25.04.2023
W wielu ważnych dziedzinach życia wygrywa najlepszy (sport, praca, konkursy, prestiżowe nagrody, np. Nobel). Dlaczego w tak ważnej sprawie, jak wybory ulega się fałszywej argumentacji, by głosy „podzielić sprawiedliwie”?
Opracowano na bazie oryginalnego tekstu prof. K. Ciesielskiego, opublikowanego jako rozdział 6 w książce R. Lazarowicza i J.Przystawy z 1999 r: „Biała Księga. O Jednomandatowe Okręgi Wyborcze…”. Temat ciągle aktualny teraz, przed rocznicą Konstytucji, i zaraz potem, w trakcie planowanych protestów. Właściwy cel to wymuszenie przez obywateli na opozycji zmiany ordynacji na większościową, co jest jedynym bezkrwawym a skutecznym lekiem na obecny stan RP.
Ordynacja proporcjonalna ze zliczaniem głosów metodą D’Hondta nie jest ani sprawiedliwa, ani skuteczna. Przydział mandatów w Sejmie otrzymany w jej wyniku z proporcjonalnym rozdziałem ma niewiele wspólnego, a często graniczy z absurdem.
Wyniki wyborów według tej ordynacji nie muszą odzwierciedlać woli wyborców: to osobliwa proporcjonalność, w której jakieś ugrupowanie zyskuje głosów więcej niż ktokolwiek inny kosztem drugiego, ale traci mandat, a to drugie nie traci nic…
Obywatele powinni dokładniej analizować sposób, według którego oddane głosy przeliczane są na mandaty w Sejmie RP. W tej podstawowej sprawie społeczeństwo polskie nie jest informowane — o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek informacji. To jak zmowa milczenia. Media z upodobaniem cytują wyniki rozmaitych sondaży, a o sposobie liczenia głosów się nie wspomina; a to przecież sprawa podstawowa! Wyborca powinien wiedzieć, co się dzieje z jego głosem.
Posłów RP wybiera się oddzielnie w każdym województwie, przy czym liczby mandatów do obsadzenia nie są w poszczególnych okręgach identyczne. Poszczególne partie zgłaszają w okręgu listy wyborcze. Oto jeden z absurdów tej ordynacji: mimo, że partie (nazwane skrótowo) N, B, T mają takie samo poparcie w kraju (każdą popiera 25% wyborców), parlament będzie się składał w połowie ze zwolenników N, natomiast dwie pozostałe partie zajmą po jednej czwartej miejsc. Co więcej! Jeżeli ktoś z Partii N mieć będzie istotny wpływ na ukształtowanie granic okręgów wyborczych, to może je nieznacznie zmienić tak, aby któryś z „naszych” okręgów objął sobą kawałek części „ich” — wystarczy wybranie w takim okręgu jednego T, by jego partia miała w parlamencie bezwzględną większość.

Ostatni przykład Węgier…
Każda partia zgłasza swoją listę, a wyborca, głosując na dane ugrupowanie, wybiera z tej listy jednego kandydata. Mandaty (tyle, ile ich przypadło tej partii) otrzymują ci, którzy zdobyli na okręgowej partyjnej liście najwięcej głosów. Może się okazać, że dwa ugrupowania zdobędą tyle samo głosów, ale przypadną im w udziale różne liczby miejsc w parlamencie. Partia może zyskać dodatkowych wyborców i w efekcie… stracić mandaty! A kandydat, na którego nikt nie głosował, może zostać posłem…
Wybiera się tu 391 posłów; pozostałych 69 miejsc przyznawanych jest według opisanego schematu, ale na podstawie wyników ogólnopolskich, dla osób z list krajowych, to znaczy zgłoszonych „centralnie” przez poszczególne partie. Rozdziela się je wyłącznie między ugrupowania, które otrzymały ponad 7% głosów. Tu mandaty otrzymują osoby niezależnie od otrzymanych głosów – na podstawie kolejności na liście krajowej danej partii.
