11.11.2025
11 listopada. Święto państwowe. Czerwono-białe flagi powiewają na balkonach, dzieci biegają z chorągiewkami, a w telewizji leci kolejna transmisja z przemarszu facetów, którzy bardziej przypominają rekonstrukcję Powstania Warszawskiego niż obywateli XXI wieku. Czasem nawet pojawi się koń. A jeśli koń – to i od razu cała kawalkada symboli, które niosą więcej zadumy niż sensu.
Dziś świętujemy 106. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Wspaniale, prawda? Tylko że im więcej tych rocznic, tym mniej rozumiemy, co one znaczą. Bo niepodległość – jak wolność, godność i zdrowie psychiczne – to coś, co doceniamy dopiero wtedy, gdy zaczyna znikać. A z nią, jak się okazuje, może być jak z demokracją – da się ją mieć na papierze, a jednocześnie tracić ją codziennie, z uśmiechem na ustach i hymnem w tle.
Niepodległość była cudem.
Serio. Jeśli coś takiego jak cud w ogóle istnieje, to właśnie w listopadzie 1918 roku rozegrał się jeden z nich. Trzy imperia padły jak przeterminowane muchy: Rosja, Niemcy i Austro-Węgry. I nagle, po 123 latach rozbiorowego niebytu, Polska wypełzła z grobu historii jak wskrzeszony bohater narodowej legendy. Mieliśmy szczęście, odwagę, genialnych polityków i trochę chaosu światowego na dokładkę. Trzej ojcowie założyciele – Piłsudski, Dmowski i Paderewski – różnili się wszystkim, może poza rozmiarem ego, ale razem stworzyli państwo z niczego. Jakby ktoś postanowił zbudować katedrę z kartonów po mleku i kilku cytatów z Sienkiewicza.
I ta Polska – licha, biedna, sklejona ze sprzecznych interesów i zbroczona wojną – przetrwała. Zbudowała system edukacji, powołała armię, wystawiła parlament, przegłosowała konstytucję. Wychowała pokolenie, które później walczyło w 1939 roku nie za PiS, nie za PO, tylko za coś, co nazywało się Ojczyzna. Bez dodatku narodowego sponsorowanego przez Orlen.
A teraz?
Teraz mamy niepodległość, która przypomina bardziej wpis na Twitterze niż realną wartość. Zamiast ją pielęgnować – fetyszyzujemy. Zamiast o nią dbać – robimy z niej cosplay. Jedni przebierają się za żołnierzy wyklętych, drudzy za husarię, trzeci za Kaczyńskiego z krzyżem, a czwarty za Tuska z tęczową flagą. Każdy walczy z każdym, jakbyśmy byli na seansie terapeutycznym dla społeczeństw pogranicza.
Niepodległość jako pojęcie się zdewaluowała.
Kiedyś oznaczała nieobecność zaborcy. Dziś? Dla jednych to znaczy „żeby nas Unia nie pouczała”. Dla innych – „żeby TVP nie było tubą rządu”. Dla jeszcze innych – „żeby babcia mogła głosować bez patrzenia za plecy”. Pojęcie rozciągliwe jak stary dres Adidasa. Każdy ma swoją wersję, własny zestaw krzywd, kompleksów i frustracji, który podczepia pod sztandar. A potem idzie w marszu, krzyczy „Polska dla Polaków” i wraca do domu, żeby scrollować TikToka z amerykańskimi filtrami.
Niepodległość przestaje być wspólną wartością, bo nie mamy już wspólnoty. Mamy za to plemiona. Jedno modli się pod figurą z orłem w koronie, drugie pod grafiką z Konstytucją. I choć mówią w tym samym języku, to nie słyszą się nawzajem, bo każdy gra na swoim YouTubie.
A ojcowie założyciele II RP?
Dziś by ich nie wpuszczono do TV Republika ani TVN. Za zbytnią niezależność. Piłsudski byłby za radykalny, Paderewski – za kosmopolityczny, a Dmowski – no cóż, on już dawno zostałby podmieniony na mema z Mentzenem. I nikt by się nie zorientował.
Tamci ludzie – z całym swoim bagażem, dramatami, a często też ze strasznymi poglądami – mieli jedną cechę wspólną: nie chcieli być wasalami. Nie imperiów, nie dyktatur, nie wielkich koalicji. Chcieli być u siebie. I choć się ze sobą tłukli, to jednak wszyscy pisali historię, której dziś nie umiemy ani przeczytać, ani zrozumieć.
