Jacek Pałasiński: Drugi obieg (544)13 min czytania

()

14.01.2023

1.

Miałem wszystkie powody, żeby tego miejsca nie lubić. Najpierw zepsuł się samolot, którym tam leciałem i trzeba było po wypuszczeniu paliwa awaryjnie lądować.

Potem, gdy po nocy na ponurym lotnisku, podstawiono drugi i doleciałem, wpadłem na lotnisku w łapy policji politycznej, która mnie przesłuchiwała cztery godziny, a odpuściła, bo miałem polski paszport; włoski, którym się zazwyczaj posługiwałem, miał stemple izraelskie i na tamten bym nie wjechał, albo trafił prosto do aresztu i nie skończyłoby się na czterech godzinach.

Plac w Centrum. Budynek rządowy jeszcze w żałobie po Hafizie al-Assadzie.

Potem, zszokowany, odkryłem, że w 8-piętrowym urzędzie, nie było toalet i pracownicy załatwiali się od lat na schodach, a ponieważ winda się zepsuła, musiałem przez te 8 pięter spotęgowanego 40-stopniowym upałem smrodu przedrzeć.

Al-Jehad Square, jeden z najbardziej ruchliwych punktów miasta.

Kiedy schodziłem, myślałem o tym albańskim księdzu katolickim, którego Enver Hoxha kaał przywiązać linami za ramiona w latrynie po piersi w odchodach i trzymał to tam przez ćwierć wieku. A z latryny ludzie normalnie korzystali. I wiary się nie wyrzekł.

Meczet Umajjadów, dynastii kalifów panujących nad światem islamu w latach 661 do 750, a następnie rządzących w Al-Andalus (Andaluzji) od roku 756 do 1031. W miejscu, w którym stoi meczet, pod koniec III tysiąclecia p.n.e. zostało podniesione o około 5 metrów w stosunku do otoczenia; tam Amoryci wznieśli świątynię poświęconą semickiemu bogu burzy, Hadadowi, który w czasach greckich stał się Zeusem, a w czasach rzymskich Jowiszem.
Rzymianie zmodyfikowali pierwotną świątynię w I wieku naszej ery i ponownie za panowania dynastii Sewerów, robiąc z niej największą świątynię w Syrii.
Za panowania cesarza Teodozjusza pod koniec IV w., w następstwie cesarskiego zakazu praktykowania kultów innych niż chrześcijański, świątynia została przekształcona w kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.
W 706 r. kalif Umajjadów al-Walid I, chcąc iść w ślady swego ojca Abd al-Malika ibn Marwana, który wzniósł Kopułę na Skale w Jerozolimie, postanowił przekształcić stolicę dynastii Damaszek w równie wielkie miejsce kultu Allaha. Nakazał budowę wielkiego meczetu, na miejscu poprzednich świątyń i kościoła, zburzył wszystkie istniejące budynki w obrębie świętego okręgu, ocalając jedynie trzy wieże – dzwonnice, przekształcone w minarety: minaret Jezusa (Īsā), minaret Qayt Bey (od imienia sułtana mameluckiego) i „Małżonki” (ʿarūsa) i stworzył w 715 r. budynek, który miał wywrzeć wpływ na całą późniejszą islamską architekturę religijną, aż do zdobycia Konstantynopola, kiedy architekci islamscy zaczęli naśladować Hagia Sofia.

Reżim kraju, do którego przybyłem był niewiele lepszy od albańskiego, serdecznie go nienawidziłem za zabójstwa i tortury, regularnie stosowane przez jedną z kilku policji politycznych wobec dysydentów i ludzi marzących o demokracji albo o teokracji.

Wewnątrz meczetu Umajjadów znajduje się kaplica, w której znajdują się relikwie świętego Jana Chrzciciela (o którym wielu chrześcijan sądzi, że był prawdziwym Mesjaszem). Do tych relikwii pielgrzymował JPII. D.O. był przy tym.

Miałem więc wszystkie powody, by tego miejsca nienawidzić, a jednak zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia.

Żeby dojść od centrum do meczetu Umajjadów przechodzi się przez absolutnie fantastyczny i pachnący, zadaszony suk o długości pół kilometra. Można tam spędzić cały dzień i nie starczy zmysłów, żeby to wszystko wchłonąć. Te gentleman po lewej, to może być pater familias z żoną i trzema córkami, albo mąż z czterema żonami i matką. W każdym razie spacer po suku i zakupy to pożądana przyjemność, niech się schowają europejskie galerie handlowe!

To miejsce to Syria.

2.