Taka ordynacja przeczy proporcjonalności bo gdy zbierzemy razem głosy w różnych okręgach, może się okazać, że Partia A zbierze znacznie więcej głosów niż Partia B, ale mandatów otrzyma mniej. Partia B za to nie straci mandatu. Na przykład, jeżeli partia A przeprowadzi aktywną kampanię negatywną przeciwko partii B (najpoważniejszemu rywalowi), co poskutkuje przerzuceniem części głosów, to B nie straci mandatu. Głosy nieotrzymane przez B uzyska partia C, ale straci jeden mandat. Absurd goni absurd, a podatnik/wyborca za to płaci…
Konsekwencje progu wyborczego
Mandaty dzielone są jedynie między te partie, które w skali kraju (nie okręgu!) uzyskają wystarczająco dużo głosów. Próg ten wynosi dla partii 5%, dla koalicji wielopartyjnych — 8%. Jeżeli jakaś partia ceniona i ważna lokalnie nie otrzyma 5% głosów w skali kraju, a pozostałym partiom występującym w tym okręgu to się uda, to głosy, które padły na tę cenioną lokalnie partię nie są liczone przy rozdziale mandatów. I przepada…
W parlamencie wszystkie mandaty warte są tyle samo, jednak zasiadają tam konkretni ludzie. Czy osoby wybrane w ten sposób można nazwać przedstawicielami wyborców? Nie!!!
Czy reprezentacja omawianego okręgu w parlamencie jest jego autentyczną reprezentacją? Nie!!!
Głównym efektem progów jest pozbawienie mandatów ugrupowań, które mają mocne poparcie lokalne, ale w skali kraju – słabsze. Czy o to chodzi?
Jeśli ktoś zechce kandydować samodzielnie, bez wsparcia jakiejkolwiek partii, to nigdy nie wejdzie do Sejmu; nawet wtedy, gdyby przy nadzwyczajnej popularności zdobył WSZYSTKIE głosy w swoim okręgu. W skali kraju nie przekroczy progu!
Proporcjonalna czy paradoksalna?
Obowiązująca tu (i w republikach bananowych…) ordynacja, choć nazwana „proporcjonalną”, wcale taka nie jest. Słowo „proporcjonalny” ma swoje znaczenie, podawane w słownikach, a także na lekcjach matematyki w szkole podstawowej. Znaczenie to odległe jest od tego, co obserwujemy w stosowanej tu ordynacji ze zliczaniem głosów metodą D’Hondta. Można ją nazwać „paradoksalną”, ewentualnie „partyjną” (bo głosujemy na partie, człowiek się prawie wcale nie liczy).
Zasada, która powinna obowiązywać w wyborach – jasność i powszechna dostępność metody, według której liczone są głosy. Wybory – to ma być tylko i wyłącznie „czysta gra”. Ordynacja nie może być najlepsza dla danej partii, ale musi być dobra dla wszystkich obywateli. Ważne, która metoda da parlament autentycznie wybrany i będący autentyczną reprezentacją.
Parlament ma stanowić trwałe prawo, a nie być tłem do sporów i gier partyjnych.
Można inaczej? Tak! Ordynacja większościowa
Zdecydowanie lepsza jest ordynacja nazywana większościową, stosowana z powodzeniem w wielu krajach od dekad.
Polega na tym, że cały kraj należy podzielić na okręgi i w każdym z nich wybierać dokładnie jednego posła. Przy podziale na okręgi podstawą jest zachowanie NORMY REPREZENTATYWNOŚCI wymagającej, by jeden mandat nie przypadał na więcej niż 100 000 wyborców. Zasada wyboru jest bardzo prosta: jeśli ktoś dostał ponad połowę głosów, wygrywa; jeśli nikogo takiego nie ma, dwóch najlepszych przechodzi do drugiej tury, gdzie wygrywa ten, który ma głosów więcej. Wyborca głosuje na konkretnego człowieka — swojego reprezentanta. Jasne, zrozumiałe i bardziej praktyczne. Taki sposób głosowania stosowany jest we Francji. Bardziej rozpowszechniony na świecie i jeszcze prostszy jest tzw. system FPTP (skrót od ang. first pass the pole): mandat w okręgu zdobywa ten kandydat, który uzyskuje najwięcej głosów.