Bo my dziś jesteśmy wygodnie zmęczeni. Od demokracji – bo nudna. Od debaty – bo trudna. Od wolności – bo wymaga odpowiedzialności. Więc wolimy marsze, w których można pokrzyczeć, polubić kilka transparentów, wypić coś z piersiówki i poczuć się jak bohater memicznej rewolucji.
Święto Niepodległości to nie tylko data.
To lustro. W którym można zobaczyć, czy jesteśmy jeszcze społeczeństwem. Czy tylko grupą sfrustrowanych jednostek, które spotykają się raz w roku, żeby pomachać flagą, opluć sąsiada i wrzucić selfie z napisem „kocham Polskę, jebać zdrajców”.
A przecież wolność nie jest od święta. Demokracja nie działa tylko w niedzielę przy urnie. I niepodległość nie polega na tym, że nikt nami nie rządzi z Berlina. Tylko na tym, że umiemy rządzić sami sobą. Z głową. Z zasadami. Ze wspólnotą.
Może warto dziś – zamiast tylko defilować – pójść na spacer z dzieckiem, porozmawiać z sąsiadem, zadzwonić do kogoś, z kim się pokłóciliśmy o politykę. Może warto przypomnieć sobie, że Polska to nie tylko „oni”, ale też „my”.
Bo jak się nie ogarniemy, to ta niepodległość nam wyparuje. Nie z fajerwerkiem, ale z cichym „pstryk” – jak zgaśnięcie światła, którego nikt nie zauważył.
A wtedy zostanie nam tylko święto. Bez treści. Bez ludzi. Bez sensu.
Z flagą. Ale na grobie.
Krzysztof Bielejewski

Tytuł zawiera kwintesencję jak i puentę artykułu – o niepodległości nie da się we współczewsnej Polsce rozmawiać na trzeźwo ! Autor bezlitośnie obnaża pozerstwo współczesnych obchodów niepodległości, zamienionych w narodowy cosplay, w którym każdy – husarz, wyklęty, czy Kaczyński z krzyżem – walczy nie o Polskę, tylko o lajki i własne krzywdy, najlepiej podlane patriotycznym sosem pustosłowia.
Na szczególną drwinę zapracowała prawica, która z niepodległości zrobiła religijny gadżet do wycierania politycznych butów – bo przecież najważniejsze jest, żeby UE nas nie pouczała, Niemcy byli winni wszystkiego, a babcia głosowała bez inwigilacji z Brukseli. Prawicowy marsz do narodowej chwały przypomina kabaret, gdzie kolejne plemiona, odziane w narodowe symbole, nie potrafią – ani nie chcą – rozmawiać ze sobą na żadnym kanale, chyba że jako memy na TikToku.
Autor podsuwa zwierciadło pod nos społeczeństwa znużonego wolnością, zmęczonego debatą i głupio zadowolonego z własnej miałkości – i ostrzega: niepodległość możemy zgubić nie w huku rac czy odgłosie werbla, tylko z cichym „pstryk”, bo nikt nie chce już nawet patrzeć, co znaczy być wspólnotą. A prawica? Felieton jest bezlitosny – z bohaterów narodowych zostają tylko kolejne maskotki, które nie przeszłyby dziś weryfikacji w ani jednej telewizji. Na grobie wspólnoty zostaje flaga, selfie i obietnica, że od Berlina to co najwyżej na zakupy – bo rzekome „rządy z zachodu” to przecież najstraszniejszy koszmar każdego polskiego patrioty z Twittera.
Politycy populistyczni, sami siebie nazywający prawicą, z własnych niekompetencji i nieudacznictwa uszyli mudnur antuunijny, antyukraiński, antysemicki z napisem: „wujek Sam nas uratuje !”. Na razie najwięksi „patrioci” z miłości do ojczyzny ukrywaja sie u Orbana
Obserwuje od lat postępująca faszyzację tzw marszu niepodległości w Warszawie, który bardziej przypomina przejście bojówek kibolskich niż radość z niepodległości. Dwóch ostatnich prezydentów określanych nie bez powodu tytułem
Poświęconych im książek jako debil i Alfons dzielnie wzmacniają to wrażenie. Ich przemówienia to bardziej agitka wiecu partyjnego niż głos głowy państwa. Czy to się zmieni? Pewnie od nas zależy.
Odpowiem Panu tym felietonikiem:
POLSKA W DYMIE RAC, CZYLI PREZYDENT NA SWOIM MARSZU
Niepodległość po polsku to widowisko – raczej nie teatralne, lecz pirotechniczne. Tym razem 11 listopada w Warszawie znów rozbłysły race, huknęły petardy, a dym uniósł się jak symbol narodowej zadumy – czyli nerwicy z domieszką benzyny. I w samym środku tego spektaklu dymu, hałasu i narodowych sloganów – Karol Nawrocki, prezydent RP, wreszcie u siebie. Bo cóż bardziej naturalnego dla człowieka z duszą kibola niż defilada narodowych fobii?