Galimatias czy pandemonium?

D.O. nie jest w stanie dobrać odpowiedniego słowa do tego, co odnalazł na pierwszych kilku CD ze zdjęciami. Mają po kilka dziesięcioleci, w większości nie są opisane, więc tylko pamięć może jakoś je umieścić w przestrzeni i w czasie. A że upływające dekady są wrogami pamięci, wielu zlokalizować D.O. nie potrafił.

Ale te z Damaszku – bez cienia wątpliwości.

Ten człowiek to prawdziwy artysta. Ma maciupki kramik, taką wąską komórkę piwniczną na poziomie ulicy i spędza życie na cierpliwym wsypywaniu przez wąziutki, szklany lejek do rożnej wielkości butelek ziarenek piasku różnych kolorów, tak, aby układały się w obrazy. Na żadnym nie mogło zabraknąć pustyni i wielbłąda. Efekt artystyczny do dyskusji, ale D.O. nie mógł przez długi czas oderwać wzroku od człowieka, któremu ręka zadrżeć nie może, bo kilka ziarenek za dużo i za mało i całość do wyrzucenia. D.O. kupił coś i zawiózł do domu do Rzymu, ale w przeprowadzkach gdzieś to diabeł ogonem przykrył, albo się jakiemuś dziecku podarowało… Cudny gość.

Tkwiły sobie gdzieś w wypalonych laserem płytkach przez ponad 20 lat. Trudno przypomnieć sobie, jakim aparatem zostały zrobione; to mogła być „rewelacyjna” na owe czasy płaska minolta o rekordowej wówczas „mocy” 8 megapikseli, format karty kredytowej, lekkość piórka. Dlaczego D.O. zrobił właśnie te zdjęcia? Chaotyczne, przypadkowe, niewiele mówiące o miejscach, w których zostały zrobione?

Jedna z ruchliwych uliczek muzułmańskiej części Starego Miasta. Damaszek to niesamowita, fascynująca mieszanka różnych rasy, wyznań i tradycji, każde ubranie, nakrycie głowy mówi coś o pochodzeniu i wierze mijanego przechodnia. D.O. tłumaczono, ale zapomniał, niestety i dziś nie potrafi tego rozszyfrować.

D.O. jest stary. Wychował się w mediach pisanych, zapis audiowizualny nie leżał w jego zainteresowaniach. Nie było internetu, w redakcjach pracowali prawdziwi specjaliści od zdjęć… D.O. nie przypomina sobie, żeby jakakolwiek gazeta kiedykolwiek zamieściła jego zdjęcie. Kilka razy rozbił przyzwoitym aparatem zdjęcia z zamiarem ich publikacji, ale okazywały się poniżej krytyki i do publikacji zupełnie się nienadające. Tak było podczas wywiadu z byłym ministrem generalissimusa Franco, a potem w rządzie demokratycznym, ówczesnym prezydentem hiszpańskiej, portugalskojęzycznej Galicji Manuelem Fragą Iribarne. Dobry aparat, chyba nawet statyw, a wyszedł szary kit.

Stragan z butami przy ogrodzeniu świątyni. Jak buty, to wianuszek dam. Zdziwiłbyś się pewnie, Czytelniku, ale w tym mieście czasami przydają się apres-ski.

Summa summarum D.O. zainteresował się zdjęciami i filmami wiele lat później i dziś życia sobie bez nich nie wyobraża. A oglądając swoje stare „dzieła” – myśli, że musiał być po prostu kompletnym debilem i do tego jeszcze niewidomym.

Ulica handlowa. Budujesz się? Remontujesz? Tu znajdziesz wszystko co potrzebne. Ale do czego może służyć to czerwone, tego D.O. nigdy się nie dowiedział. W każdym razie – reklama dźwignią handlu!

Do dziś nie potrafi powiedzieć, czy Damaszek był pięknym miastem, ale gotów jest się bić z każdym, kto powie, że nie jest miastem fascynującym.

Wtedy właśnie umarł Hafiz, a z jego wykształconym w Londynie, mocno ciapowatym synem – okulistą z wykształcenia – wiązano duże nadzieje na demokratyzację, a w każdym razie na poluzowanie reżimu.

Ale D.O. przetłumaczono podczas tego pobytu, co śpiewały na jego cześć małe dzieci szkolne: „jesteśmy gotowe oddać za ciebie naszą krew, o Basharze” i już nie miał wątpliwości, że żadnej liberalizacji nie będzie.

