16.03.2022
1.
To nie jest świat dla wrażliwych ludzi.
W „Pożegnaniu jesieni” jest takie zdanie: „Idzie fala przemian, która zmiecie, zniweluje wszystko, i inni ludzie, tak, inni, jakby z innej planety, wypłyną na wierzch i będą tworzyć nowe życie jakościowo niepodobne do naszego”. Musiał kochać to zastane życie i bać się „nowego”, które już widział podczas rewolucji bolszewickiej w Rosji.
„Oni” zawsze byli powracającym koszmarem jednego z najgenialniejszych artystów XX wieku, Stanisława Ignacego Witkiewicza, koszmarem, zatruwającym jego dnie i – zwłaszcza – noce.
Dlatego na wieść, że z zachodu nadciągają jedni „oni”, a ze wschodu wkroczyli „oni” drudzy, 18 września 1939 roku usiadł pod dębem we wsi Jeziory Wielkie na Polesiu, rozpuścił dużo luminalu i cybalginy w wodzie, dał się napić swojej kochance, sam wypił, a potem podciął sobie żyły na przegubach.

Krew płynęła jakoś powoli, więc tą samą żyletką przeciął sobie jeszcze tętnicę na szyi. Nim umarł wyjął zegarek na łańcuszku, bo ludzka ciekawość kazała mu poznać godzinę swej śmierci.
„Obudziłam się po raz drugi – napisała później Czesława Oknińska-Korzeniowska, ówczesna kochanka artysty, która miała umrzeć razem z nim – może nawet po chwili i coś zaczęłam rozumieć. Szukałam Witkacego. Zobaczyłam, że leży blisko mnie, ale nie mogłam wstać, więc czołgając się, dotknęłam ręką jego czoła. Na szyi miał małą rankę czerwoną wielkości wiśni”.
„Nieusuwalny antagonizm między jednostką a społeczeństwem musi się skończyć dla tej pierwszej porażką”.
To nie jest świat dla wrażliwych ludzi.
Kto następny?
2.
Wiosna, święto przebudzenia pozytywnych uczuć.
Czy wiosna, to święto życia i zmartwychwstania, ciągnąca ze sobą nieprzepartą chęć przedłużania gatunków, wpłynie na napastników? Złagodzi ich mordercze instynkty?
Byłoby dobrze. Ale ciepłe temperatury sprzyjają raczej agresorom. Obrońcy pokładają nadzieje w roztopach, jesiennych deszczach albo w chłodzie.
Czas siewów, zapładniania piasków, by otuliły nasienie, nakarmiły je swoimi życiodajnymi sokami, a potem, gdy ciąża ziemi nabrzmieje, urodziły ziarna.
Wyjdź, rozejrzyj się: tu panowie, tam panie, krzątają się w ogrodach: kopią, grabią, pielą, użyźniają… By tu wyrosły nagietki, smolinosy, a tam – by stanęły kolczaste krzaki, które urodzą kiedyś pąsowe róże.
To jest potrzeba piękna. To jest miłość.
To jest dowód, jak wiele dla naszego gatunku znaczy piękno. Jak wiele znaczy mała ojczyzna. Jak wiele znaczy kokon.
D.O. Najchętniej nie wyszedłby z tamtego gaju na Florydzie, pełnego najpiękniejszych papug. Olśniewały formą i kolorami, ale – trzpiotki – wtykały sobie w piórka jakieś źdźbła, wstążeczki, piórka innych ptaków, bo dla piękna nie ma granicy. Kiedy ci się wydaje, że piękniej już być nie może, dają ci dowód, że się mylisz. Może.
3.
Podobno każdy człowiek ma barierę wytrzymałości psychicznej. Kiedy ją przekroczy…
Zapewne i ty, Czytelniku, obserwujesz u siebie niecodzienne reakcje na okropności wojny.
Zapewne uderzyło cię, jak bardzo różnie bliscy ci ludzie reagują. Każdy nieco inaczej. Jedni wypierają. Inni wpadają w desperację, pogrążają się w depresji. Inni szukają sposobów oderwania myśli, idą w książki, głupie filmy, poddają się muzyce.

