24.06.2022
1.
No i proszę… D.O. zupełnie nie nacieszył się wiosną, zupełnie letnim upałem, a tu już noce coraz krótsze: znak, że nadchodzi zima…
Tymczasem przed nami (a raczej Wami, nie dla starców takie ekscesy) Noc świętojańska.
Przodek Żony D.O. był takim ateistą, że na ulicę Świętojańską i świętojańską noc, mówił „Jańska”…
2.
Ale właściwie to stary D.O. odmłodniał. Znalazł się w raju.
Za raj uważa miejsca, w których przyjaźnie patrzący na siebie ludzie mają różne kolory skóry, różnokolorowe ubrania, mówią różnymi językami, uśmiechają się, ale są zdeterminowani, bo łączy ich wspólny, dobry cel.
Zanurzony po uszy w polityce, opartej na nienawiści, na walce, obezwładniony przez zupełną obojętność na sprawy świata, przygięty ciężarem nieprzychylnych spojrzeń ludzi, mijanych na ulicach… Zrozumiesz, Czytelniku, dlaczego „Dzielnica Europejska” w Brukseli jest dla D.O. rajem?

D.O. opatrzony grubym badge, który otwiera wszystkie drzwi, chodzi po zatłoczonych wreszcie po covidowej przerwie, przypominających labirynt korytarzach Parlamentu Europejskiego i łapie się na tym, że gęba mu się śmieje. Siada sobie w barku na trzecim piętrze, takim skrzyżowaniu wszystkich parlamentarnych szlaków, popija kawę i robi rozkoszny people watching, robi people hearing, chłonie wszystkimi porami tę różnorodność ludzką, no i bęc: jest w raju.
Za barową ladą ciemnoskóra, piękna pani z króciutko przystrzyżonymi, siwawymi włosami, mogłaby być gwiazdą filmową. Ale robi we włoskim ekspresie kolumbijską kawę i podaje ją kolejnym klientom o różnych odcieniach skóry, rozpoznaje ich języki i w każdym z nich mówi – „jaką kawę”? „Dziękuję”. Ale kiedy pokrzykuje na roztargnionych albo źle wychowanych gości, żeby odnieśli filiżanki na stojak z brudnymi naczyniami, robi to po francusku. Ale robi to bardzo rzadko, bo tu więcej roztargnionych, niż dzikich.

