22.04.2025
1.
„Nie chodź dziewczyno do miasta, miasto niedobre dla dziewczyn”, przestrzegał Marek Grechuta. Chyba nie tylko dla dziewczyn. Już same początki nie są zbyt piękne. Biblia mówi o pierwszym mieście założonym w ziemi wygnania Nod przez Kaina, bratobójcę i pierwszego człowieka zrodzonego na ziemi. Powstawały tam instrumenty muzyczne (harfy, cytry), wytapiano miedź i brąz, nieco później żelazo (giserstwo, rzeźba). Zdaniem prof. Mieczysława Porębskiego opowieść o Kainie to opowieść o początkach cywilizacji i sztuki, o tym, że wolność błądzenia (zbrodnia) poprzedza wolność tworzenia. Miasto od dawien dawna postrzegane było jako moloch, który zrazu urzeka, deprawuje, przetwarza, zużywa by na końcu wypluć. Miejski moloch jest nienasycony. W początkach dwudziestego wieku pożarł dziesięć procent ludności świata, sto lat później już ponad połowę, w 2050 roku ma w miastach mieszkać siedemdziesiąt pięć procent mieszkańców Ziemi. Josif Brodski pisał, że miasto symbolizuje cywilizację, która zbliża się do otchłani. Zdaniem Tomasza Venclovy miejski sposób istnienia jest wyrazem finalnego etapu ewolucji człowieka (świadectwem pierwotnego stanu była jaskinia). Destrukcyjny wpływ miasta na ludzką duchowość widział Stanisław Przybyszewski, gdy uciekał z Berlina w góry albo nad norweskie morze. Immanuel Kant w społecznych interakcjach, na które człowiek w mieście jest skazany, dostrzegał źródło niegodziwości moralnych. Dla wielu ludzi ucieczka z miasta – przestrzeni kolektywnej miazgi umysłowej – okazywała się ratunkiem dla duszy. Należał do nich Henry David Thoreau, który spędził dwa lata w chatce nad jeziorem Walden utrzymując się za 27 centów dziennie. I tylko Karol Marks, jak zwykle, widział wszystko po swojemu, chwaląc miejskie wygody i mówiąc o idiotyzmie wiejskiego życia.
Dwudziesty wiek to okres szczególnie wyraźnie ujawnianego rozczarowania miastem. Zauważono na przykład, że tłumi ono ludzką sensualność, redukuje ją do zmysłu wzroku. Miasto jest wyłącznie ikonosferą, przestrzenią-obrazem, w której trzeba chronić się przed wrażeniami związanymi z pozostałymi zmysłami: hałasem, smrodem czy brudem. „Nigdy nie pojmowałem – wyznaje Tadeusz Stefańczyk (Dwadzieścia pięć lat osobliwej kanikuły. O poemacie „Lato w mieście” Urszuli Kozioł) – ortodoksyjnej miejskiej mentalności (jak nie pojmuję mieszczańskiej moralności i estetyki, z instytucjami służącej, burdelu i opery); kochałem i nie cierpiałem Rzeckiego za jego przyklejenie do miasta, sklepu i porządkującego rytuału. Nie mogło mnie spotkać nic gorszego niż lato w mieście, niż uwięzienie i duszenie się w rozpalonych murach, topienie się na patelni asfaltu, brunatnienie rachitycznych trawników, klejenie się do ciała uciążliwej i nienawistnej odzieży, nieprzewidywalna reakcja bliźnich, gotowych – jak l`etranger Muersault – zabić »z powodu słońca«”. Jedna z bohaterek filmu dokumentalnego Julii Ruszkiewicz i Karoliny Bielawskiej pt. Warszawa do wzięcia wyraża swe rozczarowanie mówiąc: – Warszawę w ogóle inaczej sobie wyobrażałam. Że wielki świat i w ogóle. A to jest wiocha. Tyle że większa. – Zauważalna staje się cecha nazwana przez Zygmunta Baumana „płynnym miastem”: miasto nie potrafi zachować swojego kształtu, jego tożsamość niszczą, bywa że w barbarzyński sposób, uzurpacje architektów i deweloperów. (W Krakowie sąd nakazał przedsiębiorcom odbudowę zabytkowej fortyfikacji zespołu Twierdzy Kraków, którą zniszczyli budując blok mieszkalny. To jednak wyjątek na tle patodeweloperskich bezkarności).