Chociaż trzeba bardzo uważać na repertuar: Kindertotenlieder Mahlera to nie są utwory na czas wojny.
A głupi D.O. właśnie w nie się wdał teraz
https://www.youtube.com/watch?v=9edKNmyiLBc
ale innym gorąco odradza. Nawet, jeśli śpiewa zmarła 11 miesięcy przed inwazją wielka Christa Ludwig z Berlińskimi Filharmonikami pod Herbertem von Karajanem.
Za to D.O. gorąco poleca VI symfonię Ludwiga van Beethovena, „Pastoralną” albo przynajmniej finalne Allegretto z tej Symfonii, które nosi podtytuł „Radosne i dziękczynne uczucia po burzy”.
No więc właśnie.
D.O. teraz posłucha z pół tuzina wykonań VI Symfonii i będzie się przenosił tam, gdzie pan Siergiej, o którym za chwilę, czyli w euforię po koszmarze, tam, gdzie cała ziemia będzie pachniała nadzieją po przejściu gwałtownej burzy.
A zacznie od New Philharmonia Orchestra pod Otto Klempererem
https://www.youtube.com/watch?v=bz8Fp-Wm0U4
Dlaczego właśnie od tego wykonania?
Bo jak zobaczysz, ostatni z geniuszy swego pokolenia, Otto Nossan Klemperer dyryguje na siedząco. I właściwie tylko lewą ręką. Syn Żyda z praskiego Getta na Josefovie i sefardyjskiej Żydówki. Urodzony w 1885 r. we Wrocławiu, przyjaciel Gustava Mahlera, w 1939 r. przeszedł ciężką operację mózgu: wycięto mu guza wielkości pomarańczy. Wybudził się częściowo sparaliżowany. Wpadł w głęboką depresję i został umieszczony w zakładzie, z którego uciekł. Herald Tribune wydrukował jego zdjęcie za kratami po tym, jak został znaleziony w New Jersey. Przez lata nie dyrygował, a gdy powrócił na podium, to w komunistycznym Budapeszcie. Uciekł i z Węgier w r. 1950, dyrygował gościnnie. Poważny upadek podczas wizyty w Montrealu w 1951 r. zmusił Klemperera do dyrygowania na krześle. Potem doszło jeszcze ciężkie poparzenie, kiedy zapaliło się jego łóżko, a on usiłował gasić pożar zawartością butelki z wódką. To pogłębiło jego paraliż. Ale podczas przedstawienia Don Juana Straussa w Kolonii, porwany wykonywanym dziełem, nieoczekiwanie zerwał się z krzesła i zaczął dyrygować na stojąco.
Ale – posłuchaj!!! Co orkiestra potrafiła z dzieła wydobyć, kiedy Klemperer dyrygował!
4.
Niedaleko Rawy Mazowieckiej, przy szosie, leżał pies, dość kudłaty owczarek. Łapy do przodu, uszy na sztorc. Puszczał mimo przejeżdżające samochody. Lusterko wsteczne pokazało D.O., że się zerwał, podskoczył, pogalopował 20 metrów, do miejsca, w którym od asfaltu odchodziła polna droga, prowadząca do jakiegoś domu. Po chwili, w drogę tę skręcił jakiś samochód i psina biegła koło niego; nie, nie biegła, wykonywała najpiękniejszy taniec miłości.
Internety są pełne zdjęć nieszczęsnych ludzi, wynoszących z płonących domów swe ukochane zwierzęta, psy, koty, ptaki. W gazetach piszą o tych, którzy zostają pod bombami, by nie opuścić swoich wiernych przyjaciół.
Jedni niszczą życie, inni je ratują.
5.
Bo tymczasem w apulijskim Lecce pewien bezdomny Słoweniec zabił kota kopniakami (https://bari.repubblica.it/…/lecce_uccide_a_calci…/…). Kopnął, potem zmiażdżył stopami. Nagrały to kamery uliczne. Całe miasto się zmobilizowało by znaleźć zabójcę. Znaleźli, zatrzymali, poddadzą przymusowej opiece sanitarnej.
Zwierzak był beniaminkiem sąsiedztwa, przyjaźnił się ze wszystkimi, wszystkim ufał. Nazywali go „Pierluigi”.
6.
Zwierzył się „Guardianowi” Siergiej, wykładowca uniwersytecki z Kijowa: „Teraz wszyscy są dla siebie milsi. Staramy się żyć w Kijowie tak normalnie, jak to tylko możliwe w tych okolicznościach. Wiemy, jak blisko jesteśmy granicy życia i śmierci. Kiedy wokół jest tyle zabijania, naszym jedynym instynktem jest przetrwanie. Codziennie spaceruję po moim pięknym mieście Kijowie i fotografuję niektóre z najpiękniejszych miejsc. Jedna rzecz, która się zmieniła, to fakt, że od wybuchu wojny ludzie w mieście stali się milsi. W sklepach wszyscy są dla siebie tacy uprzejmi. Stałem w kolejce do apteki i ktoś potrzebował insuliny. Wszyscy pozwolili tej osobie przejść na początek kolejki. Jeśli ktoś ma przy sobie butelki z wodą, powie, gdzie udało mu się je kupić. W pewnym sensie pandemia przygotowała nas do wojny. Pracowałem ze studentami online. Teraz wybuchła wojna, nadal pracuję online. Mogę jednym słowem podsumować moje uczucia, gdy Związek Radziecki został rozwiązany – „euforia”. Nie chcemy do tego wracać”.
A my?
Wygląda na to my bardzo chcemy do tego wrócić.
7.
Pat i Pataszon pojechali do Kijowa.
„Jadą sobie przeszczepić jaja Zełenskiego” – napisał jakiś czytelnik pod artykułem w „Wyborczej”. „A Orban, le Pen i Salvini już się dosiedli”? – zapytał inny.

Co za obrzydlistwo. Putinek z putiniątkiem pojechali wspierać tych, którzy walczą z ich duchowym tatusiem, prawdziwym, dużym putinem.
Walczących o przynależność do cywilizacji zachodniej, walczących o demokrację, o wolność wypowiedzi, o niezależne sądy i niezależne media, walczących o praworządność i o to, by nikt w ich kraju nie był ani rasą panów, ani obywatelem gorszego sortu.
Co za obrzydlistwo.
Podobno w sondażach mają już 40%, pojechali, by mieć 45, bo „ciemny naród to kupi”, jak mawiał pewien klasyk, który z Goebbelsa i sowieckiej „Prawdy” wyssał najlepsze wzory.

Dominika Wielowiejska pisała, że kiedy będą mieli 40%, ogłoszą przedterminowe wybory, żeby zapewnić sobie wolność bycia putinkami przez kolejne lata, wolność kradzieży, wolność dzielenia narodu, wolność bezczelnego kłamstwa, wolność realizacji kremlowskiego scenariusza w rozbijaniu Europy, wolność traktowania istot ludzkich jak bydło na granicy, wolność zniewalania instytucji (https://tvn24.pl/…/polska-naruszyla-przepis…), wyjaławiania kultury, wolność indoktrynacji oświaty i głodzenia nauki…



Wiem, Czytelniku, że jesteś już na granicy szaleństwa, pewnie niepotrzebnie ci dokładam… Ale D.O. musi czytać „jak leci”, a kiedy się podzieli, to mu chyba odrobinkę lżej

Jacek Pałasiński