Obok D.O., szerokim korytarzem przechodzą, obok przepływają, czasem wręcz przefruwają ludzie, pojedynczo, parami lub – częściej – grupowo. Ci pojedynczy mają nos wlepiony w plik papierów albo w smartfona, ci parami zawsze o czymś ważnym dyskutują, ale tylko dopóki nie usiądą: wtedy rozmowy stają się niesłużbowe: ludzkie. Ci fruwający – fruną, by się rzucić komuś dawno niewidzianemu w ramiona. Po chwili, po władczych ruchach poznajesz, kto jest MEP (Member of European Parliament), a kto tylko asystent – krok z tyłu, w pozie wskazującej na poddaństwo. Tym ważniejszym, znanym z telewizji – zawsze towarzyszy wianuszek ciekawskich.
Jest fajnie, jest miło, jest głośno, jest życzliwie, jest europejsko i światowo… Jest tak, jak być powinno.
3.
Poranek. Dzień rozpoczęcia Rady Europejskiej. Dzień jest słoneczny temperatura jeszcze znośna. Padać zacznie dopiero wczesnym popołudniem. Do szklanego budynku „Europa”, w środku którego stoi ogromne „jajo Fabergé’a”, przybywają wielcy tego kontynentu. Nad budynkiem krąży eurokopter, a na ziemi – korki i klaksony. Brukselczycy to wiedzą: w dniach szczytu lepiej pracować zdalnie, a jeśli nie można, to lepiej pojechać odległymi objazdami i nie zbliżać się do Rue de la Loi i Rond-point Schuman. A jeśli nie masz wyjścia i musisz tam jechać – cóż zrób sobie zastrzyk z końskiej dawki cierpliwości. Śmigają czarne limuzyny w policyjnej eskorcie, w kluczowych punktach, na dachach kamienic, stoją panowie w moro i trzymają w rękach jakieś długie przedmioty z lunetami… „Szczytowa” rutyna. Mają to w małym palcu. D.O. też tu często bywał i nawet brew mu się nie podniesie.
4.
Już w środę wieczorem sporo z nich tu było. Spotykali się na kolacji, omawiali kluczowe kwestie, uzgadniali wspólne stanowiska, analizowali „za” i „przeciw”. Wydarzenia w świecie gwałtownie przyspieszyły, napięcie jest ogromne, wiedzą, że muszą podjąć sprzeczne z ich naturą bardzo odważne decyzje. One ukształtują rzeczywistość globalną w nadchodzącej dekadzie, może w wielu dekadach.
Niektórzy najchętniej zredukowaliby Unię do początkowych 6 – 10 krajów zachodnich, wznieśliby wokół niej mury i starali się okopać w swoim dobrobycie. Inni mówią, że to szaleństwo, że trzeba przystosować się do gwałtownie zmieniającego się świata, otworzyć nań, rozszerzyć swoje wpływy, stworzyć nowe przedmurza.
I, wygląda na to, że wszyscy zgadzają się, że jest to nieuniknione, że inaczej się nie da. Ale nikt nie potrafi dziś przewidzieć konsekwencji takich decyzji.
Wiadomo, że może być zimno, bo zawierzyliśmy Rosji.
Wiadomo, że może być ciemno, bo wydawało nam się, że Rosja to taki sam kraj, jak każdy inny.
Wiadomo, że będzie drogo, bardzo drogo.
Że życie stanie się cięższe, mniej komfortowe, mniej dostatnie.
Że będzie mniej podróży, wakacji i zbytków, mniej wypełnionych gwarem i śmiechem knajpeczek.
Że będzie więcej wojska i broni…
– – – – – – – –
Nie wiadomo jednak, czy społeczeństwa zrozumieją powagę chwili.
Nie wiadomo, czy społeczeństwa tę epokową, nieprzyjemną przemianę stylu życia zaakceptują.
Nie wiadomo, czy nie wyjdą na ulice niszczyć i palić.
Czy nie zaczną głosować na ekstremistów, którzy zawsze się czają, zawsze gotowi podsunąć bardzo łatwe rozwiązania bardzo trudnych problemów, gotowi zawsze zrzucić winę na „kradnące elity”, obiecać wszystkim więcej pieniędzy (przecież są, wystarczy nie kraść, jak powiedziała pewna intelektualistka).
Czy, podatni na syreni śpiew ekstremistów, w imię doraźnego interesu, społeczeństwa nie zechcą przekreślić przyszłości własnej, swoich dzieci i wnuków?
5.
Popołudnie. Nie ma mowy, żeby się dostać na Rond-point Schuman skąd widać praktycznie całą Dzielnicę Europejską. W „jaju Fabergé’a” jest 27 liderów 27 krajów europejskich. Przed sobą mają papiery, a w nich owoc ciężkiej, długiej pracy „sherpów”, asystentów, rzeczników, urzędników, z analizami kwestii, o których na szczycie jest mowa. Każdy, już w chwili przyjazdu, dostaje uzgodnioną już między „sherpami” wersję „draft” komunikaty końcowego. Zawsze jakoś tak się dzieje, że ten szkic porozumienia trafia do rąk dziennikarzy. Dzielą się nim między robotą. No, a potem, kiedy komunikat staje się oficjalny, porównuje się zarys z wersją ostateczną i jeśli są jakieś zmiany, zaczyna się budowanie hipotez: dlaczego coś zostało zmienione, przez kogo, czy to oznaka rozłamu?…
Spodziewaliśmy się w związku z tym, że triumfalne ogłoszenie przyznania Ukrainie statusu kraju kandydującego (do spełnienia warunki, opisane na …700.000 stron znormalizowanego maszynopisu!) nastąpi zaraz, zaraziutko po rozpoczęciu szczytu. A tu figę. 16.00 – komunikatu nie ma. 17.00 – komunikatu nie ma. 18.00 – pojawiają się pierwsze tytuły na portalach informacyjnych: „przedłuża się oczekiwanie na decyzję Rady Europejskiej w sprawie Ukrainy”. 19.00 – „Coś musi być nie tak”. 20.00 – „Ciekawe, które kraje wetują”?
O 20.25 wielki oddech ulgi. Jest! Ukraina oficjalnie kandydatem!

