14.03.2022
1.
Wściekli Rosjanie mają rozkaz walczyć albo zginąć. Na naradzie w sztabie uznali, że dotychczasowe działania wojskowe nie były wystarczająco mocne, by złamać obronę i morale Ukraińców. Postanowili więc być bardziej brutalni.
Na tej samej naradzie ktoś powiedział „największym dla nas zagrożeniem są wciąż funkcjonujące kanały aprowizacji armii ukraińskiej w zachodni sprzęt i amunicję”. Głównodowodzący zasępił się, bo sam o tym myślał. Wahał się, ale rozkazy z Kremla były jasne.
– Koledzy – powiedział – walimy w przejścia graniczne z Polską.
Walimy to walimy. Jeszcze tej samej nocy rosyjskie SU wystartowały z lotniska w Baranowiczach na Białorusi, by zrzucić bomby i ostrzelać z rakiet przejścia graniczne między Ukrainą a Polską, od Zosina do Krościenka.
Jedna z rakiet uderzyła w puste pole już na terytorium Polski. Nie wyrządziła większych szkód.
2.
Siergiej Rabinowicz jest pilotem SU-35. Jego dziadkowie po kądzieli byli Żydami z Kołomyi, chociaż skrzętnie ten fakt ukrywał. Pisał zawsze tylko, że jego rodzice urodzili się na Półwyspie Jamalskim, choć nie dodawał, że matka to akurat w łagrze w Workucie, a ojciec tuż za ogrodzeniem innego łagru. Kiedy Putin kazał najeżdżać na Ukrainę, posłusznie ostrzeliwał rakietami dzielnice mieszkaniowe Charkowa.
Ale mu się to nie podobało.
Kiedy przyszła komenda, by niszczyć ukraińskie przejścia graniczne z Polską, obmyślił chytry plan. Wysłuchał w Internecie, jak prezydent Joe Biden kilkakrotnie powtórzył, że USA będą walczyć o każdy cal ziemi każdego członka NATO. A, że jedynym sposobem, by Putin dostał to, na co zasłużył było czynne włączenie się NATO w wojnę z Rosją, więc postanowił wywołać odpowiednio duże wrażenie na Zachodzie i wystrzelił najpotężniejszą ze swoich rakiet zamiast w przejście w Szeginie, 12 kilometrów dalej na zachód, w historyczne centrum Przemyśla.
3.
W Pentagonie zapanowała nerwowość. Lloyd J. Austin był w Polsce i dzień wcześniej odwiedził przejście graniczne w Medyce, przejeżdżając oczywiście przez Przemyśl.
– Mówił, że będziemy walczyć za każdy cal ziemi sojuszników – powiedział zastępca sekretarza Obrony.
– No, ale tej rakiety koło Hrebennego nie możemy uznać za casus belli – odezwał się jeden z doradców strategicznych.
– No, a ta rakieta w Przemyśl? To już jednak jest bezpośredni atak na naszego sojusznika z NATO. Co robimy?
– Trzeba się spytać Białego Domu. Jak powiedzą „wojna”, to będzie sporo zabawy, trzeba będzie przerzucić dziesiątki tysięcy żołnierzy i sprzęt przez ocean, bo ta garstka naszych to teraz jest jak siedzące kaczki.
4.
W Białym Domu też było nerwowo. Prezydent Biden, nieodstępowany przez Jake Sullivana, już trzeci raz rozmawiał z sekretarzem Obrony Austinem, nerwowo pytając, czy siły zbrojne USA są gotowe do wojny i ile czasu trzeba na powszechną mobilizację.
– Damn, ja nawet nie umiem wymówić nazwy tego miasta – denerwował się Biden.
– Prezydencie, powiedział pan z pięć razy, że nie oddamy cala kwadratowego i teraz musimy słowa dotrzymać, inaczej będzie pan skończony – doradzał Sullivan
Co robić, co robić? – głośno zastanawiał się Biden.– Nasi chłopcy mają umierać za Pre… Prz… Nie, no nie dam rady… Austin się waha!
5.
To się może wydarzyć, więc staje się bardzo aktualne pytanie: co robić, kiedy jakaś rosyjska rakieta przypadkiem spadnie na Polskę?

Swoją drogą: kto Rosjanom donosi, gdzie gromadzą się ochotnicy, pragnący walczyć za wolną Ukrainę? Czyż oni wszyscy nie przeszli przez Polskę?
