04.08.2022
W Rzymie ma być 40 stopni.
1.
Zew morza zwyciężył. D.O., uważa, że odkąd wynaleziono baseny, kąpiel w morzu nie ma wielkiego sensu, a na dodatek człowiek znajduje piasek w zakamarkach ciała, o których istnieniu nie rozmawia się publicznie. No, ale postawiony przed ultimatum rodzinnym D.O. uległ i towarzystwo na plażę zawiózł.

Dygresja. Kiedy W. rozpaczał, że musi opuścić Rzym i wracać do Warszawy, D.O. go pocieszał, mówiąc, że nie będzie tak źle, że są włoskie restauracje, filmy, muzyka itp.

– Tak – powiedział rozeźlony moimi argumentami – a ile z Warszawy jest nad najbliższe morze?
No rację miał i D.O. musiał wobec potęgi tego argumentu zamilknąć.

A z Rzymu daleko nie jest. Kwadransik, pół godziny, w zależności od dzielnicy.
No i plaża na południe od Ostii z żółciutkiego piaseczku jest. Można iść w morze spory kawałek, po równie delikatnym i piaszczystym dnie: opada powoli…
No, bo spacerów po piaseczku plażowym na bosaka D.O. stanowczo by odradzał. Chociaż potem na „pronto soccorso”, czyli szpitalnej izbie przyjęć posmarują ci, Czytelniku, stopy jakąś łagodzącą maścią na oparzenia, to jednak rany posolone (bardzo) słoną wodą morską lubią się paskudzić.
D.O. zaznał tej plaży z milutkiego, zacienionego baldachimami podestu plażowej restauracji, co jest jego absolutnie ulubionym zajęciem. Do restauracji prowadzi drewniany pomost, nie trzeba się wygłupiać dostojnemu starcowi i przebierać w gacie i klapki, można sobie usiąść, zostać owianym (słabiutkim!) wiaterkiem od morza, wydudlić literek lodowatej wody (Effervescente naturale, tj. takiej, co z bąbelkami sama przyjemnie z ziemi już wypływa), zamówić talerz spaghetti alle… Co ja będę mówił: sami wiecie!
Żona D.O. w ramach poświęceń i wspomnień dawnych czasów, do morza jednak weszła, ale szybko wyszła i odjechała w siną dal z D.O. w klimatyzowanym samochodzie Syna.
Siną dalą był w tym wypadku sklep żelazny, bo w klapie od sedesu połamały się podtrzymujące żeliwne łapki, co świadczy o tym, że „made in China” może i kosztuje mniej, ale ichniejsze żeliwo przypomina tutejsze grissini.
Może to i nieelegancko wspominać tak zacnemu Gronu o klapie od sedesu, ale żeby nie było, że D.O. tylko wysoce uduchowionymi sprawami się zajmuje.
2.
À propos zwu… zewu morza: na plaży w miejscowości San Nicola a Mare niedaleko Salerno, rozkoszy plażowania zapragnęła rodzinka dzików, tj. locha z dwoma warchlaczkami. Państwo dzikostwo swobodnie przechadzało się między leżakami i parasolami i wcale nie była agresywne, jak ta locha z Ligurii, która ugryzła jedną panią w ramię.
Zejście po schodach i spacer uwieczniony przez turystów, można obejrzeć tu: https://video.repubblica.it/…/cilento…/422032/422968…
3.
Po żelaznym sklepie powróciliśmy do Castel Fusano, miejsca niegdyś magicznego: cudowny to był, gęsty las wiekowych pinii. Ale na początku tysiąclecia spłonął i dziś jest żałosną, chaotyczną łąką, obsadzoną być może młodymi piniami, ale za młodu one nie robią żadnego wrażenia. Dwa dziesięciolecia i w tym kraju o błogosławionym dla roślin klimacie, las nie odrósł: odrosły chaszcze.

A pinie… Cóż to za cudowne drzewa! No po prostu do zakochania, do pisania poematów! Takich jak muzyczny poemat Ottorino Respighiegeo „Rzymskie pinie”.