Historycznym, bez przesady.
6.
Wcześniej, krótko przed 13.00, w Parlamencie Europejskim otwierają się niedostępne dla nie-posłów, pilnowane przez wyfrakowaną straż parlamentarną drzwi do Sali posiedzeń plenarnych. Wylewa się rozgadany tłum europosłów z roześmianymi twarzami. Wszystko skończyło się pół godziny przed przewidywanym czasem. Ogromna większość europosłów ze wszystkich liczących się klubów głosowała za Ukrainą i Mołdawią w UE.
I, uwaga! Za Gruzją! Tą Gruzją, którą KE postanowiła potrzymać w lodówce z powodu zbyt ścisłych związków obecnego rządu z Rosją.
Ale sporo z parlamentarzystów w Gruzji było. Poznało Gruzinów. Zrozumiało, że oni do Unii Europejskiej chcą. Że do Unii Europejskiej pasują. Rządy przychodzą i odchodzą, wola narodu pozostaje.
To, dlaczego wybrali sobie na pacynkarza prorosyjskiego milionera (a pewnie i kremlowskiego agenta) Bidzinę Iwaniszwilego? Bo im obiecał, że będą żyli dostatniej. Że „pieniądze są, wystarczy nie kraść”. Że ten wariat Saakaszwili już nie będzie w kraju rozrabiał jak pijany zając w kapuście.
Kupili to i teraz mają. Nie tyle ruski mir nawet, ile ruską biedę. A na wschodzie niczego dobrego dla narodów nie ma: bieda i niewola.
Ale nie pytajcie, Czytelnicy, D.O., jak doświadczone okresem sowieckiej niewoli narody, takie, jak Gruzja, dają się tak zwieść i zagłosować na powrót bolszewii.
Zapytajcie sąsiadów, jak tak doświadczone sowiecką niewolą i nędzą społeczeństwo, jak polskie, dało się zwieść i zagłosowało na obrzydliwą, złodziejską bolszewię.
Może zresztą już znacie odpowiedź? To napiszcie ją tu pod spodem.
A tymczasem popatrzcie na zdjęcie poniżej z wynikami głosowań w Parlamencie Europejskim. Zobaczcie, gdzie są czerwone punkciki posłów, którzy nie chcieli Ukrainy w UE. Po lewej stronie skrajna lewica, po prawej stronie skrajna prawica, zaraz obok ławy polskiej szajki.

https://twitter.com/…/status/1539911885037920257/photo/1
7.
Kiedy D.O. przyjeżdżał tu pierwsze razy, Bruksela była zapyziałą, brzydką dziurą. Nawet Grand Place straszył liszajem. Knajpek było niewiele, ciekawych zakątków jeszcze mniej. Bardzo to się zmieniło. Daleko jej jeszcze do Warszawy, ale Bruksela wyporządniała, pojawiło się trochę szklanych wieżowców i nowoczesnych budynków o kolorowych fasadach. Ale oczywiście ludzie i tak walą na małe placyki, na wąskie uliczki z tradycyjną, nieładną, burżuazyjną zabudową. Przytulniej.
Kiedy D.O. bywał tu ostatnie razy, w wielkim centrum prasowym, stosunkowo świeżo przeniesionym pod oszklony i ogrzewany zimą dziedziniec budynku Justusa Lipsiusa, znał, przynajmniej z widzenia dobrą połowę z setek pracujących tu dziennikarzy. Z kilkoma się przyjaźnił, był blisko z innymi. Uśmiechaliśmy się na swój widok, rzucali w objęcia. I D.O. mógł przyjechać zupełnie nieprzygotowany, bo w inne kwestie zakwestiony, a po kwadransie, dzięki życzliwości Kolegów, którzy go briefowali, mówili co najważniejsze, mógł stawać przed kamerą i co było, co jest i co będzie Państwu opowiadać. Dziś – twarze nieznajome, młode. Poza jedną, kochaną Przyjaciółką, nikt się na widok D.O. nie rozpromieniał, nikt nie rzucał w ramiona. Co robić taka kolej… Smuteczek, przemijanie… Ale idziemy dalej.
8.
Idziemy dalej, mimo, że bossom od polskich mediów ze wszystkich słupków wynika, że słowa „Unia Europejska”, wypowiedziane na dowolnej antenie, powodują natychmiastowy spadek oglądalności. Więc ich używania zabraniają.
Idziemy dalej, w poczuciu dobrze spełnionego, nikomu niepotrzebnego obowiązku. Jesteśmy sfrustrowani, a nie ma frustrata bardziej sfrustrowanego niż sfrustrowany idealista.
I D.O. idzie dalej, choć z dnia na dzień maleje liczba tych, którym się jego praca podoba. Zafiksował się na służbie i – karykaturalnie śmieszny – idzie dalej.
9.
„Przywódcy krajów bałkańskich odjechali z Brukseli z pustymi rękami” – głosi depesza Reutera (https://www.reuters.com/…/its-disgrace-eu-hopeful…/).