Będzie to sygnał do rozpoczęcia full scale war?
Czy wystarczy, że spadnie metr po naszej stronie?

Rosyjskie myśliwce leciały prosto na Polskę. Czy kontrolujący granicę AWACS podniósł alarm? Czy poderwały się polskie F-16?
Moskwa mówi, że tam trenowali „cudzoziemscy najemnicy” (tak nazywa ochotników; najemników to rekrutuje 16 rosyjskich biur w Syrii)
Być może do ataku użyto dronów – kamikaze marki kałasznikow, wypełnionych materiałami wybuchowymi (https://video.repubblica.it/…/come…/410483/411189…).
A dziesięć metrów?
A jeśli z takiej czy innej przyczyny spadnie na któreś z miast przygranicznych, zwłaszcza tak piękne, jak Przemyśl? Albo Zamość: byle jaka rakieta doleci?
A co, jeśli, nim jeszcze opadnie po rakiecie kurz, nadejdzie z Moskwy nota dyplomatyczna z przeprosinami, że to był wypadek, awaria urządzenia sterującego?
Wypowie NATO wojnę i zaatakuje Rosję?
Na pełną skalę, czy ograniczy się do niewielkiego uderzenia odwetowego, w Grodno na przykład?
Ile cali w głąb terytorium Polski, Rumunii czy Litwy musi spaść rakieta, żeby NATO uruchomiło swój artykuł V?
W końcu to było wielkie szczęście, że oszalały dron znad Ukrainy spadł na ulicę w Zagrzebiu, a nie na przykład na przedszkole.

Pogadali, sfilmowali i… Nawet nam nie powiedzieli, czy ta pięcioramienna gwiazda na dronie oznaczała, że był on rosyjski, choć właśnie takich używa armia ukraińska…
Następny oszalały dron może wszak spać na placu Piłsudskiego w Warszawie i trafić nie daj Boże w pomnik…
6.
Na przejściach granicznych z Ukrainą pojawili się sutenerzy. Łowią zrozpaczone kobiety, oferują im podwózkę, opiekę i pracę. „Pracę”.
Na warszawskich skrzyżowaniach pojawili się żebracy: kobiety i mężczyźni bez nóg od kolan w dół. Pojawili się na „trzy-cztery”. Nawet na odległych skrzyżowaniach jak to między Blue City a Redutą w Alejach Jerozolimskich.
Oni są „z importu”. I wcale nie z Ukrainy, choć przez parę dni trzymali kartki pomalowane kredkami na żółto i na niebiesko. Prawie na pewno są z Bałkanów. Co roku dowozi ich do Polski jakaś mafia. Żebrzą tydzień – dwa, po czym znikają, przewożeni do innego kraju, zanim ktoś się nimi tu zainteresuje.
Ale nikt się nie interesuje. Ani na granicy, ani na warszawskich skrzyżowaniach. Służby podsłuchują pegasusem demokratów, policja bije Babcię Kasię i w sądzie zeznaje, że to ona ją pobiła, politycy większości (?) parlamentarnej gorączkowo zastanawiają się, co by tu jeszcze ukraść, bo pewnie niedługo odspawają ich od koryta.
Hulaj mafio, państwa nie ma!
7.
D.O. ciekaw jest, czy upiorne wrażenie, jakie wywiera na nim i na ludziach z jego pokolenia wojna Rosji w Ukrainie, to jakieś pokłosie tkwiącej w nas traumy II Wojny Światowej. Urodziliśmy się już po niej, lecz zawsze była obecna w naszych snach. Czy młodsze pokolenia reagują tak samo dramatycznie, jak nasze? Czy przyzwyczajone co najwyżej do filmów wojennych oraz przekazów telewizyjnych, w których, zgodnie z obowiązującymi przepisami nie wolno pokazywać trupów, przejmują się znacznie mniej? Nas nie ruszały już opowieści o Powstaniu Styczniowym, ani nawet o I wojnie światowej, czemu miałaby ich ruszać Druga?
Bo przecież dla przeciętnego 20-30-latka „Polska walcząca” to Polska walcząca w swym starym, niemieckim samochodzie z podwójną ciągłą przed przejściem dla pieszych w obszarze zabudowanym.
8.
Nienawiść to rodzona siostra Śmierci, a Życie, to rodzony brat Miłości.