Ta metoda też ma pewne wady Jednak jej zalety w porównaniu z ordynacją u nas obowiązującą są niepodważalne.
Po pierwsze, przy zastosowaniu ordynacji „większościowej” do parlamentu nie uda się wejść nikomu ze znikomym poparciem; głosów oddanych na przyszłego posła musi być naprawdę sporo. To oznacza, że poseł — personalnie — został wybrany przez wyborców, a nie przez odgórne dzielenie głosów między kandydatów na liście partyjnej. Nie można zostać wybranym jedynie głosami rodziny i znajomych, dzięki poparciu udzielonemu danej partii. Tak wybrany poseł naprawdę odpowiada przed wyborcami w okręgu, nie przed prezesem partii.
Po drugie, metoda ta nie wprowadza wyborców w błąd, niczego nie udaje. Większość oznacza większość.
Po trzecie – liczenie głosów jest proste, jasne i klarowne. To sprawa podstawowa; wyborcy muszą wiedzieć, w jaki sposób ich głosy zamieniają się na mandaty poselskie.
Po czwarte, w ordynacji większościowej nie może zdarzyć się absurd taki, że część wyborców zrezygnuje z głosowania na kandydata A, większość z nich poprze kandydata B, po czym kandydat B straci mandat, kandydat A zaś nie straci nic.
Po piąte, przy wielu organizacjach kandydujących u nas w wyborach niemal pewne jest, że głosy rozdzielą się na kilka ugrupowań. Teraz trzeba wyłonić „większość parlamentarną”, pogodzić kilka partii… Przykłady znane już z lat ubiegłych: partie wchodząc w koalicję w sejmie rezygnują z niektórych punktów programu wyborczego. A to mogły to być właśnie te, które przeważyły szalę przy decyzji niejednego wyborcy…
Przy stosowaniu ordynacji „proporcjonalnej” praktycznie nikt sam nie zdobędzie większości. Tam, gdzie wybory są przeprowadzane metodą „proporcjonalną” rządy są niestabilne, posłowie w parlamencie zajmują się często przede wszystkim sporami partyjnymi… Przy ordynacji większościowej są duże szanse, że najmocniejsze ugrupowanie zdobędzie ponad 50% mandatów, będzie rządzić samo. Czy to źle? Nie. To dobrze, bo to wyborcy sprawdzą jak zrealizują swoje programy i obietnice – bez ustępstw na rzecz koalicjanta.
Kolejny grzech typowy dla ordynacji proporcjonalnej to manipulacja sondażowa. Zamiast informować uczciwie o zasadach wyborczych, media epatują publiczność wynikami sondaży, na ogół z nadużyciem praw statystyki? Może być, że celem podawania wyników sondaży jest odpowiednie „nastawienie” wyborców, „nakręcanie opinii”. Przy ordynacji większościowej taka manipulacja nie może mieć miejsca.

Krzysztof Konsztowicz
Krzysztof Jan Konsztowicz (ur. 6 listopada 1945) – polski naukowiec z dziedziny inżynierii materiałowej i publicysta, nauczyciel akademicki, profesor (emerytowany) Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku-Białej. Więcej w wikipedii.
Dziękuję panu profesorowi Krzysztofowi Ciesielskiemu (UJ)
za cenne dyskusje i wskazania.
Więcej szczegółów zainteresowany czytelnik znajdzie w::
K. Ciesielski „O matematycznej teorii wyborów”, Wiadomości Matematyczne, Tom 56, Nr 1, str. 29-63, 2020 (6513 (ptm.org.pl).

No jak to tak? To prezes partii nie będzie miał żadnego wpływu na to kto z jego partii wejdzie do sejmu? To w jaki sposób będzie mógł dyscyplinować swoich posłów, czym im zagrozi? To niedopuszczalne, to zamach na demokrację!