Akces, aquis communitaire, to nie są żarty, sprawa jest poważna i fajnie by było, gdyby owi liderzy tak ją potraktowali.
Podczas szczytu UE ponownie potwierdziła swoją obietnicę złożoną prawie dwie dekady temu, aby zapewnić członkostwo krajom bałkańskim po tym, jak wprowadzą one głębokie reformy gospodarcze, sądownicze i polityczne. Z tymi reformami nie bardzo się tym krajom powiodło, ale mają pretensje: „To, co się stało, jest poważnym ciosem w wiarygodność Unii Europejskiej” – powiedział premier Macedonii Północnej Dimitar Kovacevski na konferencji prasowej po szczycie Bałkańsko-Unijnym, rozczarowany, że nie dano mu honorowego miejsca w Radzie Europejskiej. Wcześniej na Unię werbalnie zwymiotowa premier Albanii, aferzysta Edi Rama.
No, z takimi liderami te kraje daleko nie zajdą, tak, jak niedaleko zaszła Polska od 2015 roku. Nigdzie nie zaszła; cofnęła się do wczesnych lat 90.
D.O. z rozrzewnieniem wspomina, bo się tam plątał, wszystkie kolejne szczyty, miniszczyty, maksiszczyty, ministrów Spraw Zagranicznych, premierów, prezydentów, towarzyszące długiej drodze Polski do EU. Ba, kiedy nasze starania się zaczęły, UE jeszcze nie było, marzyliśmy wówczas o Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. My biedny, poniżony, zbankrutowany i zapluty kraj, stojący nachlanymi od rana do wieczora menelami, wśród których można było rozpoznać oblicza wielu inteligentów i artystów. „Beznadzieja, kochany” – mówili pociągając „czerwoną kartkę” prosto z gwinta.
D.O. wspomina, że my byliśmy pokorniejsi, akceptowaliśmy wszystkie, rzucane nam, jak psu ochłap, „Grupy Pentagonalne”, „Partnerstwa Wschodnie”… Godziliśmy się z porażającą ignorancją naszych zachodnich interlokutorów, dla których wszystkie państwa kandydujące jawiły się jak jedna, wielka, nierozróżnialna, amorficzna mgławica egzotycznego Wschodu, słusznie raz na zawsze ogarniętego szarym i ponurym, ale przewidywalnym sowietyzmem.
Przetrwaliśmy wszystkie upokorzenia, dowiedliśmy, cośmy warci, spełniając wszystkie 35 „rozdziałów” „aquis communitaire”, odmalowaliśmy przynajmniej fasady centrów naszych miast, dowiedliśmy, że potrafimy poprawnie mówić językami, być kompetentnymi… Trochę tak, jak kobiety: by były docenione, jak mężczyźni, musiały być dwa razy od mężczyzn lepsze. I my byliśmy jak te kobiety: dwa razy lepsi.
My mieliśmy po naszej stronie przywódców – prawdziwych patriotów, autentycznych herosów, którzy nam drogę do EWG i do Unii wyrąbywali w ciemnym lesie niechęci i niezrozumienia.
D.O. był świadkiem, a potem usłyszał to w relacjach uczestników. Gdy pierwszy szef dyplomacji niepodległej Polski Krzysztof Skubiszewski zaczął być, bez prawa głosu, zapraszany na szczyty ministrów Spraw Zagranicznych, wchodził do sali obrad i jakoś tak naturalnie, bez żadnego oporu przejmował przewodnictwo tych posiedzeń. Najpierw trzymali go tylko na dyskusjach, dotyczących przyszłej współpracy EWG z krajami Europy Wschodniej, po czym go wypraszali: „teraz porozmawiają dorośli”. Potem przestali go wypraszać, bo natychmiast znajdował rozwiązania wszystkich zagmatwanych problemów Wspólnoty, godził stanowiska, które wydawały się nie do pogodzenia. Nie był wcale „nice boy”: przemawiał swoim głośnym, władczym tonem, ale tak trafnie, tak przekonująco, że automatycznie stawał się liderem. A był dla wielu uczestników tych spotkań pierwszym przybyszem z Europy Wschodniej, jakiego widzieli w życiu!
Fakt, że Skubiszewski, Geremek, Mazowiecki i – czy się to komuś podoba, czy nie – Kwaśniewski, nie mają swoich pomników na centralnych placach naszych miast, że często nie mają swoich ulic, świadczy, że jesteśmy najniewdzięczniejszym narodem na kontynencie i każe zastanawiać się, czy rzeczywiście zasłużyliśmy na niepodległość i na członkostwo w tak ekskluzywnym gronie, jak Unia Europejska.
Zwłaszcza teraz, gdy reprezentują nas typy spod ciemnej gwiazdy o inteligencji chrabąszcza i moralności – by użyć zwrotu ulubionego klasyka prezesa – alfonsa.
10.
W miarę niesamowite jest to, co wczoraj uchwalono w Brukseli. I dla Polski ważne. Oto posłowie do Parlamentu Europejskiego mogą pozwać przywódców UE, jeśli zignorują wezwanie do reformy traktatów! (https://www.euractiv.com/…/meps-could-sue-eu-leader-if…/)
Na początku tego miesiąca posłowie poparli rezolucję żądającą, aby przywódcy UE zgodzili się na zmianę traktatów poprzez Konwent. Zgodnie ze zobowiązaniami traktatowymi Rada Europejska musi teraz głosować zwykłą większością głosów, czy chce tę rezolucję wprowadzić w życie.

