Mam trzydzieści lat. Mieszkam z bratem, któremu poświęciłam “sterane” lata młodości. Teraz, kiedy nie muszę się nim zajmować, już nie potrafię przestać martwić się jego sprawami; duże, czy małe, nadal stanowią o sensie mojego istnienia.
Nasza matka, wiecznie słaba i nieśmiała, do końca swoich dni wierząca ojcu, pijaczynie, który ją lał, z rezygnacją w głosie mawiała: trzeba stale podsycać płomyczek domowego ogniska. Umarła przed tatą. Kiedyś przegonił nas po całym pokoju, a był to pokój duży, stołowy; ścigał nas z nożem i dorwał brata. Jurek wtedy ręką głowę zasłonił, ale uderzenie poszło bokiem i mały dostał od losu pamiątkę na całe życie: szramę zamiast oka.
Gdy tata wyciągnął racice, zostaliśmy sami. Zostaliśmy sami, co nie było takie złe. Za dnia baliśmy się, że poślą nas do jakiegoś bidula. Wychodziliśmy więc tylko wieczorem. Ja chodziłam do szkoły, on siedział w domu. Był skryty, milczący, unikał rozmów ze mną, a kiedy zaczął dorastać, rozpoczęły się kłopoty i zamykał się w pokoju.
Nad tym, że już jest dorosły, że w domu pojawił się mężczyzna, już nie Juras – Ogóras, a jeszcze nie Pan Jerzy, nie zastanawiałam się. Nie myślałam do momentu, gdy zwyczajnie, metodycznie, na zimno zaczął mnie gwałcić, a ja mu ulegałam. Poddawałam mu się, gdyż coś mi mówiło, że przyjdzie mój dzień odwetu i zabiję go wreszcie.
Ona
Miał lekką palmę i dużą głowę, co najlepiej było widać w pełnym słońcu; łysa czaszka, w której na moment pojawiały się myśli, by zniknąć w podskokach. Pracował przy popielniczkach, a zarobione pieniądze wydawał na fajki, lecz nie palił, tylko częstował. Lubił obserwować twarze, sam jednak milczał.
Zanim tu przyszedł, mieszkał na skraju miasteczka, razem z matką. Kiedy umarła, przewędrował szmat kraju i znalazł schronienie u wdowy po dróżniku… Z początku traktowała go nieufnie, odnosiła się do niego z rezerwą co było wyrazem niechęci do mężczyzn. Później oswoiła się z myślą, że jest od świtu w jej pobliżu, a jeszcze później, kiedy przekonała się do jego umysłowej ociężałości, pozwalała mu ogrzewać ręce nad kuchenką. Bełkocząc w podzięce, łakomie spoglądał na jej cielesne rozległości.
Co tam sobie podczas tego bełkotania myślał, nie wiadomo. Wrotce jednak nastąpiło w powietrzu ocieplenie, kuchenka wygasła, pretekst zniknął, więc by nie utracić z nią kontaktu, zaproponował, w swoim “gu – gu”, że swój dobytek przeniesie tutaj i przy jej radosnej aprobacie wtarabanił ubogi tobołek, na razie do kuchni, by, niedostrzegalnie, rozlokować się w sypialni, gdzie bywał coraz częstszym gościem.
Nie rozmawiali. Między nimi wisiała tajemniczość. Jej cienie obejmowały wszystko, co wydarzyło się przed pierwszym spotkaniem. Trudno było dociec, kim był jej mąż, jakie zmartwienia należały do wdowy, kim był on – człowiek, który miał lekką palmę i dużą głowę, a wszystkie zarobione pieniądzory wydawał na fajki, choć sam nie palił?
Trudno było dociec, kim była naprawdę ona, skoro pewnego dnia znaleziono jej ciało na podłodze, minimalnie zniekształcone siekierą, której obecność na stole zdawała się wskazywać mordercę?

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