Zróbcie sobie, proszę, prezent i posłuchajcie: https://www.youtube.com/watch?v=rjWsW5QBYlc
4.
Poemat symfoniczny „I Pini di Roma” Respighi skomponował w 1924 roku, jako element „trylogii rzymskiej” (wraz z „Fontannami Rzymu” i „Świętami Rzymskimi”). Pierwsze wykonanie odbyło się w Teatrze Augusteo w Rzymie 14 grudnia 1924 roku pod dyrekcją Bernardino Molinariego, a dwa lata później miała miejsce premiera amerykańska w Filharmonii Nowojorskiej pod dyrekcją Arturo Toscaniniego.
Poemat składa się – co łatwo P.T. Słuchacze odnotują – z czterech części: „Pinie z Villa Borghese”, „Pinie przy katakumbie”, „Pinie na Janikulum”, oraz „Pinie z Via Appia”.
Z oficjalnego opisu wynika, że pierwsza część: „Pinie z Willi Borghese”, oddaje hałaśliwe dzieci bawiące się w żołnierzy i maszerujące po piniowym lesie Willi Borghese.
Część druga, „Pinie przy katakumbie” to majestatyczna pieśń żałobna, która przedstawia las piniowy w pobliżu katakumb na rzymskiej wsi. Instrumenty o niskich barwach mają opisywać podziemny świat, a puzony mają kojarzyć się ze śpiewem kapłanów.
Nokturn „Pinie na Janikulum” rozgrywa się w starożytnym Rzym nocą, na dominującym nad centrum Rzymu wzgórzu. Janus Dwulicy otwiera szeroko drzwi i bramy, wyznaczając początek nowego roku. Słychać śpiew autentycznego słowika, prawdziwe odgłosy ptaków, czego nigdy wcześniej nie robiono na koncertach muzyki „poważnej”. Partytura wspomina, że nagrania dokonano na fonografie Brunswick Panatrope.
I wreszcie ostatnia część, „Pinie z Via Appia”, opowiada o piniach rosnących wzdłuż starożytnej drogi konsularnej (z epoki konsulów). W mglisty świt legion posuwa się wzdłuż Via Appia w blasku wschodzącego słońca ku Rzymowi. Respighi chciał, aby ziemia zadrżała pod stopami i kopytami armii cezarów i powierzył to zadanie organom. Utwór wymaga użycia starożytnych trąb, obecnie reprezentowanych przez flügelhorn, czyli skrzydłówkę. Całość kończy triumf trąb legionów na Kapitolu.
Dosłyszycie to wszystko?
Nagranie jest archiwalne, z końca lat 50., zrealizowane przez Orkiestrę symfoniczną RAI z Turynu pod dyrekcją mołdawskiego dyrygenta Sergiu Celibidache, którego na stanowisku dyrektora artystycznego i głównego dyrygenta poprzedzili m.in. Wilhelm Furtwängler, Herbert von Karajan, Igor Stravinski, Leopold Stokowski, a po nim to stanowisko zajmowali m.in. Lorin Maazel, Zubin Mehta i Wolfgang Sawallisch.
Rejestracja na żywo!
5.
A co poza tym?
Nic: wszystko po staremu. Choć może nie wszystko.
Gospodin Putin zlecił opracowanie dwóch podręczników dla propagandzistów: tak mają mówić o bestialskiej agresji na Ukrainę. W związku z sondażem, wskazującym, że sporo Rosjan chciałoby natychmiastowego zakończenia wojny, argumenty o „denazyfikacji” i „demilitaryzacji” Ukrainy już się wyświechtały i coraz mniej ludzi przekonują. Media kremlowskie kłamią i kłamią, ale jednak i do szeregowych Rosjan zaczyna docierać, że coś z tą denazyfikacją jest nie tak. Odtańczyliby szalonego kazaczoka, jak Rosja długa i szeroka, gdyby „specjalna operacja wojskowa” okazała się blitzkriegiem, ale ponieważ w pół roku jakichś oszałamiających sukcesów nie odniosła, to zaczyna ich ta wojna nużyć.