Może, ale musi nauczyć się jak. Przykłady w świecie są….
Zestawił Pan wypaczoną praktykę proporcjonalnej ordynacji z idealistyczną teroią ordynacji większościowej.
Otóż praktyka pokazuje, że ordynacja większościowa prowadzi do dominacji dwóch partii.
Podobnie, jak w przypadku opozycji w wyborach do naszego Senatu tworzą się początkowo „pakty o nieagresji”.
Jeśli mamy trzech dobrych kandydatów o podobnych programach z których każdy z osobna mógłby zebrać 55% głosów i wszyscy trzej wystartują w tym samym okręgu, to może się okazać, że każdy z nich zdobedzie 20%.
Tymczasem nieodpowiedzialny populista, kttóry w starciu z każdym z nich z osobna zdecydowanie by przegrał, może w tym systemie wygrać, gdy głosy na pozostałych sie podzielą.
I w ten sposób eliminujemy dobrych kandydatów z wyścigu o madaty. Albo wytną się nawzajemy w trakcie wyborów i wygra ten jeszcze gorszy, albo się dogadają i zostanie jeden dobry kandydat. Ten „Jeden” wcale nie musi być najlepszy, wręcz przeciwnie, może sprzeciw wyborców budzić, ale i tak dostanie ich głosy z obawy przed tym trzecim.
Tu też przykład z wyborów senackich – nagle kandydatem opozcyji został konserwatywny eksPiSowski minister, poseł, europoseł Ujazdowski. Wpływ wyborców na kandydata jest żaden. Takiego rzucili partyjni liderzy i mozna było zgrzytając zębami zagłosować „za” lub ryzykować, że w danym okręgu wygra kandydat obecnej władzy.
Pisał Pan o wpływaniu na wybory poprzez manipulację przy granicach okręgów. Toż to własnie praktyka z wyborów większosciowych FPTP! Określenie na taką manipulację „gerrymandering”nei jest jakimś dziwnym wymysłem tylko wzięło się z życia.
Gdyby rzeczywiście wyborcy, dzieki ordynacji większościowej, mieli mieć większy wpływ na wybieranych kandydatów, to przecież majstrowanie przy granicach okręgów nie miałoby sensu – natychmiast wyborcy odrzuciliby nieswojego kandydata.
.
Logika wyborów większościowych, zwłaszcza JOWowych, ajk widać sprawia, że liczą się dwa ugrupowania (dwie koalicje), a kandydat staje się o wiele bardziej zależny od partynych liderów. Jeśli będzie niepokorny czy choćby samodzielny, to po prostu nie zostanie wystawiony przez swoje ugrupowanie.
Może, owszem, startować sam – ale po pierwsze: stając w kontrze do kandydata swojego dotychczasowego ugrupowania sprawia, że obaj tracą głosy i zwieksza prawdopodobnieństwo wygrania tego trzeciego.
Po drugie ma znikome szanse w starciu z siłą dużych urupowań, zwłaszcza, że praktyka pokazuje, iz nie liczą się w wyborach osobiste przymioty kandydata, tylko szyld partyjny.
Wreszcie po trzecie, nawet jeśli wbrew przewidywaniom wygra, to jest w parlamencie sam i jego głos bez trudu będzie przegłosowany., I choćby był najlepszy, to będzie niezauważalny.
.
Ordynacja większościowa ma swoje zalety – ale na pewno nie należy do nich odpowiedzialność posła przed swoimi wyborcami.
Zresztą z kolejnych przez Pana przytaczanych punktów to jasno wynika: „stabilne rządy”, „duża większość ponad 50%” – to jest możliwe, gdy kandydat/reprezentant jest zależny od lidera, a nie od wyborców.
W ordynacji proporcjonalnej liderzy proponują kandydatów i ustalają im miejsca na listach, ale potem to jednak wyborcy decydują (za wyjątkiem wypaczań), który z nich dostanie więcej głosów i wejdzie do parlamentu.
