stan psychiczny artysty, a jego dziełem. D.O. dawno nie słyszał takiego genialnego hymnu na cześć piękna świata, życia i przyrody, tak niebiańskiego poczucia twórczej swobody.
Czego i Tobie, Czytelniku, D.O. życzy. W sieci jest dostępnych wiele świetnych nagrań, a wśród nich to, zrealizowane w 1964 przez polskiego genialnego skrzypka Henryka Szerynga z London Symphony Orchestra pod dyrekcją Antala Dorátiego (https://www.youtube.com/watch?v=nqWG2ExkHB4).
3. Nie po to, broń Boże, żeby porównywać, ale D.O. ukazuje się już od prawie 7 miesięcy i przez ten czas jego autor przechodził różne koleje losu, wpływające na jego nastrój i kondycję fizyczną. I ma nadzieję, że one nie odbijały się zanadto na tym, co pisze.
W pierwszym życiu D.O. było dużo, bardzo dużo teatru, były cudowne teatralne anegdoty, były też, opowiadane szeptem niemal, opowieści o występach w różnych teatralnych facecjach aktorów właśnie, świeżutko dotkniętych różnymi osobistymi tragediami, takimi na przykład, jak śmierć dziecka. Choć to było dawno, a D.O. dziecięciem niemal jeszcze był, to pamięta ten ton głosu, tę napiętą twarz zastygniętą w wyrazie bezbrzeżnego szacunku dla ludzi, będących bohaterami takich opowieści.
D.O. nie wie, więc często zastanawia się, czy przypadkiem telewizja, a potem eksplozja Wielkiego Ogłupiacza Sieciowego, nie wyeliminowały takich postaw, a zwłaszcza takiego bezbrzeżnego szacunku dla ludzi silniejszych duchem od największych nawet tragedii.
4. Parę tygodni temu autor D.O. rozmawiał w ramach swojego cyklu „Allegro ma non troppo” na portalu „natemat.pl” z Marianem Marzyńskim (https://www.youtube.com/watch?v=lh4j_M9FRt8&t=111s), wybitnym swojego czasu showmanem, a potem wybitnym autorze filmów dokumentalnych i obdarzonym niezwykłym talentem pisarzem. Geniuszem, innymi słowy.
Marian Marzyński był dzieckiem, kiedy jego i jego rodzinę zamknięto w Getcie warszawskim. Cudem zeń wyprowadzony i uratowany najpierw przez dobrych ludzi, apotem przez dobrych księży i zakonnice, zrobił o tych swoich dziecięcych doświadczeniach kilka fenomenalnych filmów, które D.O. po raz kolejny wszystkim szczerze poleca: są dostępne na stronach M.M. „lifeonmarz.com”. A jego cudowne, urocze felietony można odnaleźć wszystkie na tronach „studioopinii.pl”.
M.M. przysłał D.O. list p. Adama Gryniewicza (Abram Gryniewice; https://sztetl.org.pl/…/historia…/138462-adam-gryniewicz), niegdyś działacza TSKŻ, obecnie organizatora „Zjazdów 68”, ludzi wyproszonych z polskiej ojczyzny po 1968 r. Oto on:
Poświęciłem ponad godzinę na obejrzenie a głównie posłuchanie wywiadu w podanym linku. Będąc niejako innego rodzaju Żydem w Polsce w latach 1946-1969 mam nieco inny obraz i inne wspomnienia z tego okresu, nawet jeśli nie neguję faktu pewnego ograniczenia objawów typowego antysemityzmu w latach komuny.