Ale te, hmmm, werandy po drugiej stronie, też nie wzbudzały wielkiego zaufania. Na lokalsach jednak nie robiły wrażenia. W każdym razie tkaniny damasceńskie – prima sort!

Ale – tak jak i na całym świecie – kraje się kocha tylko w 30 procentach za krajobrazy, czy nastrojowe uliczki ich miast; w 70% – kocha się je za ludzi, które je zamieszkują. A Syrii i Libanie spotkał bodaj najcudowniejszych ludzi na planecie: mądrych mądrością znawców wielu kultur, religii i języków, jowialnych otwartych na odmienność, skorych do zaraźliwego śmiechu, kochających dobre jedzenie i dobre picie. Zwłaszcza dzielnica chrześcijańska Damaszku wydała się D.O. kulinarnym rajem; Adam z Ewą by tu grzeszyli obżarstwem jak pokręceni! Grzeszył i D.O., a grzeszył tym chętniej i rozkosznej, że w towarzystwie Przyjaciół.

Minęło, jako się rzekło, wiele dekad, a D.O. tamtej nirwany zapomnieć nie może i nie potrafi.

Może D.O. jeszcze gdzieś znajdzie jakieś inne fotki z Bejrutu, ale tu pokazuje tylko Corniche, jeden z najpiękniejszych nadmorskich bulwarów świata. Tu niedaleko, przed zakrętem, po lewej stronie, stała ambasada amerykańska, wysadzona 18 kwietnia 1983 r. w powietrze przez islamistycznych ekstremistów związanych z al-Kaidą. Zamachowiec-samobójca wysadził przed bramą furgonetkę wypełnioną 900 kilogramami materiałów wybuchowych. Zginęły 63 osoby, po ambasadzie została tylko kupa gruzów. A nieco dalej znajduje się port, w którym 4 sierpnia 2020 eksplodował statek wypełniony azotanem amonu. Zginęło 218 osób, niemal całe miasto zostało zdewastowane, jak przez wybuch bomby atomowej. I do dzisiaj się nie podniosło z tych zniszczeń.
A D.O. był tam na szczycie Ligi Arabskiej, przechodził tam i z powrotem obok Arafata i to było krótko po zakończeniu wojny domowej, a miasto już żyło pełną piersią, działały kawiarnie, w których siedziały nad filiżankami arabiki pięknie ubrane i uperfumowane dany. Gruzy wywożono w wielkim tempie, w środku miasta było dużo pustych placków, na których już działały koparki, ryjące doły pod fundamenty nowych wieżowców. Co za cudowne miasto!

To oczywiście niemożliwe, bo upłynęło zbyt wiele czasu, ale codziennie D.O. wyobraża sobie, że to właśnie któryś z tych mądrych, jowialnych, gościnnych Syryjczyków, jakich spotkał przy posiłkach w damasceńskiej dzielnicy chrześcijańskiej, zamarł na śmierć na polskiej granicy, kiedy ludzie w polskich mundurach odegnali go z powrotem do lodowatych bagien nad Bugiem, zabrawszy im uprzednio buty i telefony komórkowe.

A przy Corniche, bulwarze na nadmorskim klifie, było jeszcze, ale niewiele, trochę domów, świadczących, że tu przez wiele lat trwała bezpardonowa, bratobójcza wojna. W kraju, od paru tysiącleci będącego symbolem tolerancji i różnorodności. Kto jest winny? D.O. wie, ale nie powie. Może innym razem. W każdym razie ten gość w turbanie na górnym plakacie po lewej, leży po dwóch wylewach w lokalnym szpitalu. Gdyby odszedł, a wraz z nim jego religijne bojówki, w Libanie znowu żyłoby się znacznie lepiej. Choć teraz tam jeszcze mieszają Rosjanie i Turcy… Mu narzekamy na sąsiadów, ale tam… Mają przechlapane!

D.O. nie wie, czy wiecie, jak to jest, kiedy rozpacz rozrywa duszę? Bo D.O. wie.

3.

A z newsów? Trump Organization zapłaci maksymalna karę 1,6 miliona $ za systematyczne oszukiwanie fiskusa, a Zbigniew Zi0br0 przegrał w sądzie z „Czarno na Białym”: domagał się sprostowania, a nie było czego prostować.

Ale kluczową kwestią w sprawie tego pąsowego niedorostka jest to, co powiedział w ostatnim „Allegro ma non troppo” Marcin Duma, prezes IBRiS: „Ziobry nikt nie lubi”.

No, nie lubili go od maleńkości, to widać. Mści się teraz biedaczyna, główkaniezbyttęga.

Jacek Pałasiński

„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.