Marsz Niepodległości 2025 ruszył spod ronda Dmowskiego, świętego miejsca narodowych demonstracji. Zamiast modlitwy – dym, zamiast refleksji – wrzaski, zamiast hymnu – chóralne „Czołem Wielkiej Polsce!”. Zakaz rac? Oczywiście złamany. „Nie mówcie Kierwińskiemu, ale race też będą” – zapowiedział Sławomir Mentzen, który chyba pomylił niepodległość z meczem Polska–Rosja. I były – czerwone, dymiące, triumfalne. Bo jak wiadomo, nic tak nie wzmacnia ducha narodowego jak porządny pożar i hałas.
Krzysztof Bosak przemawiał jak kaznodzieja na wiecu miłości do samego siebie. O „wielkich zadaniach sił wolnościowych”, o „oczach Europy zwróconych na nas” – jakby zapomniał, że Europa patrzy raczej z niepokojem, a czasem z politowaniem. Ale tłum wiwatował, machał flagami, a między „Polska! Polska!” niosło się echo grzanego nacjonalizmu i tłuszcz patriotyczny unoszący się nad Alejami Jerozolimskimi.
A prezydent? Szczęśliwy jak nigdy. W końcu znalazł swoje naturalne środowisko: tłum spoconych mężczyzn z racami, patriotyzm w wersji pirotechniczno-grillowej, słowa jak z broszur IPN-u i okrzyki, które brzmią jak instrukcje bojówkarskie. W tłumie – Braun, Mentzen, Bosak, Kaczyński (podobno incognito), Korwin Mikke, a więc cała elita „sił suwerennościowych”. Brakowało tylko wspólnego zdjęcia z podpisem: „Jedna Polska, wiele fobii”.
Rafał Trzaskowski, obserwując z bezpiecznej odległości, próbował zachować spokój. „Mam nadzieję, że udział prezydenta będzie działał dyscyplinująco” – powiedział. Naiwnie. Bo jak się daje wilkowi gwizdek, nie liczy się na ciszę. I choć do poważnych incydentów nie doszło, to język nienawiści huczał głośniej niż race.
Hasło marszu: „Jeden naród, silna Polska”. W praktyce: „Jeden naród, przeciw wszystkim innym”. Naród w dymie, w hałasie, w pochodzie pełnym samozachwytu. Niepodległość znów sprowadzona do ryków i światełek dymnych. I w środku tego wszystkiego Nawrocki, jak generał bez armii, który wreszcie znalazł oddział marzący o rewanżu na świecie.
Kiedyś 11 listopada był dniem refleksji. Dziś to festyn frustracji. Kiedyś niepodległość zdobywano czynem, dziś – decybelem. Kiedyś marsze prowadził Piłsudski, dziś – Mentzen z racą i Nawrocki z miną zbawcy. I gdy Bosak mówi o „oczach Europy zwróconych na nas”, nie sposób się nie zgodzić – rzeczywiście patrzą. Z niedowierzaniem.
A więc Polska świętuje. W dymie, w huku, w samozachwycie. Z prezydentem w roli wodzireja narodowego karnawału gniewu. Bo w tym kraju nawet niepodległość musi płonąć.
Do fajnego, lekkiego w formie, choć przytłaczającego w wymowie „felietoniku” Krzysztofa Bielejewskiego, warto dodać nieco poważniejszą ocenę całości postawy i zachowania Nawrockiego, od początku urzędowania w pałacu, aż do dzisiaj. NIeco ponad 3 miesiące, a skala szkód jakie już wyrządził i jakie jeszcze powstaną na skutek jego działań zaczyna być alarmująca.
Karol Nawrocki prezentuje styl polityczny nacechowany skrajnym szowinizmem, nacjonalizmem oraz wyraźną jednostronnością, co jest szeroko krytykowane przez środowiska akademickie i polityczne. Jego retoryka pełna jest antykomunistycznej i antyliberalnej fobii, a wykluczanie mniejszości i gloryfikowanie “czystej” polskości wskazują na zatrważające ograniczenie horyzontów myślowych. Jest to szczególnie groźne w sytuacji, gdy taki sposób myślenia zostaje przełożony na działania państwowe i reprezentowanie Polski w świecie.