Oczywiście mowa o objawach oficjalnych w środkach masowego przekazu, bo na co dzień nigdy się one nie zmieniły niezależnie od typu rządów w tym kraju. Od dziecka byłem częścią środowiska żydowskiego przez żydowski dom dziecka w 1946 roku, żydowskie przedszkole w 1947 i szkoła żydowska w latach 1948-1949 w Łodzi. W dodatku w tych latach chodziliśmy do szkoły w niedzielę, bo nie w sobotę. Możesz sobie wyobrazić reakcję ulicy na dzieci chodzące z tornistrami do szkoły w niedzielny poranek. A to, co się pisało w latach 1956-1957 na lamach prasy nie było przypadkiem a tylko namiastka chwilowego poczucia wolności, czyli miniatura tego, co jest teraz, bo wtedy wolność także nie była tej samej kategorii, jak ta po 1989 roku. Tamta trwała niecały rok i zakończyła się zamknięciem „Po Prostu” już w 1957 roku. Skutek jednak był jednoznacznie zrozumiały przez środowisko żydowskie, które zagłosowało nogami, opuszczając gremialnie Polskę w tych latach (około 100 tysięcy emigrantów, czyli blisko 10 razy więcej niż w naszej). Będąc przez wszystkie lata od 1957 roku aktywista TSKŻ w klubie żydowskim, w akcji kolonijno-obozowej dla dzieci i młodzieży, widziałem pełzający i rosnący w siłę antysemityzm partyjny. Dlatego 1968 rok nie był dla mnie zaskoczeniem, ale tylko logicznym ukoronowaniem tego, do czego szykowano się przez lata w łonie bezpieki i licznych kół partyjnych szczególnie na prowincji.
Historia wskazuje, że każde polskie poczucie wolności wyraża się głównie w aktach antysemickich. Tak było w latach 1918-1919 z niezliczonymi pogromami (szczególnie znane z tego są oddziały Hallera) jak liczne i w większości zapomniane pogromy w 1946 roku. Nawet fizyczny brak Żydów w aktualnej Polsce niczego w tym zakresie nie zmienił, poza faktem braku przemocy fizycznej. Myślę jednak, że to tylko dlatego, że aktualnie nikt w Polsce nie jest w stanie rozpoznać Żyda na ulicy. Ci, co rozpoznawali, bo żyli z nimi przez wieki na co dzień przed wojną, dawno umarli lub zapomnieli. Pokolenia powojenne nie znały Żydów tradycyjnych, a innych trudniej było rozpoznać.
Będąc w Polsce w sierpniu, nie miałam wrażenia, jakoby opozycja polska miała wielkie szanse w wyborach na obalenie rządów PiS-u. Ty natomiast z przekonaniem twierdzisz, że tak się stanie. Może sytuacja w tej kwestii przeszła gwałtowną ewolucję przez ostatni kwartał. Daj Boże, żeby było, jak sądzisz, aczkolwiek mam poważne wrażenie, że to Twój przysłowiowy optymizm (o którym była mowa w wywiadzie) przemawia bardziej niż chłodne rozumowanie. Jak mówią Rosjanie „Pażywiom uwidim”. Pozdrawiam i życzę pełnego i skutecznego powrotu do grupy negatywnych (covidowo rzecz jasna).
Pewnie widziałeś taki tekst:
2019 unikaj ludzi negatywnych
2020 unikaj ludzi pozytywnych
2021 unikaj ludzi
Aby to unikanie się skończyło i pozwoliło wrócić do jeszcze niezapomnianego życia sprzed 2020.
Adam.
5. D.O. – upoważniony – przytacza ten list, bo… Bo przez dekady z niewiadomych przyczyn był ślepcem, niemogącym pojąć, czemu ci, którzy przeżyli Shoah, Zagładę, wydają się nie doceniać łaskawości losu. Coś mu się snuło po głowie, że ze wspomnieniami ciężko jest żyć, ale jakoś nie potrafił tego ułożyć w logiczny wywód. Przełomem stała się samobójcza śmierć Primo Leviego, znakomitego pisarza włoskiego, Żyda, ocalałego z Auschwitz, 42 lata po wyzwoleniu z tego obozu Zagłady. Od wyzwolenia Auschwitz, od końca wojny minęło 77 lat, a Ocaleli nadal nie mogą się uwolnić od wspomnień, które potrafią w jednej sekundzie zamienić ich życie w niewyobrażalny koszmar.

D.O. oczywiście urodził się po wojnie, oczywiście przez kilka pierwszych dekad swojego życia nie robił sobie problemu z tego, czy ktoś jest Żydem, czy nim nie jest, zwłaszcza że był karmiony codzienną traumą nie-Żydów i propagandą, zrównującą ofiarę narodu żydowskiego z cierpieniami Polaków. Ale kiedy przetarł pokryte bielmem oczy, Zagłada stała się dla niego traumą i obsesją, chociaż przez indukcję. Bardziej niż opowieści o wujkach i ciociach, których nigdy nie poznał, bo zostali zabici lub zaginęli na wojnie.
6. A D.O. pisze o tym wszystkim dlatego, że Marian Marzyński, człowiek, którego ojciec przeżył wojnę, lecz został zabity w lesie pod Puławami najprawdopodobniej przez oddział AK (och, takich morderstw ze strony „prawdziwych polskich patriotów” było dużo!), w „Allegro ma non troppo” mówi: „Jestem stuprocentowym Polakiem, moja kultura jest stuprocentowo polska”.
O, to, to: D.O. bywał w rozrzuconych po świecie domach Żydów – Polaków. Ze wzruszeniem myśli o tym przejmującym, namacalnym kulcie Polski i polskości, jakie w większości tych domów zastał. Bywał też w domach Żydów – emigrantów z Francji, Maroka, Kuby, Argentyny, Belgii, Niemiec i… Nigdzie nie widział aż takiego przywiązania do dawnych ojczyzn jak w domach Żydów – Polaków.
Oczywiście, sam D.O., będąc nie z własnej woli emigrantem, idealizował z odległości Polskę i Polaków, ale…
Ale ta żydowska, jest idealizacją specyficzną; podszytą cierpieniem i resentymentem kogoś, komu za bezbrzeżną miłość odpłacono nienawiścią, obelgą i wygnaniem, a nierzadko nawet śmiercią.
Więc kiedy parę lat temu „premier” „rządu” „polskiego” składał wieniec pod pomnikiem upamiętniającym oddział partyzancki, który zasłynął mordowaniem żydowskich kobiet i dzieci, kiedy tenże „rząd” usiłuje narzucić kult antysemickich morderców, atakuje naukowców, dokumentujących skalę prześladowań Żydów przez Polaków, wtedy w D.O. narasta nienawiść.
I do wszystkich powodów, jakie ma do nienawiści dołoży jeszcze ten: nienawiść za to, że zmuszony jest nienawidzić.
7. D.O. pisze to wszystko w przededniu prawdopodobnego wybuchu nowej, wielkiej wojny, w której pierwsza już umarła prawda, a teraz masowo będą ginąć ludzie. Wojny, za którą odpowiedzialność ponosić będą w dużej mierze – jak powiedział wczoraj w Genewie Bardzo Ważny Minister – kraje Bałtyckie i Polska, odpowiedzialne za propagandę nieprzychylną jego jedynie słusznemu krajowi z jedynie słusznym reżimem i jedynie słusznym prezydentem. Wśród tych, którzy przeżyją, nie będzie szczęścia. Będą istoty potwornie okaleczone, będą matki, które nigdy nie wydobędą się z koszmaru wspomnień o zabitych synach, ojcowie, którzy na zawsze opłakiwać będą swoje małe, śliczne, ukochane, zabite w bombardowaniach córeczki. Będą zrujnowane piękne domy, wymuskane ulice przemienią się w rumowiska, z parków znikną drzewa, wycięte na opał. Ucichnie muzyka, obrazy, jeśli przetrwają, ukryte będą w głębokich bunkrach, kartki pospiesznie pisanych opowieści spłoną, wraz z księgozbiorami i archiwami.

8. O Mustafie D.O. pisał już 5 listopada 2021 r. (https://www.facebook.com/profile/1201907438/search/?q=5%20listopada). Mustafa al-Nazari to syryjski chłopiec bez nóżek i z kikutem jednej tylko ręki. Jego tata, Munzir, bomba nie ma nogi. Historia, jakich wiele, ale turecki fotograf Mehmet Aslan zrobił im fotografię, fotografia została uznana za najlepszą na świecie w ub. roku, więc o Mustafie też zrobiło się głośno. Nie na tyle, żeby ich życie w Syrii stało się łatwiejsze. Ale dzisiaj już są we Włoszech. Dobrzy ludzie dali po parę groszy, Caristas diecezji sieneńskiej dał lokum, centrum protetyczne w Budrio zaoferowało darmową pomoc. I to było to, o czym rodzina Nazarich marzyła. Mustafa, tata Munzir, mama Zeynep i dwie młodsze siostry Mustafy mogą rozpocząć nowe życie, pełne nadziei.