Obraz miasta-potwora zdaje się jednak blednąć. Tadeusz Peiper w słynnym manifeście krakowskiej awangardy Miasto, Masa, Maszyna („Zwrotnica”, 1922) uznaje miasto nie tylko za fundament nowoczesności, kultury i postępu, ale ujmuje je jako dzieło sztuki par excellence. Edward Glaeser w wydanej kilkanaście lat temu, dość łopatologicznie zatytułowanej (Triumph of the City: How Our Greates Invention Makes Us Richer, Smarter, Greener, Healthier and Happier) książce opisuje odwrót od rustykalnych tęsknot XIX i XX wieku i narastanie procesów reurbanizacyjnych. Miasto – „największy wynalazek gatunku ludzkiego” – jak żadne inne miejsce pozwala uczestniczyć w kulturze, spotykać się z innymi ludźmi w parkach, klubach, kawiarniach i restauracjach (co jest zresztą podstawą niezwykle żywego „rynku matrymonialnego”). Richard Florida (Narodziny klasy kreatywnej) widzi miasto przez pryzmat nie spotykanych gdzie indziej ludzi twórczych – intelektualistów, artystów, pracowników uniwersytetów itp. Wbrew potocznym opiniom jest miasto najbardziej – a w każdym razie bardziej niż wieś – ekologicznym sposobem użytkowania przez człowieka Ziemi. Sama wieś staje się stopniowo bytem coraz to bardziej zmitologizowanym, odczuwana jest jako stan bezpowrotnie utracony, czyli Raj. Leszek Kołakowski (Wieś utracona) pisze o zaniku wsi rozumianej jako świat osobistych kontaktów, cyklicznego obiegu materiałów (brak odpadów), naturalnego (cyklicznego) rytmu życia, rodzinnego domu, wielopokoleniowej rodziny i szczęśliwego dzieciństwa. Pozostaje tęsknota za wsią „dręcząca cywilizację zachodnią od dwóch stuleci z okładem, to znaczy od zaczątków nowoczesnego urbanizmu i industrializacji”. Sam przedmiot owej tęsknoty też staje się coraz mnie wyraźny. Moja tęsknota za Ostrówkami, podchodzieską wsią, w której spędziłem pierwsze dwanaście lat życia, za związanymi z nią smakami i zapachami, jest zapewne zmitologizowana i nie przypuszczam, bym potrafił odnaleźć się dzisiaj w tamtej realności. Pojawiła się ironiczna kategoria „neowioski”, mówiąca o wsi rozumianej wyłącznie jako lokalizacja przydatna do realizacji miejskich pomysłów artystycznych, eksperymentalnych itp.
Jak widać, możliwy i coraz częściej prezentowany jest obraz miasta całkowicie odmienny od tego, o jakim pisałem na początku. Philip Bagby (Kultura i historia) pisze, że miasto różni się od wsi nie rozmiarem, lecz tym, że ma duszę. Można spotkać ludzi nie wyobrażających sobie życia poza miastem, zwłaszcza wtedy, gdy jest to ich własne, jedyne na świecie takie miejsce, które staje się mitem: Lwów, Wilno, Dublin, Rzym czy – dawniej – Aleksandria. Motyw miasta utraconego, miasta – mitu, często występuje w literaturze. Konrad Sutarski w dedykowanym Zbigniewowi Herbertowi wierszu pisze: „Każdy z nas ma swoje miasto odległe/ które tylko do niego należy/ chociaż tak dawno zostało opuszczone […]”. Znamienne, że w dawnej polszczyźnie słowo to łączyło się z „miejscem”, w którym się coś „mieści”.
2.
David Hume opublikował list, jaki niewiele wcześniej, w sierpniu 1737 roku otrzymał od przyjaciela. Zaczynał się od słów: „Szanowny Panie, wiem, żeś bardziej ciekaw opisów ludzi niż budynków…”. Ludzki definiens może odnosić się nie tylko do miasta, lecz także do kontynentów. Andrzej Bobkowski w jednym ze swoich listów pisał: „Europa to przede wszystkim człowiek, a – trudno i darmo – gatunek tego człowieka psuje się ostatnio…”. Wiele osób sądzi podobnie: że miasto to ludzie. Nie urbs – martwy kamień, materialna architektura, bryły i barwy. Nie castrum – schronienie, bezpieczne miejsce do mieszkania. Nie formy urbanistyczne – drogi, węzły, szerokość ulic, ilość skwerów, jakość oświetlenia. Nie ilość świątyń, kawiarń, sal koncertowych, teatrów, szkół niższych i wyższych. To wszystko stanowi dopiero możliwość miasta i pozostanie wyłącznie możliwością, dopóki nie urzeczywistni jej, nie ożywi obecność ludzi. Bez ludzi miasto jest pustą formą. Martwą jak nocny Gdańsk poza sezonem, albo Oliwa, która jeszcze do niedawna zaczynała choć trochę przypominać żywy organizm jedynie podczas niedzielnych spacerów w parku czy (mało wychowawczych) wypadów z dziećmi do zoo. Nie wspominam nawet o peryferyjnych, pozbawionych centrum dzielnicach i przypominających kolorowe klocki osiedlach.
