Marek Jastrząb: Kąpiel4 min czytania

02.10.2022

Przed obiadem o pierwszej, tak gdzieś w okolicach jedenastej, można było zobaczyć wesołą kawalkadę ochotników wytypowanych do kąpieli. Rykszami do ekspresowego przewożenia, dzierżąc w dłoniach berła imitujące skrobaczki do szlifowania pleców, roześmiane staruszki mknęły korytarzem do łazienki.

Babcie, kiedyś godne zazdrości kobiety, kiedyś ogniste dziewczyny, podlotki z własnymi zębami, rozpaplane w botanicznych ogrodach, przepojone młodością i ochotą na zmierzenie się z życiem, wypełnione planami, zajęte beztroskim chodzeniem na randki z tysięcznym jedynym, płaczące, niekiedy bez powodu, a niekiedy z powodem, którego już nie pamiętały, drżąc z zimna, siedziały na krzesełku przy wannie, okryte frotowym ręcznikiem i być może po raz pierwszy w życiu czuły się tu jak królowe, być może nikt nigdy przedtem nie dbał o nie tak.

Ich młodość przeszła za szybko. Zamiast życia miały próby ogniowe i skąpe szczęście na wykoślawionych koturnach. Zanim zdążyły naistnieć się do syta, spadły na nie zadania ponad wszelką wytrzymałość, skończyła się ich odrealniona poezja i bujanie w obłokach, skończyły ogrody i marzenia o chłopakach, a zaczęły pieluchy i bóle stawów. Zaczęły wędrówki po utrapieniach i podróże donikąd.

Zrozumienie

W dni wolne od znieczulicy przybywali do Domu zatroskanymi tabunami krewni; specjaliści od wydziwiania i załamywania rąk. Przylatywali do nich, by zaliczyć test z miłości bliźniego. Wzrokiem tłustym od pociechy wychwytywali każdą najmniejszą, niepokojącą zmianę. Szukali jej jednak nie w siostrze, mężu, czy staruszku, ale w szafach z bambetlami, na ścianach, gdzie, stwierdzali ze zgrozą, ostatnio było gęściej od malowideł, srebrnych lichtarzy, pozłacanych łyżek, przedmiotów cenniejszych od ich posiadaczy. Zanim zdobyli się na męstwo, by wujka, babcię, czy matkę ucałować i zapytać o samopoczucie, upewniali się, co z Malczewskim i gdzie, do diabła, podziewa się Boznańska.

Staruszek gmatwał się w przeprosinach, jak uczniak przyłapany na wagarach. Był wystraszony, że na dobre rozgniewał zięcia, który w odwecie da mu popalić, zemści się na nim ofiarowując wnukowi zero wszelkich wizyt. Obawiał się, że wnuczek będzie miał od tej chwili dodatkowe zajęcia, tenis, angielski, korepetycje z komiksów lub alergię na Dom.

Stołówka

Razem z gongiem, drżącym truchtem przydziałowych bamboszy napływała do niej żarłocznym strumieniem głodna dziatwa nieszczęśników. Odstawiała pod ściany swoje laski, szwedki i balkoniki, siadała przy „swoich” stolikach obitych ceratą i mościła się na krzesłach.

Czas był tu odmierzany posiłkami. Śniadanie, z obowiązkową zupą mleczną dymiącą w poszczerbionych wazach, z chlebem pociętym na opłatki, z kostkami masłopodobnego lepiszcza, miodem, dżemem czy twarogiem, z kubkami kakaowej cieczy w niedzielę, a słodzonej kawy z domieszką ciepła w powszedni dzień, pozwalało otrząsnąć się, przezwyciężyć nocne zjawy zaczopowane pod meblami, uwolnić od desantu demonów przerażająco i w beztroskim skupieniu defilującego, całymi pułkami, całymi ołowianymi szwadronami, szyderczo paradującego granią sekretarzyka; śniadanie pozwalało przemóc huraganowe kontrofensywy dolegliwości, pozwalało zapomnieć o zmorach produkowanych przez halucynacje, ciemność i ból. Pozwalało odnieść zwycięstwo nad sobą, nad wszechogarniającym poczuciem własnej znikomości.

Śniadania, do których dożyli, zmywały z ich twarzy nie tylko osad, szlam i śluz wszelkich udręk, ale dawały im ostrożną nadzieję na dotrwanie do obiadu, a kto wie, czy nie powiedzie się im i doczłapią do kolacji.

Po wieczerzy jadalnia była świetlicą z telewizorem i przed nocną toaletą mieszkańcy udawali się do niej. Dyżurny nadzorca odpalał pudło z nowinami i otwierała się kolorowa przestrzeń, rozlegał buczący pomruk urozmaicony rozkasłanymi komentarzami z tylnych rzędów.

Na ekranie dobre i vice dobre wiadomości grały w salonowca. Do dwudziestej drugiej świetlica zanosiła się od westchnień i pohukiwań ludzi słyszących co trzecie słowo, rozumiejących tylko te, których nie dosłyszeli. A o dwudziestej drugiej sekund pięć, do świetlicy naelektryzowanej banialukami, wkraczał pielęgniarz i zamaszystym susem dopadał wyłącznika telewizora, który, rozregulowany, od lat nie trzymał koloru, ale był za to matowym oknem wypuczonym na świat.

Na nic protesty, żachnięcia i odwoławcze spazmy, że zaraz się kończy. Regulamin, rzecz święta, mówił, i nie było odwrotu. Zakręcał kurek ze szklanym wodolejstwem, ekran gasł i zaczynały się rwetesy, zmagania z odstawianiem krzeseł i pochmurnym ciurkiem wracanie do sal.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Niektóre publikacje Autora są do pobrania w Bibliotece Studia Opinii

Print Friendly, PDF & Email
 

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo