14.01.2023
1.
Miałem wszystkie powody, żeby tego miejsca nie lubić. Najpierw zepsuł się samolot, którym tam leciałem i trzeba było po wypuszczeniu paliwa awaryjnie lądować.
Potem, gdy po nocy na ponurym lotnisku, podstawiono drugi i doleciałem, wpadłem na lotnisku w łapy policji politycznej, która mnie przesłuchiwała cztery godziny, a odpuściła, bo miałem polski paszport; włoski, którym się zazwyczaj posługiwałem, miał stemple izraelskie i na tamten bym nie wjechał, albo trafił prosto do aresztu i nie skończyłoby się na czterech godzinach.

Potem, zszokowany, odkryłem, że w 8-piętrowym urzędzie, nie było toalet i pracownicy załatwiali się od lat na schodach, a ponieważ winda się zepsuła, musiałem przez te 8 pięter spotęgowanego 40-stopniowym upałem smrodu przedrzeć.

Kiedy schodziłem, myślałem o tym albańskim księdzu katolickim, którego Enver Hoxha kaał przywiązać linami za ramiona w latrynie po piersi w odchodach i trzymał to tam przez ćwierć wieku. A z latryny ludzie normalnie korzystali. I wiary się nie wyrzekł.

Rzymianie zmodyfikowali pierwotną świątynię w I wieku naszej ery i ponownie za panowania dynastii Sewerów, robiąc z niej największą świątynię w Syrii.
Za panowania cesarza Teodozjusza pod koniec IV w., w następstwie cesarskiego zakazu praktykowania kultów innych niż chrześcijański, świątynia została przekształcona w kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.
W 706 r. kalif Umajjadów al-Walid I, chcąc iść w ślady swego ojca Abd al-Malika ibn Marwana, który wzniósł Kopułę na Skale w Jerozolimie, postanowił przekształcić stolicę dynastii Damaszek w równie wielkie miejsce kultu Allaha. Nakazał budowę wielkiego meczetu, na miejscu poprzednich świątyń i kościoła, zburzył wszystkie istniejące budynki w obrębie świętego okręgu, ocalając jedynie trzy wieże – dzwonnice, przekształcone w minarety: minaret Jezusa (Īsā), minaret Qayt Bey (od imienia sułtana mameluckiego) i „Małżonki” (ʿarūsa) i stworzył w 715 r. budynek, który miał wywrzeć wpływ na całą późniejszą islamską architekturę religijną, aż do zdobycia Konstantynopola, kiedy architekci islamscy zaczęli naśladować Hagia Sofia.
Reżim kraju, do którego przybyłem był niewiele lepszy od albańskiego, serdecznie go nienawidziłem za zabójstwa i tortury, regularnie stosowane przez jedną z kilku policji politycznych wobec dysydentów i ludzi marzących o demokracji albo o teokracji.

Miałem więc wszystkie powody, by tego miejsca nienawidzić, a jednak zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia.

To miejsce to Syria.
2.
Galimatias czy pandemonium?
D.O. nie jest w stanie dobrać odpowiedniego słowa do tego, co odnalazł na pierwszych kilku CD ze zdjęciami. Mają po kilka dziesięcioleci, w większości nie są opisane, więc tylko pamięć może jakoś je umieścić w przestrzeni i w czasie. A że upływające dekady są wrogami pamięci, wielu zlokalizować D.O. nie potrafił.
Ale te z Damaszku – bez cienia wątpliwości.

Tkwiły sobie gdzieś w wypalonych laserem płytkach przez ponad 20 lat. Trudno przypomnieć sobie, jakim aparatem zostały zrobione; to mogła być „rewelacyjna” na owe czasy płaska minolta o rekordowej wówczas „mocy” 8 megapikseli, format karty kredytowej, lekkość piórka. Dlaczego D.O. zrobił właśnie te zdjęcia? Chaotyczne, przypadkowe, niewiele mówiące o miejscach, w których zostały zrobione?