Najbardziej istotnym elementem miasta są dla jego mieszkańca inni ludzie, dowodzi duński architekt Jan Gehl (Życie między budynkami). Miasto to civitas, żywa i odczuwająca tkanka duchowa, społeczność. To agora, przestrzeń spotkania, której nie sposób zadekretować w urzędniczy sposób. Nawet zduszona egzystencjalnie okupacyjna Warszawa pozostawała wciąż miastem, organizmem żywym, choć z pewnością trawionym chorobą. Przepiękne i wstrząsające tego świadectwa można odnaleźć w książce Ludwika Heringa pt. Ślady. Opowiadania, w opowiadaniu Meta. „Wieczny ruch, gwar, krzyki, nawoływania z okien getta do okien po »tej« stronie, targi, kłótnie współzawodników, płacz stratnych, turkot wózków, bieganina – nie ustawały na chwilę. […] W ciągłym pulsowaniu [getto – przyp. acl] przyjmowało i wydzielało: poprzez wachy, mety, dziury – jak przez aorty, arterie tętnic i stukrotne rozgałęzienia żył, aż do naczyń włoskowatych ożywiających najtajniejsze tkanki miasta”. Tak, kultura miasta to kultura ludzi, mieszkańców-obywateli. Miasto budowane jest przez wyrazy twarzy, spojrzenia, sposoby chodzenia, określone książki, gazety, smartfony w rękach, sposoby mówienia (stonowane i życzliwe albo wyrastające z lęku, podniesione i krzykliwe), ubiory, reakcje na to co piękne i szpetne, odnoszenie się do innych ludzi (odpowiadanie na uśmiech uśmiechem albo agresją, jak na zaczepkę).
Sfera mentalna, czyli kultura, mimo optymistycznej etymologii („uprawa”), w bardzo niewielkim stopniu podlega modyfikującym wpływom. W jakimś jednak tak. Wpływy te mogą mieć charakter zorganizowany (wychowanie), a także okolicznościowy, przypadkowy, bezwiedny. Człowiek zawsze uwewnętrznia rzeczywistość dookolną, co znaczy, że nie ma sytuacji neutralnych wychowawczo. Przy pięknie zastawionym stole, mawiała Lucyna Ćwierciakiewiczówna, i prostak okaże powściągliwość. Materialne formy miasta, owszem, także oddziałują na stan kulturalny mieszkańców; civitas i agora w jakimś stopniu zależą również od urbs i castrum. Chyba jednak nie przede wszystkim.
3.
Czterdzieści lat temu zrodziła się idea konkursu miast wyróżniających się poziomem kulturalnym. 13 maja 1985 roku Melina Mercouri – aktorka, która okazała się nie mniej znakomitą minister kultury Grecji – przedstawiła radzie UE projekt scalania europejskiej kultury poprzez wyłanianie Europejskich Miast Kultury (nazwa „Europejska Stolica Kultury” pojawiła się – chyba niepotrzebnie – w roku 1999). Dragan Klaic z Belgradu krytycznie analizuje program tego konkursu, dostrzegając w nim błędy popełniane już na etapie przygotowawczym. W samej idei tego programu brakuje założenia najbardziej istotnego – że trwałe rezultaty związane z kulturą mogą zostać osiągnięte w sferze mentalnej mieszkańców, a nie w fizycznej infrastrukturze. Można sądzić, że sposób osiągnięcia zmian mentalnych wiąże się przede wszystkim z poziomem uczestnictwa mieszkańców miasta w decydowaniu o jego kształcie, czegokolwiek miałby dotyczyć. Ze świadomością bycia nie mieszkańcem, ale obywatelem swojego miasta. Obywatel to mieszkaniec świadomy swej pełnoprawności, aktor – nie widz – na miejskiej scenie. Obywatelskość miejska bliższa jest modelowi komunitarnemu niż liberalnemu: obejmuje nie tylko indywidualne podmioty działania, ale zbiorowości (wspólnoty). Zbiorowość ta podejmuje debatę oraz prawomocne decyzje związane z jej funkcjonowaniem. Niestety, dzisiejsza demokracja w miastach coraz bardziej zaczyna przypominać usychającą demokrację państw Zachodu. John Keane (The Life and Dead of Democracy) pisze o deficycie zaufania do polityków, którzy opierają swe decyzje na sondażach (demokracja nastrojów) i o postępującej martwocie instytucji konstytucyjnych (przedstawicielskich). Odpowiedź na pytanie, do kogo należy miasto (kto ma do miasta prawo), siłą rzeczy odnosi się do pytania o zakres utożsamiania się z miastem jego mieszkańców. Brak takiej identyfikacji oznacza odrodzenie się podziału: „oni – my”.
