Jacek Pałasiński: Drugi obieg (527)4 min czytania

()

27.12.2022

Więc to było tak: W tej samej PWST studiował razem ze mną młokos o wielkim talencie i wielkim głodzie wiedzy. Młokos o ujmującym, budzącym żywiołową sympatię uśmiechu i niespożytej energii. Rozsadzała go. Miał zaległości w lekturach, ale ze wszystkich sił starał się je nadrobić, pożreć tyle wiedzy, ile się dało dokoła znaleźć. Rozpaczliwie poszukiwał wiedzy psychologicznej, bo choć z łatwością przychodziło mu granie różnych postaci, to czuł, że nie dobija się do ich głębi, a chciał do końca zrozumieć ich motywacje.

Jakoś sobie mnie upatrzył i spotykaliśmy się po zajęciach w pustych „klasach” albo w stołówce na dole i gadaliśmy o aktorstwie.

Ja mu mówiłem, że największą cnotą, stopniem do wielkości, jest dla aktora wyzbycie się na czas przedstawienia siebie, swojej cielesności, a zwłaszcza swoich utartych ścieżek psychologicznych, swoich ruchów, sposobu mówienia. Na czas przedstawienia trzeba się opróżnić z siebie i ciało swoje uczynić pojemnikiem, do którego bez reszty wleje się grana postać. Aktor musi stać się graną postacią.

Mówiłem mu to i mówiłem, a on się buntował, nie przyjmował, ciągle powtarzał, że nie, że to na odwrót: „to nie ja mam się stać graną postacią, tylko grana postać ma stać się mną”. „I tylko to może być wiarygodne dla widza”.

Przestaliśmy ciągle o tym dyskutować, bo wreszcie – może z grzeczności – przyjął do wiadomości, że moja wizja (tak naprawdę zupełnie nie moja, tylko wielkich mistrzów teatru!) jest jedną z kilku, ale on pozostanie przy swojej.

W gruncie rzeczy to nie miało większego znaczenia, bo był diabelnie zdolny, diabelnie pracowity i piekielnie energiczny, więc grał dobrze po swojemu.

Zaczęliśmy wspólnie ustawiać jego szkolne role, raz na Miodowej, częściej u mnie w domu, bo Emilian mieszkał niedaleko. Ja byłem dobry w pracy z aktorami, on to czuł i chętnie słuchał.

Potem był dyplom i każdy poszedł w swoją stronę.

Ale się spotkaliśmy niedługo potem, w Narodowym. Jesienią 1981 r. Hanuszkiewicz zgodził się dać mi szansę i pozwolił rozpocząć próby z kilkoma aktorami „Mandragory” Machiavellego. Właściwie dwie w jednej, bo w intermezzach „Mandragory” miała być odgrywana moja sceniczna adaptacja najbardziej pornograficznego tekstu renesansowego ever: „Jak Nanna swą córeczkę Pippę na kurtyzanę kształciła” Pietro Aretino. I Emiliano miał być Kallimakem, a Wiktor Zborowski miał grać Nicia. Gorzej było z Nanną i Pippą, bo wszystkie aktorki po przeczytaniu tekstu, odrzucały go, jakby parzył. Ale znalazły się w końcu dwie wspaniałe aktorki, którym niestraszne były rozmowy o uciechach cielesnych.

Nic z tego nie wyszło. Hanuszkiewicz kazał zawiesić próby 1 grudnia, ja 2 wyjechałem na tydzień do Włoch i ten tydzień przedłużył się do 30 lat, moja noga już po drugiej strony ramy scenicznej nie postała.

Ale i wcześniej było kiepsko. Bo ja nakreśliłem postaci, scenerię i okoliczności, oczekując, że resztę dadzą mi aktorzy. Mieli zdolności, fantazję, inwencję. Ale nie dali właściwie nic. Zero inwencji i oczekiwanie na polecenia reżysera: „stań tu, przejdź tam, powiedz to głośniej, powiedz ciszej”. To się dało zrobić, ale najwyraźniej nie znaleźliśmy wspólnego języka. Dla mnie teatr był interesujący tylko jako miejsce, w którym powstaje dzieło zbiorowe, a nie jako plac musztry. Najwyraźniej nie zdołałem ich porwać, zapalić do projektu. Do dziś żałuję.

Potem, jako się rzekło, minęło 30 lat. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Znałem to powiedzenie, ale jego tragiczny sens pojąłem dopiero po powrocie do Polski. Gdzie, jakoś w 2006 czy 2007 roku los nas znowu z Emilianem zetknął. Ja prowadziłem galę pewnego wydawnictwa naukowego, on był „częścią artystyczną”.

On wyrósł na wielkiego artystę. Nauczył się przeobrażać. Nie być ciągle tym samym Emilianem, który zmienia tylko tekst, bywał każdą rolą kimś innym, innym człowiekiem. Zachował żywiołową sympatię i energię.

Ja do niego „cześć, Jemioł” – tak na niego mówiliśmy wtedy w Szkole. On popatrzył na mnie i nie poznał: „skąd pan wie, jak mnie nazywali”? No to mu opowiedziałem.

Uprzejmie kiwał głową, ale nie pamiętał.

Teatr dał mu wiele, choć – sądzę – nie tyle, ile się spodziewał i na ile zasłużył. Bo to okrutny pan. Showbusiness jeszcze mniej.

Bo zmieniły się czasy od naszej wspólnej młodości, od wchodzenia z ciekawością i nadzieją w świat teatralnej magii. Ten świat bardzo już rzadko bywa zainteresowany Sztuką z całą jej głębią i złożonością, słowami z domeny czarodziejskiej, uczuciami z głębin ludzkiej duszy. Liczy się słowna rąbanka i salwy śmiechu.

I co ja mogę teraz powiedzieć? Tylko to: „Cześć, Jemioł. Do zobaczenia”.

Jacek Pałasiński

„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.