Niech będą przeklęci ci, którzy zmuszają do nienawiści, zmuszają, by ich nienawidzić.
9.
A w Mariupolu nie ma prądu ani ogrzewania, nie ma jedzenia i nie ma jak go dostarczyć, bo Rosjanie przejęli kolumnę z pomocą humanitarną. No to tylko samolotem, tylko helikopterem, ale przecież Unia Europejska, przecież Stany Zjednoczone nie chcą dać samolotów Ukrainie, uważają, że to sprowokuje Rosję do ataku na nie.
D.O. jest głupi i nie wie, czy to już jest pora, żeby świat się przyłączył do wojny obronnej Ukrainy, bo albo się Rosję pokona, albo Rosja pokona świat? Przecież Putin powiedział Macronowi i Scholzowi, że nie zamierza przerywać wojny. I to im nie dało nic do myślenia? Skoro zawiodły wszystkie środki dyplomatyczne, to może potrzebne są inne środki?
Niemcy dwa razy wywołały wojnę i dwa razy zostały przez wspólnotę międzynarodową surowo ukarane.
A Rosja? Rosja, odkąd jest Rosją, wywołuje wojny. Rosja napada na ościenne narody i czyni z nich niewolników. Tłamsi ich wolność, niepodległość, tożsamość kulturową.
I nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności!
Sankcje? Są OK, ale czy starczą, żeby ją za kolejną wojnę, za kolejną próbę zniewolenia innego narodu ukarać? Przecież dla Rosji nigdy nie liczyli się ludzie ani ci z podbijanych państw, ani jej właśni obywatele, пушечное мясо. Teraz też ustawili czeczeńskich morderców od Kadyrowa, żeby strzelali do tych Rosjan, którzy pokażą Ukraińcom plecy…
10.
„Kultura rosyjska jest toksyczna, była zawsze wykorzystywana jako broń propagandowa w walce ze światem zewnętrznym” – piszą w liście – apelu do świata ukraińscy artyści. I właściwie, poza kilkoma publicystami „Wyborczej” D.O. nie natknął się na opinię, że trwający obecnie bojkot kultury rosyjskiej jest niesłuszny.
Za winy Milosevića płacili Serbowie, za winy Orbana płacą Węgrzy, za winy szajki płacą Polacy (770 miliardów złotych obecnie): Rosjanie też muszą zapłacić swoją dolę za winy bandy morderców i złodziei, która zawładnęła Kremlem.
11.
Ci uchodźcy z Nadarzyna. D.O. wpatrywał się w ich twarze. Czytał – pewnie to, co chciał wyczytać. Czytał więc pewne zagubienie, ale i nadzieję. Nade wszystko zaś jakiś rodzaj ekscytacji, może posttraumatyczny. Może podróżą, która ich jeszcze czekała. Bo właściwie co chwila zajeżdżał jakiś samochód, zazwyczaj nieduży, skromny, z hali wychodziło kilka kobiet, często z dziećmi, walizki. Ktoś wysiadał z samochodu, otwierał drzwi, pakował walizki do bagażnika, a co się nie zmieściło, to na kolana, potem odjeżdżał. Kilka razy po drugiej stronie dwupasmowej ulicy donikąd ustawiał się mały tłumek, zajeżdżał autobus, też raczej nie z tych luksusowych linowców, ludzie wsiadali, autobus odjeżdżał.
A D.O. myślał: „przecież oni, jak wszyscy ludzie, potrzebują jakiejś stabilizacji, dążą do tego, żeby gdzieś osiąść, mieć dookoła siebie swój kokon, a dookoła kokonu – płot. Mieć swój mały heimat, swoją małą ojczyznę. Ten heimat nie musi być koniecznie w miejscu, w którym się człowiek urodził, bo można się przyzwyczaić do nowego heimatu, kiedy jest się człowiekiem, albo kiedy jest się kotem.
12.