Dlatego Wowa Putin kazał ożywić przekaz do społeczeństwa: nie chodzi już tylko o „denazyfikację” Ukrainy, ale przede wszystkim o pokonanie „bezbożnego” Zachodu. Należy snuć paralele z chrztem Rusi, tj. z nawróceniem tego kraju na chrześcijaństwo z 988 r. oraz ze zwycięską Bitwą nad Newą przeciwko Szwedom z r. 1240 roku pod wodzą księcia Aleksandra Newskiego.
Powodzenia, Wowa! Na pewno uwierzą!
6.
W wielu komentarzach pojawia się wątek: „za wizytę Pelosi Tajwan zapłaci prawdopodobnie wysoką cenę”.
Dobra wiadomość jest taka, że komuniści chińscy samolotu z Pelosi jeszcze nie zestrzelili. Przynajmniej na trasie Tajpej – Seul. Potem zobaczymy.

Ale tak, jak D.O. pisał przedwczoraj, Pekin wytoczył takie działa propagandowe, zaangażował autorytet samego Xi Jinpinga, który napominał Bidena, żeby nie pozwalał Pelosi lecieć na Tajwan, że teraz, bez spektakularnej reakcji, całe to kryminalne towarzystwo straciłoby twarz i wiarygodność. Więc się zemszczą. Jeszcze nie wiadomo, jak, ale się zemszczą. Najbardziej prawdopodobnym wariantem będzie uderzenie jakoś bardzo mocno w Tajwan. Raczej nie będzie to pełnowymiarowa inwazja, ale przykład Ukrainy mógł podziałać na wyobraźnię chińskiej szajki: „Możemy sobie pozwolić na ograniczoną akcję zbrojną: Tajwan dostanie solidarność i może trochę więcej broni, ale nas to zbytnio nie dotknie” – myślą sobie teraz jedynie słuszni. Na razie manewrują z ostrą amunicją wokół wyspy, zhakowali strony ministerstwa Obrony w Tajpej. Ale chyba na tym nie koniec.
D.O. czuje, że coś wisi w powietrzu. Nie jest jedyny: w wielu stolicach państw NATO daje się odczuć ogromne napięcie. Poza Warszawą oczywiście, bo, żeby czuć napięcie związane z Chinami trzeba mieć chociaż odrobinę rozumu i wiedzieć, gdzie leżą Chiny. A w szajce rozum to towar bardzo deficytowy.
7.
Kartel OPEC i jego sojusznicy zgodzili się zwiększyć wydobycie ropy o 100.000 baryłek dziennie, co analitycy opisali jako obelgę wymierzoną w prezydenta USA Joe Bidena.
Ministrowie z 13-osobowej grupy i jej sojuszników, kierowanej przez Rosję i znanej jako OPEC+, spotkali się w czwartek na wideokonferencji za zamkniętymi drzwiami i zdecydowali o zwiększeniu produkcji ropy o drobiazg, o 0,1% globalnego zapotrzebowania na ropę, o ilość, którą obecnie wydobywa OPEC w 86 sekund. Porażka Bidena – to kłopoty dla każdego z nas. Szajka już planuje wyłączać prąd w Warszawie. I za skarby nie wyrzuci na zbity pysk zi0br0, by uzyskać pieniądze z UE.

„Policzkiem w twarz Bidena” – nazwało decyzję OPEC CNN (https://edition.cnn.com/…/joe-biden-saudi…/index.html), mówiąc, jak upokorzenie, związane z wizytą u psychopatycznego mordercy, księcia koronnego Arabii Saudyjskiej Mohammada bin Salmana, zupełnie się Bidenowi nie opłaciło.