I tak często bywa, że wchodzi kandydat z 3 czy 4 miejsca a ten z dwójki nie.
Żadna idealistyczna – sprawdzona i działa dobrze. Żylem i głosowalem wielokrotnie w najprostszej, najtańszej i skutecznej formule FPTP.. Kanada, utworzona na bazie sprwawniejszego modelu społecznego J. Locke – prawie 100 lat po polskiej Konstytucji 3. Maja – ma dzisiaj jedną z najlepiej rozwijających się gospodarek opartych na wiedzy w świecie (G7). a tu się chce następne 200 do tyłu…..
Dopóki się stad nie wyjedzie, to się po prostu nie czuje. Trzeba przeżyć swoje „622 upadki Bunga”, bardzo się starać i dużo się uczyć, bo właśnie tak to działa::-)…. Pzdrawiam.
Bardzo tendencyjne porównanie Kanady z Węgrami.
Równie tendencyjnie:
Białoruś ma system JOWów, Dania ordynację proporcjonalną. Dania uważana jest z jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie.
Metoda d’Hondta służy do fałszowania wyniku wyborów w majestacie prawa. Uważam, że najuczciwsza była ordynacja w 89, gdzie z listy kandydatów należało wybrać tylu, ile miejsc przewidziano dla danego okręgu.
Niekoniecznie. To jedna z metod i konkretną przydatność od strony modelowej oceniają fachowcy oceniają fachowcy. Tu i teraz wprowadza co wprowadza. Do 89 nie ma sensu wracać, bo był chaos i dobrze, że go przetrwano. Teraz są sprawdzone gdzie indziej mechanizmy, tylko trzeba chcieć je poznać, zamiast powtarzać błędy historii.
@JSG
Metoda d’Hondta nic nie fałszuje. To tylko matematyczna formuła. Wynik dzielimy na kolejne liczby naturalne.
To jest bardzo dobra metoda do ustalenia proporcji.
Zafałszowanie wynika nie z tej czy innej formuły matematycznej, lecz z absurdalnie małych okręgów, które nie pozwalają na to by w dowolnej formule głosy jako-tako proporcjonalnie podzielić.
To ilość mandatów w okręgach jest idiotyczna – to przez nią nie mamy rozkładu mandatów zbliżonego do proporcjonalnego podziału (wyjątkiem wybory do PE, gdzie wszystkie głosy się przelicza na wszystkie mandaty w skali kraju i wyniki są dość proporcjonalne – przy d’Hondtcie), a wszystkie wady ordynacji proporcjonalnej jednocześnie pojawiają się wady spowodowane przez małe okręgi bez zalet JOWów.
System, w którym X otrzymawszy 0 głosów wchodzi do sejmu bo szef partii umieścił go na tzw. biorącym miejscu nie jest zdrowym systemem.
Zgadzam się.
Tylko w ordynacji proporcjonalnej nie ma „biorących miejsc”.
O tym, które jest biorące decydują wyborcy.
Odwrotnie w JOWach, gdzie w sprzyjającym okręgu i wiewiórka wygra jeśli ma odpowiedni szyld. Podałem przykład Ujazdowskiego.
Zalewne wśród czytelników/komentatorów SO są także mieszkańcy Warszawy, którzy zagłosowali na KMU.
Czy gdyby Ujazdowski startował z listy PiS to też otrzymałby Państwa głos?
Albo inaczej: czy gdyby zamiast konserwatywnego Ujazdowskiego startował w wyborach do Senatu w tym okręgu progresywny kandydat, powiedzmy Śmiszek? To wtedy głosowaliby Państwo na kontrkandydata z PiSu?
.
To wiele mówi o tym, kto danego reprezentanta wybrał – wyborcy, czy jednak liderzy partyjni.
Gdyby była ordynacja proporcjonalna i z jednaj listy startował zarówno Śmiszek, jak i Ujazdowski moglibyśmy poznać preferencje – wiedzielibyśmy, który zyskał więcej głosów
Oczywiście. Od tego są fachowcy, kongresy naukowe i bibliografia. Politycy muszą uwzględniać głos fachowców a media publiczne muszą edukować obywateli. Tak to działa, bo musi, w krajach rozwiniętych z ordyynacją większościową.