INSTRUKCJA OBSŁUGI KOTÓW UKRAIŃSKICH
D.O. mieszkał kiedyś przez kilka lat w położonej na wysokości 850 m n.p.m. wiosce, ostatniej w Lacjum; potem już była Abruzja i jej góry, zwieńczone Wielkim Kamieniem – „Gran Sasso”, gdzie Badoglio więził Mussoliniego, nim uwolnił go desant pułkownika Skorzennego. W wiosce tej, zwanej „Dolina Zimna”, zima była naprawdę solidna: śnieg, mróz i cała reszta. W wynajmowanym przez nas poddaszu zawsze były jakieś koty. Ale właściwie żaden nasz. Były „na przychodne”. Kiedy robiło się naprawdę zimno, nasz dom stawał się schronieniem dla czternastu. Dla niektórych tylko mała, niedogrzana sionka: dalej wchodzić nie chciały. Dla innych – pokój z kozą, dumnie zwany „salonem”. Inne, bezceremonialnie, pakowały się od razu do łóżka, przytulały, mruczały. Niektóre prosiły o pieszczoty, inne nie dawały się pogłaskać.
No właśnie: cały trick z tymi kotami to do niczego ich nie zmuszać.
Kiedy przychodziła wiosna, odchodziły, nawet się nie oglądając. Kilka czasami wracało wieczorami na kolację, innych nie widzieliśmy do następnej zimy. Niektóre nie wracały nigdy, bo kot kocha wolność, ale wolność często kota zabija.
D.O. pamięta ciepłą opowieść Marka Nowickiego, dziennikarza „Faktów”, o kotce, która zadomowiła się w drewutni koło ich domu. Akceptowała pożywienie, ale nic więcej: żadnych zbliżeń, głaskań, nawet oznak sympatii. Może odrobina, ale nie więcej niż odrobina, zaufania, że te dwunożne istoty nic złego jej nie chcą zrobić. Opowieść Marka nie kończyła się happy-endem. Bywa. Cena wolności bywa bardzo wysoka.
My nigdy nie mieliśmy żalu do naszych kocich gości. Szanowaliśmy ich wolność i przywiązanie niezależności. Potrzebowały pożywienia, schronienia przed mrozem i niczego więcej. I to od nas właśnie dostawały.
13.
Ale jak długo można żyć bez kokonu? Wszak człowiek podświadomie wie, że nie jest istotą wszechwładną, że jest istotą kruchą, bardzo kruchą i bez kokonu sczeźnie, jak ślimak bez muszli.
D.O. układa sobie w głowie pochwały dla tego człowieczeństwa, które sprawia, że ludzie bezinteresownie pomagają innym. Pamięta wzruszenie, kiedy w styczniu rodzice prowadzili swoje małe dzieci, by – dumne – niosły kolorowe puszki WOŚP-u. I mówili im: „to jest dobre, co robisz, tak postępuje człowiek przyzwoity, człowiek dobry”.
Na widok tych setek, tych tysięcy ludzi, którzy teraz pomagają ofiarom bandy morderców i złodzieji, zaczadzonych ideologią narodową, D.O. jest bez słów.
14.
À propos słów.
Po każdym kolejnym odcinku D.O. jego autor sądzi, że już nic oryginalnego, godnego zapisania nie wymyśli.
Potem jednak coś tam zawsze naskrobie, w nadziei, że nowe słowa będą miały dla kogoś jakąś maleńką wartość.
Powolutku, rozglądając się ciekawie na boki, D.O. wjechał do jakiejś odległej, mazowieckiej wsi. Słońce świeciło, ale było chłodno, więc nie było widać żadnej żywej istoty. Ale za ostrym zakrętem stała drewniana chata. Przed chatą siedzieli Dziad i Baba, a między nimi duży, czarny Pies.
Odkąd D.O. wychynął zza zakrętu w swoim samochodzie, Dziad, Baba i Pies odwrócili głowy w jego kierunku, a potem, jak w wyćwiczonym balecie, wiedli za nim głowami i wzrokiem, Dziad, Baba i Pies, dopóki D.O. zniknął za kolejnym zakrętem.
D.O. pojechał dalej zbudowany: ktoś zwrócił nań uwagę.
Bo D.O. to taki młodopolski artysta, trochę malarz, trochę aktor w czarnej, długiej, połatanej pelerynie, jak z „Kramu z Piosenkami”:
Mojej peleryny nie chcą już w lombardzie,
Zzieleniała z wieku, jak sztof na bilardzie,
Jest podziurawiona jak sztandar bojowy,
Moja peleryna ten mój znak cechowy.
Moją peleryną dziś handlarz pomiata,
Choć mi była wierna po wszech krańcach świata,
Błądziłem w niej tułacz, po Forum Romanum,
Gdzie legł tron cezarów i gdzie Herkulanum.