Cóż, nie wszystkie cacka zawsze wychodzą z dziurką. Warto było spróbować. Tymczasem Biden, silny sukcesem z zabójstwem al-Zawahiriego i wynikiem referendum aborcyjnego w Kansasie (poniżej), chwali się, że w większości stacji benzynowych w USA za galon benzyny płaci się poniżej 4$. D.O. płacił kiedyś poniżej 1$, ale to se ne vrati, a wyborcy amerykańscy, jeszcze tydzień temu płacili ponad 5$.
8.
„Groteskową chciwością” nazwał sekretarz generalny ONZ, Portugalczyk Antonio Guterres wiadomości o rekordowych zyskach wielkich kompanii naftowych. Wczoraj D.O. pisał o potrojonych zyskach BP. A dzisiaj, po raz drugi z rzędu, sekretarz generalny wyciąga atrybuty i po ostrzeżeniu, że jesteśmy o jedną błędną kalkulację od zagłady ludzkości, dziś wali wszechmocnym korporacjom prosto w twarz zarzuty o niemoralną chciwość w dobie najpoważniejszego globalnego kryzysu od czasu II Wojny Światowej.

Bravo Guterres!
9.
To może D.O. powtórzy: lata temu przechadzał się nocą po Florencji z profesorem Bronisławem Geremkiem. Jako minister spraw zagranicznych poznał był właśnie nowych przywódców niemieckich: kanclerza Gerharda Schroedera i swojego odpowiednika Joschkę Fischera. D.O. wypytywał o lidera Zielonych na czele niemieckiej dyplomacji: „Będzie nieodpowiedzialny”? „Czy jego zieleń nie jest za bardzo czerwona”? „Czy będzie agentem Kremla”? Profesor powiedział coś, co D.O. wówczas zdumiało: „Joschka Fischer to bardzo porządny facet, a Schroeder to kawał”… No nie, profesor nie używał słów powszechnie uznanych za, ale użył jakiegoś określenia eleganckiego, acz dosadnego. I dodał: „Jakbym miał stawiać, który z nich okaże się agentem Kremla, to stawiałbym na Schroedera”.

Profesor Geremek bardzo mądrym i dalekowzrocznym człowiekiem był. Te słowa powiedział w dwa bodaj tygodnie po zaprzysiężeniu socjaldemokratyczno-zielonego rządu w Berlinie.
To oczywiście aluzja do ostatniego spotkania tej kanalii z Putinem w Moskwie. Coś bredził o „neutralności” Ukrainy, o jej „kantonizacji”, na wzór szwajcarski.
„Jak pomogłoby komukolwiek, gdybym osobiście zdystansował się od Władimira Putina?” – pytał dziennikarzy, przeprowadzających z nim wywiad. I odmówił rozmowy na temat masakr cywilów, dokonywanych przez rosyjskie, zbydlęcone żołdactwo.
Ale na pewno wrócił do domciu bogatszy niż z niego wyjechał.
10.

Udało się odtworzyć audiowizualnie przynajmniej część wywiadu JP z watykanistką Franką Giansoldati w ramach cyklu „Allegro ma non troppo” na portalu „natemat.pl”. Obejrzyjcie, bo warto, udostępniajcie!
https://www.youtube.com/watch?v=gQMv_vmNcwc…

A poza tym…


To ważne zwycięstwo stanu Kansas, ale także każdego Amerykanina, który wierzy, że kobiety powinny być w stanie podejmować samodzielnie decyzje zdrowotne bez ingerencji rządu”.

Jacek Pałasiński
„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.

Przed dwoma tygodniami ( po czterech tygodniach) zdjęli mi z nogi gips i założyli ortezę . Łażę o kulach. A miałem być w tym czasie (zagipsowania ) we Włoszech. Wprawdzie nie w Rzymie ,a nad Adriatykiem ale też fajnie. Dzięki za te fantastyczne rzymskie opowieści. 2 razy byliśmy z żoną w Lido do Ostii. Rzut beretem ( no może trochę więcej ) i wysiadka na przystanku Coloseo. Łezka mi się w oku kręci jak oglądam te Pańskie migawki z Wiecznego Miasta. Lżej mi chorować. Mimo że za oknem mam przepiękny widok na mazurskie jezioro, to tęskno za tamtym możem. A swoją drogą patrząc jak się Lido di Ostia degraduje, to aż serce się ściska. Jeszcze raz dzięki.
Może mi tęskno za morzem. Ale wtopa.