Nie jestem entuzjastą JOW-ów. W sytuacji, gdy mamy do czynienia z jednej strony z partią zdyscyplinowaną-wodzowską (np. PiS), a z drugiej strony z wolnymi ludźmi, taki PiS zawsze wygra. Metoda jest prosta: wystawi w każdym okręgu tylko jednego kandydata, a opozycja kilku. Głosy opozycji się rozproszą a wodzowskie nie. Kandydat takiego PiS-u zawsze wejdzie do drugiej tury, a po przeciwnej stronie chaos. Wiele lat temu w Indiach naukowcy zrobili symulację na podstawie głosowania w stanie Bihar. Wynik wyborów, które się odbyły realnie był taki: Janata (Bharatija Janata Party) wygrała nieznacznie z Partią Kongresową (Indyjski Kongres Narodowy). Gdyby głosy przeliczani według JOW-ów byłoby: Janata ponad 80 %, Kongres poniżej 20 %. Właśnie dlatego, że zwolennicy partii religijnych, sfanatyzowani, głosują na komendę, jak partia karze, a demokraci, to wolni ludzie, jak kto chce.
Taką sytuację mamy obecnie w Polsce. A co do systemu D’Honta to ma Pan rację, jest fatalny. W 2015 roku na PiS oddało głosy jedynie 18% uprawnionych, a wygrał bo przeciwnicy byli rozproszeni, lewica przepadła pod progiem (eksperyment z panią Ogórek był żałosny i choć w wyborach prezydenckich to na parlamentarne zadziałał negatywnie. Kandydatka na prezydenta, w koszuli nocnej, prawie goła i nic nie mówi).
Uważam, że lepsza byłoby zwykła ordynacja proporcjonalna, bez D’Honta, z progiem, ale głosy oddane na partie podprogowe nie przechodziłyby na nikogo. Niestety obawiam się, że ordynacja stuprocentowo sprawiedliwa nie istnieje.
Ale dyskutować warto.
Może JOWy z dogrywką, cyt.: „…jeśli ktoś dostał ponad połowę głosów, wygrywa; jeśli nikogo takiego nie ma, dwóch najlepszych przechodzi do drugiej tury, gdzie wygrywa ten, który ma głosów więcej.”
Jest szansa, że w II turze głosy na opozycję niewodzowską się w dużej mierze skumulują.
Panie Krzysztofie, a co Pan myśli o wyborach takich jak do amerykańskiego Senatu – co roku wymiana 1/3 (to w USA), może 1/4 (moja sugestia) posłów? Według mnie zalety: brak gorączki w roku wyborczym, stabilniejsza polityka.
Oczywiscie, ze jestem za wymienialnoscia. Mowi sie, ze w I kadencji posel sie uczy, w Ii dziala, a w III kombinuje. Dlatego w wielu krajach 2-kadencyjnosc obowiazuje na wszystkich szczeblach, od dolu. Przy selekcji pozytywnej w polityce (ordynacja, federalizacja i tak sie dorobi emerytury, korupcje sie odcina. Dlatego sa tacy zaciekli i olecam tez c.d. – ” Zwarcie systemow….” w SO. PZDR. K
Panie Krzysztofie, dziękuję za ten wpis i od razu dodam, jak wielkim szacunkiem darzę Pana dokonania polityczne i pisarskie w tym kraju, jak i światowe osiągnięcia sportowe opisane choćby w Wikipedii, co polecam także innym czytelnikom, jeśli jeszcze nie widzieli.
