Jacek Pałasiński: Drugi obieg (374)9 min czytania

()

24.07.2022

1.

No i okazało się, że nie był to dobry pomysł. Ze wszech miar.

Bo D.O. siedzi tu i siedzi, a jeszcze morza nie widział.

Korzystając z faktu, że, grrrrr, strona do przesyłania dużych plików do 20 GB jest złośliwą małpą i jak jej nie zapłacisz, to celowo przesyła je bardzo powoli – 10 GB potrafi przesyłać i 10 godzin – D.O. gromkim pohukiwaniem zmusił Żonę do wyszykowania się o ludzkiej porze i ruszył nad powyższe.

Nie, nie, nie jest ostatnim naiwnym i w duszy swojej wiedział, że to nie będzie łatwe wyzwanie, ale liczył na łut szczęścia.

Niestety, szczęścia nie zaznał. Wyjazd Via Aurelia na Północ odbył się w towarzystwie jakiegoś na oko pół miliarda innych przedstawicieli rodzaju ludzkiego w ich blaszanych puszkach. Nic to: silniczek szemrał, kondycjonowane powietrze syczało: let it be.

No i dojechał do lubianego osiedla nadmorskiego Santa Severa.

Santa Severa: ile tam może być tych domków? Kilkaset? Tysiąc?

2.

„Severa” znaczy „surowa”, tak, jak surowy był cesarz Septymiusz Sewer.

Typowa uliczka w Santa Severa

No i człowiek się odruchowo zastanawia, jak kobieta z odchyłką ku okrucieństwu może zostać świętą. Ale o jej surowości hagiografie milczą, odnotowując za to, że aresztowana za czasów prześladowań chrześcijan na rozkaz cesarza Dioklecjana, nawróciła przesłuchującego ją cesarskiego prokuratora, z którego to powodu prokuratorowi obcięto głowę. Ją zaś samą i jej braci (matka umarła w więzieniu przed przesłuchaniem), zakatowano ją biczami z ołowianymi kulkami na plaży w osadzie etruskiej o nazwie Pyrgi 5 czerwca AD 298. I na plaży pochowano.

Jeszcze jeden googlemapowy widoczek Santa Severa

Pyrgi nie ma, tzn. jest, ale jako teren fascynujących badań archeologicznych, a na tym miejscu stoi kilkaset willi i willetek, zatopionych w morzu kolorowych krzewów, ocienianych rozłożystymi parasolami wiekowych pinii. I to osiedle nazywa się Santa Severa właśnie.

3.

Ale niedaleko Turynu jest niewielka osada u stóp góry Fraiteve (2701 m npm), która nazywa się San Sicario. A we współczesnym włoskim „sicario” oznacza tyle, co „killer”. Okazuje się, że świętych o tym imieniu jest co najmniej pięciu, a ten konkretny, od podturyńskiej osady na wysokości 1500 metrów npm, to „killer” z Lyonu (Sicard, Sicarius), prawdopodobnie biskup tego miasta, zmarły między 433 a 435 r. AD.

Męczeństwo świętej Sewery w litografii Antonio Tempesty z r. 1590.

No, cóż człowiek nie jest winien swojego imienia, to na rodziców spada całe odium.

A i dziś D.O. nie dałby swoim dzieciom imienia „Juha”, „Bela”, czy „Knut”.

Kto da więcej?

4.

No więc D.O. dotarł do Santa Severa i spędził tam urocze trzy kwadranse, jeżdżąc uliczkami między willami i willetkami, poszukując miejsca do postawienia samochodu. „Szukała, nie znalazła i żołnierz pobladnął, nie znalazłszy ładunku już bronią nie władnął. I uczuł, że go pali bryczka rozogniona”…

Chcąc uniknąć losu literackiego Ordona, D.O. z żalem opuścił Santa Severa, licząc na więcej szczęścia w innych nadmorskich osadach i miasteczkach.

(Nb. ciekawe, jak się czuł nasz Wieszcz, kiedy spotkał kilka lat później Juliana Konstantego Ordona, skądinąd wyjątkowego bohatera?)

Było już grubo po Świętej Godzinie Obiadu (czyli po 13), kiedy D.O. znalazł miejsce parkingowe w 8 km dalej Santa Marinella (też pięknie), wieleset metrów od morza. Mały spacerek pod piekącym słońcem nie zabił jego ani Żony, tylko trochę spopielił.

O tu, obok tego basenu D.O. spożywał. Obok, po prawej, rajska willa jakiegoś milionera. Z własnym odgrodzonym betonowym murem, dostępem do wody.

W miejscowej knajpeczce, nad samym morzem, nad plażeńką z żółtego, nawiezionego ciężarówkami piasku, zrzuconego na kamienisty brzeg, zasiadł był pod parasolem, przy samej barierce.

No i kicha.

Od morza nie nadchodził nawet maleńki zefireczek, flauta z tych przez żeglarzy przeklętych. Przez spożywających obiad też.

On ci to: D.O. złachany przez ciepełko. Zza śliniaczka nie widać, jak ocieka potem.

Już Konfucjusz mawiał, że parasol to znakomity wynalazek, który jednakże jest ochroną dla jednej osoby, ale dla dwóch staje się rynną. Z braku deszczu powiedzonko Kǒng Fūzǐ, czyli mistrza Fūzǐ, adoptowaliśmy szybko dla słońca: kiedy Żona była w cieniu, to D.O. na słoneczku, a kiedy D.O. dostał się pod błogosławiony cień parasola, słoneczko wierciło dziurę w głowie Żonie.