Mustafa jest inteligentny i niezły zeń spryciula. Pędzi po mieszkaniu jak każdy dzieciak w jego wieku, z tym że musi się turlać. Kikutem rączki rysuje całkiem zgrabne obrazki. I ciągle jest uśmiechnięty.
Mustafa wygląda, jak wygląda, bo jedynie słuszny reżim w obronie jedynie słusznych ideałów postanowił zrzucić bombę chemiczną na miejscowość, w której przebywała mama Zeynep, będąca w ciąży. Inna bomba, konwencjonalna, urwała tacie Munzirowi nogę.
Kochają się: popatrz, Czytelniku, na zdjęcie: nie kłamie.

Co by było, gdyby Munzir i Zeynep, wraz z Mustafą i jego siostrzyczkami pojawili się na polskiej granicy?
A może my jesteśmy po prostu złymi ludźmi i nie należy nam się od losu nic dobrego?
9. Ilu będzie takich Mustafów, gdy Rosja, realizując swoją odwieczną myśl państwową, znów „przyłączy Ukrainę do macierzy”, gdy postanowi uchronić naród ukraiński od „faszystowskiego reżimu”, „dokonującego codziennych prowokacji na granicy z uznanymi jedynie przez Roję Ludowymi Republikami Ługańską i Doniecką”, „systematycznie sabotującą porozumienia mińskie”? I gdy postanowi ukarać kraje, narzucające swą antyrosyjską propagandę całemu Zachodowi? I ukarać Zachód, za to, że nie przestrzega porozumień z 1997 r., odbierających suwerennym krajom prawo do wybierania własnych sojuszy i posiadania broni, jaką uznają za niezbędną do obrony własnego bytu państwowego przez wiecznie zagrażającym im potworem – więzieniem narodów?

10. D.O. pisał parę dni temu, że pani Angela Merkel podziękowała za propozycję posady doradcy sekretarza generalnego ONZ. Żona D.O., przeżywając niepewność związaną ze zbliżającym się wyborem nowego prezydenta Włoch w miejsce Sergio Mattarelli, zamarzyła, żeby Włosi szybko zaoferowali tę posadę pani Merkel.
D.O. pomyślał, że otrzymanie polskiego obywatelstwa przez kobietę, mającą, jak pani Merkel, polskich przodków nie powinno być problemem… Mamy bardzo, bardzo zły rząd, złożony wyłącznie z ludzi złych i głupich, a kraj po nich trzeba będzie odbudować…
Pewnie znalazłoby się więcej potomków Polaków, ludzi mądrych i zaradnych.
To tylko taka drobna sugestia… Polacy doskonale się sprawdzają za granicą, pod rządami niepolskich polityków. A gdyby zrobić przez dekadę taki eksperyment?
Inaczej trudno będzie przeciwstawić jakikolwiek argument prezydentowi Carterowi, który w Warszawie wiele lat temu wygarnął Polakom prawdę, że „każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje”…
Po spotkaniu z Blinkenem Ławrow „udzielił się” na konferencji prasowej. Na pytanie, po co trzyma tak ogromne siły skoncentrowane wokół Ukrainy, odpowiedział, że „Sekretariat stanu powinien lepiej poinstruować CNN, żeby uczciwie przedstawiał sytuację”.
I to jest właśnie Rosja. Nie dość, że knutem, więzieniem i nowiczokiem podporządkowała sobie wszystkie media rosyjskie, to teraz chciałaby zrobić to samo z resztą światowych mediów.
Wspólnota intencji szajki i Rosji jest uderzająca.
Dobre jest tylko to, że – jak czytamy w ostatnim Raporcie Human Right Watch – to wszystko jest oznaką słabości. Silne rządy nie boja się słowa, słabe – fajdają w spodnie ze strachu przed nim.

Jacek Pałasiński