Nawrocki nie kryje niechęci wobec mniejszości etnicznych, twardo deklarując konieczność obrony narodowej tożsamości oraz narodowej wersji historii – marginalizując jakąkolwiek inkluzywność i współpracę międzygrupową. Jego narracja wzmacnia podziały społeczne, odbiera godność mniejszościom, a zwroty publiczne są pełne populistycznej frazeologii, gloryfikującej “prawdziwych Polaków” kosztem wszelkiej odmienności.
Batyr, choć objął stanowisko prezydenta, praktycznie nie posiada znaczącego doświadczenia politycznego, zarówno w polityce krajowej, jak i międzynarodowej. Jego polityczna “szkoła” ogranicza się głównie do środowisk historyczno-prawicowych (IPN, działania wokół polityki historycznej i kulturowej), a nie realnych decyzji na poziomie państwowym czy międzynarodowym. Analitycy podkreślają, że otacza się doradcami z najbardziej ideologicznych środowisk, przez co jego polityka jest z jednej strony naiwna, z drugiej ryzykowna i nieprzewidywalna.
Izolacja międzynarodowa – jednostronna, nacjonalistyczna polityka Nawrockiego grozi izolacją Polski na arenie międzynarodowej i utratą wiarygodności w Unii Europejskiej czy NATO, zwłaszcza przez blokowanie dialogu i forsowanie antagonizmów.
Paraliż i konflikt wewnętrzny – nadmierna polaryzacja polityczna, nieumiejętność szukania kompromisów, ciągłe weto ustaw sejmowych i działań rządu i mogą zablokować potrzebne reformy, prowadząc do paraliżu państwa i destabilizacji gospodarczej.
Problemy budżetowe i gospodarcze – propozycje “ochrony polskiego kapitału”, blokowanie transformacji energetycznej czy marginalizowanie potrzeby integracji z UE oznaczają ryzyko spadku inwestycji, wzrostu zadłużenia, a przede wszystkim odcięcie od funduszy i brak rozwoju.
Wzrost radykalizmu społecznego – gloryfikacja szowinistycznej wersji historii i polityki narodowej może stymulować eskalację mowy nienawiści, ksenofobii i przemocy, co w najgorszym wypadku prowadziło już w historii Polski do tragicznych rezultatów.
Podsumowując – Karol Nawrocki swoją szowinistyczną, jednostronnie nacjonalistyczną i wysoce populistyczną postawą, oraz brakiem politycznego doświadczenia, stanowi istotne ryzyko dla stabilności, wizerunku i rozwoju Polski – zarówno na forum wewnętrznym, jak i międzynarodowym. Warto się zastanowić czy taki (p)rezydent przysłuży się swoim prawicowym patronom i mocodawcom.
Cóż za komentarz! Ton poważny jak nekrolog demokracji, ale treść – celna jak uderzenie gumofilca w błotnistą rzeczywistość. No i proszę, ktoś postanowił zdjąć biało-czerwone klapki z oczu i przyjrzeć się panu (p)rezydentowi z perspektywy szerszej niż telewizyjne zbliżenie z napisem „Ojczyzna albo śmierć (podatkowa)”.
Gdyby Nawrocki wpadł do Bielejewa, to po pięciu minutach rozmowy z dziadkiem Frankiem i jednym kieliszku „Sankcji UE”, pewnie uciekłby z krzykiem, że został zaatakowany przez agenturę chłopską i zbuntowane krowy z inkluzywnego pastwiska.
Oczywiście, można się nad jego działalnością pochylić z miną surowego historyka, analizując szkodliwość narracji, rozmiar spustoszeń i współczynnik nacjonalistycznego zadęcia. Ale my w Bielejewie robimy to po swojemu – sadzimy ironię jak ziemniaki, a potem zbieramy plony zdrowego rozsądku. Bo gdy ktoś mówi, że „Europa patrzy”, to warto zapytać: czy patrzy z podziwem, czy jak na wujka, który na weselu przebrał się za husarza i opluł stół rosołem.
Tak czy inaczej – komentarz trafiony. Aż się chce westchnąć: oby więcej takich ludzi, którzy potrafią rozpoznać, kiedy patriotyzm zamienia się w groteskę, a państwo w teatr jednego krzyku.
Chcecie to drukujcie i wieszajcie w remizie. My tu swoje wiemy.
Ludzi, którzy widza NAwrockiego podobnie do mnie jest w Polsce pewnie ok. 50% populacji albo i więcej. To dla nich warto pisac i nazywać rzeczy o imieniu. Nawet jeśli tylko garstka przeczyta – reszta będzie wiedziała o czym mowa.
https://www.youtube.com/shorts/vu_5_w7MLOg
Pierwszorzędna robota, ten felieton. Gratuluję i wielkie dzięki za przyjemność wchłonięcia.