To jest latarnia uliczna w Santa Marinella. W tym klimacie rośliny rosną jak szalone.

I to wszystko przy wyraźnym ochłodzeniu! W Rzymie było 36, a w Santa Marinella zaledwie 30. Ale jeden rzut oka na smartfon i okazywało się, że „odczuwalna 35”. W każdym razie było upiornie gorąco, nawet przy rzymskich 38,5, najwyższa, do tej pory przez nas odnotowana, nie czuliśmy takiego żaru.

Na pierwsze było polpo (macka ośmiornicy) na łożu z przecieru z bakłażana i ricotty z maźnięciami pulpy z suszonego pomidora, na drugie – nieśmiertelne spaghetti alle vongole.

Ale… No, co tu gadać: kucharz cudował, zupełnie niepotrzebnie. Łoże dla polpo było wyśmienite, ale samego polpo zrobić nie umiał: gumowate. A spaghetti, domowej roboty, woda i mąka, dobre, natomiast cała reszta… To właściwie była zupa: pływało w wodzie spod muszelek wymieszanej z masłem. Vongole rozgotowane tak, że Ćwierczakiewiczówna by kucharza wałkiem przez łeb zdzieliła.

5.

Było o świętej Sewerze, to o świętej Marinelli ma nie być? No jak nie, jak tak!

Święta Marina z Bitynii, z Fortunatem, rzeźba Vincenzo Zaffiro z 1800 r.

Zwłaszcza, że jej historia jest znacznie ciekawsza i pełna pikanterii. Marina urodziła się w VIII, a może w VI wieku ery chrześcijańskiej w Bitynii, regionu w Północno-zachodniej części Azji Mniejszej. Matka ją odumarła nastolatką, ojciec z żalu poszedł do klasztoru w Libanie. Ona wkrótce za nim. Ale ponieważ kobietom do klasztoru wchodzić nie można było, przebrała się za chłopca. Ojciec obciął jej włosy, a że zakonnicy nosili obszerne habity i kaptury, żyjąc w ciemnych celach, nikt jej się specjalnie nie przyglądał. Po latach ojciec umarł, ona, pod imieniem Marek, została. Ale pewnego dnia jakaś karczemna dziewka oskarżyła Marka, że ją zgwałcił, a ona jest w ciąży. I Marek się przyznał! Wywalony z klasztoru, żył z synem o imieniu Fortunat (Szczęśliwiec) z jałmużny. Po trzech latach opat, który nigdy nie uwierzył w winę Marka, przyjął go z powrotem do zakonu. Tam jednak marek, wycieńczony biednym życiem, wkrótce zmarł. Współbraciszkowie przygotowując go do trumny, dostrzegli pewne niekoherencje. Podobno bardzo żałowali, że dali się nabrać na słowa oskarżycielki i samego Marka, który w rzeczywistości był Mariną.

Szczątki świętej Mariny (w zdrobnieniu „Marinella”) spoczywają w weneckim kościele Santa Maria Formosa, a ona sama jest wraz ze świętym Markiem (zbieżność imion przypadkowa) jest współpatronką Najjaśniejszej Republiki Weneckiej.

6.

Po takim sobie obiedzie dowlekliśmy się do samochodu przemoczeni potem i oblepieni. Wracaliśmy już autostradą, którą jednakże zamknięto z powodu wypadku i trzeba było wyjechać w Maccarese i plątać się drożynami ku lotnisku we Fiumicino. D.O. przypomniał sobie, jak sterczał tam z operatorem (to byłeś ty, Chodaczku?) na końcu pasa, czekając na lądowanie Air Force One, wiozącego delegację na pogrzeb papieża. Ach… łezka…

7.

Summa summarum wszędzie dobrze, ale przy wylocie domowego klimatyzatora najlepiej.

8.

I przed tym klimatyzatorem D.O. wyczytał, że premier indyjskiego stanu Pendżab p. Bhagwant Mann, zaprosił kamerzystę, by przed obiektywem udowodnić światu, że woda w Kali Bein, świętym „Czarnym strumieniu” Sikhów jest czysta i opozycja nie ma racji. Opozycja zaś wskazywała, że 80 wsi i miasteczek wylewa swoje nieczystości prosto do świętego Czarnego Strumienia. Pan Mann mówił, że nic nie szkodzi, bo jego rząd bonifikował ścieki. Więc nabrał w szklaneczkę wody ze strumienia i chlapnął ją sobie w gardziołko.

Premier Pendżabu, pan Bhagwant Mann wypija wodę ze świętego strumienia Sikhów Jali Bein.
Mniam!
VIDEO tu: https://video.repubblica.it/…/politico…/421466/422402…

Chwilę potem źle się poczuł i trzeba go było przetransportować specjalnym samolotem do Indraprastha Apollo Hospital w New Delhi. Podobno już ozdrowiał.

D.O. chciałby nieśmiało zasugerować Kłamcy Krzywomordemu, zwanemu „premierem”, by przed kamerami dziabnął sobie szklaneczkę wody z Wisły, tuż powyżej wylotu sztandarowego dzieła p. Lecha Kaczyńskiego, czyli oczyszczalni „Czajka”.

Jacek Pałasiński

„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.