Z mojej peleryny wszyscy drwią dziś pewnie,
Jam był w niej szczęśliwy i płakałem rzewnie,
Kiedy śnieg zawiewał przez okno mansardy,
I przyszło mi z Zochą los dzielić zły, twardy.
Moja peleryna przed śniegiem i rosą,
Tuliła mi Zochę, nim śmierć przyszła z kosą,
Pod mą peleryna, bladziutka, z uśmiechem,
Tak zgasła mi Zocha, jak gaśnie głos echem.
Moja peleryna jak duchowie czarni,
Wlecze się wciąż za mną z szynku do kawiarni,
Kiedym chciał ją w biedzie, dla chlebnych rozkoszy,
Jak Judasz ją sprzedać za trzydzieści groszy.
Lecz gdy handlarz rzekł mi, że na czapki potnie,
Z rąk mu ją wyrwałem, besztając stokrotnie,
Wziąłem ją na ręce, tuląc jak dziecinę,
I łzy gorzkie spadły na mą pelerynę.
Słowa – Mieczysław Srokowski
15.
Zmarł Ludwik Erhardt. Jeden z najwybitniejszych polskich muzykologów, przez niemal 40 lat redaktor naczelny, a wcześniej, od 1958 r. jako redaktor i sekretarz redakcji „Ruchu Muzycznego” – najpoważniejszego czasopisma muzycznego w Polsce. Profesor autora D.O.
Wiesz, Drogi Czytelniku, to jest tak, że „widzisz to, co wiesz”. To dość popularne określenie odnosi się do sztuk plastycznych.
Ignorant przed malarskim arcydziełem zobaczy niewiele więcej niż dziwne, niedoświetlone zdjęcie jakiegoś człowieka, jakiegoś pomieszczenia, jakiegoś krajobrazu. I nic więcej.
Ale komuś, kto WIE, och, takiemu rozwinie całą swoją zawartość, opowie całą historię, odsłoni stare, skrywane tajemnice, wyjawi, co się działo, gdy obraz był malowany, a co, kiedy namalowana scena się rozgrywała. Ujawni tajemnice techniczne: farby, pędzle, podkłady, werniksy. Powie ci kim był ten, który obraz malował i jaka była jego historia, czy był biedny, czy bogaty, doceniany, czy mimo swego mistrzostwa – pogardzany, zdrowy, czy chory spragniony życia, czy życiem znudzony. Opowie ci kto i jak malował przed powstaniem tego dzieła i kim mógł się jego autor inspirować. Pozwoli usłyszeć grzmoty albo łagodną muzykę.
Właśnie: muzykę.
Z muzyką jest jak z obrazami: słyszysz, co wiesz.

Pismo nie powstało, powstał portal, odległy od marzeń autora D.O., Akademii – forum dla najwybitniejszych nie było w Polsce, nie ma i zapewne długo jeszcze nie będzie. Najwybitniejsi będą nadal irytującymi rarogami, izolowanymi od „zdrowiej tkanki społeczeństwa”. Bo przecież Zenek Martyniuk zupełnie wszystkim wystarczy, nieprawdaż?
Autor D.O. nie wiedział nic, więc nic nie słyszał.
Aż do Szkoły Teatralnej, namówiony przez profesora Raszewskiego, przyszedł pan o dziwnej twarzy z, hmmm, bardzo wysokim czołem. Nie uśmiechał się często. Mówił dość monotonnym głosem. Ale wszystko wywiódł tak, od motetu do symfonii, że nagle, nam wszystkim, studentom, wydało się, że coś słyszymy. I słyszeliśmy z każdym wykładem więcej.
Autorowi D.O. Profesor Ludwik Erhardt otworzył drzwi, a ten nigdy ich już odtąd nie zamknął.
Czy autor D.O. byłby jeszcze, gdyby nie te niekończące się, kojące godziny z muzyką? Bo tak spędza dnie: jeśli wstaje od komputera, to by zrobić zakupy, ugotować obiad i słuchać muzyki. Z komputera albo z samochodowego radia i odtwarzaczy.
Autor D.O. ma kruchą psychikę, a ona, muzyka, jest jak rusztowanie, jak odboje, jak wsporniki, trzymające w pionie. Bez nich pewnie by się dawno rozleciał.
Panie profesorze, nie wiem, jak Koledzy, ale autor D.O. melduje, że odrobił lekcje.’
Jacek Pałasiński