Słowo gościa, który był w 61 krajach i potrafi porównywać.
„Jeśli Rada Europejska w ciągu dwóch miesięcy od formalnego wezwania jej przez PE do określonego działania, to zostanie pozwana do Trybunału Sprawiedliwości za brak działania zgodnego z wezwaniem” – powiedział EURACTIV były liberalny eurodeputowany Andrew Duff, konstytucjonalista, jeden z czołowych ekspertów w dziedzinie traktatów UE.
Chęć ponownego otwarcia traktatów UE po raz pierwszy od ich wejścia w życie w 2009 r. pojawił się w ostatnich miesiącach, przede wszystkim dzięki propozycjom wyłaniającym się z Konferencji w sprawie przyszłości Europy.
Konferencja uzgodniła 49 zaleceń, w tym likwidację prawa poszczególnych krajów członkowskich UE do weta w wielu obszarach, takich jak polityka zagraniczna, polityka zdrowotna czy inicjatywy ustawodawcze i kontrola Parlamentu Europejskiego nad decyzjami Rady Europejskiej.
Zniesienie weta w polityce zagranicznej, obronnej i bezpieczeństwa zrobiło się pilne w związku z trudnościami w uzgodnieniu sankcji wobec Rosji i wsparcia militarnego dla Ukrainy.
11.
Na marginesie: władze belgijskie, a dokładniej, stołecznego regionu Brukseli (D.O. przypomina, że administracyjnie Belgia dzieli się na francuskojęzyczną Walonię, niderlandzkojęzyczną Flandrię i mieszany Region Stołeczny Brukseli), oferują mieszkańcom darmowe panele słoneczne i pomagają w instalacji.
Bo mają za dużo pieniędzy?
Nie, bo wiedzą, w co dla dobra społeczeństwa i państwa warto inwestować w przededniu dość dramatycznego kryzysu energetycznego.
Zaraz, a co polskie władze zrobiły ostatnio dla właścicieli zakupionych za prywatne pieniądze paneli fotowoltaicznych?

Ale, jak widać… Człowiek, który dwóch prezydentów Stanów Zjednoczonych na kolanach błagał, żeby w Polski bronili obcy żołnierze, dziś wyprzedził wiejskich głupków ukraińskich.
Jednak brzytwa powinna znajdować się w rękach ludzi odpowiedzialnych!
https://bialystok.wyborcza.pl/…/7,35241,28616217…
Aha: wydmuchały ich na pieniądze, tj. za prąd, który właściciele produkują z paneli w nadmiarze i odprowadzają do krajowej sieci energetycznej płacą wielokrotnie mniej niż za prąd, które krajowa sieć energetyczna dostarcza do tych właścicieli. Państwowy prąd jest więc znacznie droższy niż prywatny.
Oj tak… Okradać ludzi to oni potrafią!…

D.O. nie wie, gdzie ich rodzice pobłądzili. Na pewno nie w przymuszeniu ich do nauki angielskiego, bo obie, a zwłaszcza ta z prawej mówiły, jak native speakers. Ale żeby chociaż mądrze!

Jacek Pałasiński
„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.