D.O. jest stary. Wychował się w mediach pisanych, zapis audiowizualny nie leżał w jego zainteresowaniach. Nie było internetu, w redakcjach pracowali prawdziwi specjaliści od zdjęć… D.O. nie przypomina sobie, żeby jakakolwiek gazeta kiedykolwiek zamieściła jego zdjęcie. Kilka razy rozbił przyzwoitym aparatem zdjęcia z zamiarem ich publikacji, ale okazywały się poniżej krytyki i do publikacji zupełnie się nienadające. Tak było podczas wywiadu z byłym ministrem generalissimusa Franco, a potem w rządzie demokratycznym, ówczesnym prezydentem hiszpańskiej, portugalskojęzycznej Galicji Manuelem Fragą Iribarne. Dobry aparat, chyba nawet statyw, a wyszedł szary kit.

Summa summarum D.O. zainteresował się zdjęciami i filmami wiele lat później i dziś życia sobie bez nich nie wyobraża. A oglądając swoje stare „dzieła” – myśli, że musiał być po prostu kompletnym debilem i do tego jeszcze niewidomym.

Do dziś nie potrafi powiedzieć, czy Damaszek był pięknym miastem, ale gotów jest się bić z każdym, kto powie, że nie jest miastem fascynującym.

Wtedy właśnie umarł Hafiz, a z jego wykształconym w Londynie, mocno ciapowatym synem – okulistą z wykształcenia – wiązano duże nadzieje na demokratyzację, a w każdym razie na poluzowanie reżimu.
Ale D.O. przetłumaczono podczas tego pobytu, co śpiewały na jego cześć małe dzieci szkolne: „jesteśmy gotowe oddać za ciebie naszą krew, o Basharze” i już nie miał wątpliwości, że żadnej liberalizacji nie będzie.

Ale – tak jak i na całym świecie – kraje się kocha tylko w 30 procentach za krajobrazy, czy nastrojowe uliczki ich miast; w 70% – kocha się je za ludzi, które je zamieszkują. A Syrii i Libanie spotkał bodaj najcudowniejszych ludzi na planecie: mądrych mądrością znawców wielu kultur, religii i języków, jowialnych otwartych na odmienność, skorych do zaraźliwego śmiechu, kochających dobre jedzenie i dobre picie. Zwłaszcza dzielnica chrześcijańska Damaszku wydała się D.O. kulinarnym rajem; Adam z Ewą by tu grzeszyli obżarstwem jak pokręceni! Grzeszył i D.O., a grzeszył tym chętniej i rozkosznej, że w towarzystwie Przyjaciół.

Minęło, jako się rzekło, wiele dekad, a D.O. tamtej nirwany zapomnieć nie może i nie potrafi.

A D.O. był tam na szczycie Ligi Arabskiej, przechodził tam i z powrotem obok Arafata i to było krótko po zakończeniu wojny domowej, a miasto już żyło pełną piersią, działały kawiarnie, w których siedziały nad filiżankami arabiki pięknie ubrane i uperfumowane dany. Gruzy wywożono w wielkim tempie, w środku miasta było dużo pustych placków, na których już działały koparki, ryjące doły pod fundamenty nowych wieżowców. Co za cudowne miasto!
To oczywiście niemożliwe, bo upłynęło zbyt wiele czasu, ale codziennie D.O. wyobraża sobie, że to właśnie któryś z tych mądrych, jowialnych, gościnnych Syryjczyków, jakich spotkał przy posiłkach w damasceńskiej dzielnicy chrześcijańskiej, zamarł na śmierć na polskiej granicy, kiedy ludzie w polskich mundurach odegnali go z powrotem do lodowatych bagien nad Bugiem, zabrawszy im uprzednio buty i telefony komórkowe.

D.O. nie wie, czy wiecie, jak to jest, kiedy rozpacz rozrywa duszę? Bo D.O. wie.
3.
A z newsów? Trump Organization zapłaci maksymalna karę 1,6 miliona $ za systematyczne oszukiwanie fiskusa, a Zbigniew Zi0br0 przegrał w sądzie z „Czarno na Białym”: domagał się sprostowania, a nie było czego prostować.
Ale kluczową kwestią w sprawie tego pąsowego niedorostka jest to, co powiedział w ostatnim „Allegro ma non troppo” Marcin Duma, prezes IBRiS: „Ziobry nikt nie lubi”.
No, nie lubili go od maleńkości, to widać. Mści się teraz biedaczyna, główkaniezbyttęga.

Jacek Pałasiński
„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.