Mimo tzw. obiektywnych trudności, z pisania odpowiedzi wychodzi „esejek o tle sportowym i konstytucyjnym”, który może jutro uda się dosłać do SO. Może też da satysfakcję pozostałym komentatorom :-)……
Przy wszystkich Pana bogatych doświadczeniach (jak i wielu innych P.T. świadomych obywateli), brakuje mi tego jednego, które ja mam – dłuższego życia, wielokrotnego glosowania i możliwości osobistej weryfikacji skutków funkcjonowania systemu. Oczywiście także przy założeniu, że się dobrze zna język, bo przecież są ghetta „obcych kulturowo” tzw. „dwujęzycznych analfabetów”, którzy słabo dają radę…By nie wspomnieć tego schematu w tutejszej zapyziałej polityczce…
Dziękuję za dotychczasowe komentarze (zawsze cenne) i przepraszam za opóźnienie, co spowodowane nałożeniem kłopotów z siecią na kłopoty zdrowia.. W najbliższym czasie przygotuję odpowiedzi indywidualne albo przynajmniej jakiś komentarz uogólniający, Krzysztof J. Konsztowicz.
Ciag dalszy w tekscie „Zwarcie systemow….” tu w SO. K
@Krzysztof Łoziński
PO i okolice miały osiem lat na naprawę. Nie zrobiły nic. System głosu przechodniego (STV) nie jest jakimś novum, i do polskiego rozdrobnienia pasuje jak ulał. JoW-y też nie są złe, pod warunkiem że głosowanie odbywa się w sposób preferencyjny (IRV).
@Krzysztof Konsztowicz
Ordynacja większościowa, jak już jeden z szanownych przedpiszców zauważył, preferuje zdyscyplinowane partie wodzowskie, lub choćby wielkie. W najlepszym przypadku doprowadza do zablokowanego systemu dwupartyjnego,
w gorszym – co zaraz zobaczymy w USA – doprowadza do faktycznej monopartyjności. Przy ordynacji większościowej dużo prostsze są też fałszerstwa wyborcze (albo łatwiejsze do ukrycia). PRI rządziło tak Meksykiem od 1929 do 2000r.
P.S. Pogląd Autora szanuję, ale skomentować musiałem. Tak niewiele w Polsce zostało osób zdolnych do zastanawiania się nad przyszłym systemem wyborczym, że każdy głos waży. Ponieważ, gdy już sie jakimś cudem uda pogonić obecnie rządzącą z woli ambon ZGP, ordynacja będzie pierwszą rzeczą do zmiany.
Są różne w świecie systemy, ktore się jakoś sprawdzają.
Taki, który łączy zalety systemu proporcjonalnego i większościowego – np. mieszany w Niemczech ma z kolei inną wadę – jest bardzo skomplikowany.
Niemcy nie wiedzą nawet ilu ostatecznie reprezentantów wybiorą do Bundestagu.
Pobobnie francuski system blokowania głosów nie jest do końca przejrzysty.
System większościowy dwuturowy eliminuje część wad JOWów.
@OHIR
Zastanawiam się cóż to za akronim dla eządzącego ugrulowania: ZGP – zjednoczona głupotą prawica? Bardziej pasowałoby ZKP. Zjednoczona Korytem Prawica. Jak widać skaczą sobie do gardeł bez pardonu i dawno by jeden drugiego w łyżce wody utopił gdyby nie strach przed utratą koryta. To ich jedyne spoiwo.
Ale może jeszcze jakoś inaczej należy owo ZGP rozwinąć:
Zgraja Głupawaych Partaczy, Złodziejska Grupa Przygłupów?
w sumie domyślam się, że chodzi o Zorganizowaną Grupę Przestępczą – ale fajnie podywagować.
@ Krzysztof Łoziński
W pełni podzielam Pana pogląd. Tylko dziwie się, że znów to biedny Belga Pan obwinia o zaburzenie proporcjonalności.
Wyobraźmy sobie wyniki: Dwie partie zdobywają 24%
kolejne dwie 23%. reszta rozbita na ugrupowania zdobywające <1%
Jak proporcjonalnie (z d'Hondtem, czy bez) podzielić teraz 7 mandatów w tym okręgu? Albo 9?
Dlatego moge polecic moj nowy tekst w SO „Zwarcie systemow….”