Trudno nie zauważyć, że obywatelska podmiotowość mieszkańców miast nie jest niestety czynnikiem ważącym ani w realnym życiu miast, ani nawet w założeniach ideowych konkursów takich jak ESK. O braku wysiłków skierowanych ku upodmiotowieniu miasta świadczą określenia pojawiające się w nazewnictwie i programach miejscowych inicjatyw. Mówi się tam o zarządzaniu miastem (choć miasto to coś diametralnie różnego od firmy), o miejskiej polityce kulturalnej itp. Owszem, pojawiają się też słowa mówiące o konsultacjach społecznych, tyle że same te konsultacje pozostają często miłym dla ucha ozdobnikiem dla decyzji zapadających gdzie indziej. „Miasta coraz częściej używają konsultacji jako elementu budowy swojego wizerunku, a nie rzeczywistego wzmocnienia udziału mieszkańców w decydowaniu o wspólnych sprawach” – pisał Artur Celiński (Sukces miasta a sukces jego mieszkańców). Autor ma świadomość kłopotów związanych z efektywnością konsultacji tego rodzaju, sądzi jednak, że jest to efekt niewłaściwego sposobu włączania mieszkańców do decydowania o wspólnych sprawach. Konieczna jest, jego zdaniem, zmiana relacji między mieszkańcami i strukturami władzy: „Mieszkańcy nie powinni być traktowani jako zasób, na którym można budować strategię rozwoju, ale jako budowniczowie strategii opartej na istniejących i potencjalnych zasobach”. Upodmiotowieniu społeczności lokalnych miała służyć ustawa o samorządach. Przewiduje m.in., że mieszkańcy mogą sami zgłaszać do rad miast i gmin projekty uchwał; prezydenci, burmistrze i wójtowie przed uchwaleniem budżetu muszą wysłuchać mieszkańców podczas tzw. wysłuchania publicznego; więcej uprawnień przypada radom dzielnic itp. Projekt spotkał się z ostrą krytyką władz samorządowych (otwiera drzwi dla osób niekompetentnych, „pieniaczy i osób z zaburzoną osobowością”, „zawodowych społeczników”, „niespełnionych polityków”, wydłuży proces decyzyjny itp.), które nie chcą, by obywatele przeszkadzali w rządzeniu. Zdaniem jednego z twórców tego projektu, prof. Jerzego Regulskiego, można rozumieć te obawy, jak również to, że elity nie ufają własnym obywatelom. „Jednak nawet jeśli wśród obywateli są pieniacze – mówił – nie można wszystkim zabrać prawa do udziału w samorządzie. Pieniactwo trzeba zwalczać, ale jednocześnie nie można przestać z ludźmi rozmawiać”. Podmiotową iluzją okazał się tzw. budżet obywatelski (pierwszy raz uchwalony w Sopocie w 2011 roku). Przekazanie przez władze miasta jednego procenta środków, jakimi dysponuje miasto, mieszkańcom ma dać im złudne poczucie sprawczości. Służy zarazem, co przekonująco wykazał Markus Miessen (Koszmar partycypacji), do tego, by odwieść ich od zajmowania się pozostałymi 99 procentami budżetu.
Idea obywatelskości miejskiej – zbiorowości zdolnej do samoorganizacji, stanowienia i osiągania celów niezależnie od władz państwowych – może konkretyzować się w przeróżny sposób. Jakiś czas temu Piotr Bałtroczyk wykupił czas antenowy w miejscowej rozgłośni radiowej, by wpłynąć na decyzje wyborcze mieszkańców swego miasta, Olsztyna. Społeczne ruchy w obronie Warszawskiej Opery Kameralnej i krakowskiego Chóru Polskiego Radia wpłynęły na zmianę decyzji urzędników. Popularna stała się partyzantka ogrodnicza. Joanna Rajkowska swą palmą na warszawskim rondzie de Gaulle`a zmieniła nie tylko lokalną przestrzeń, ale wpłynęła na sposób myślenia o wszelkiej przestrzeni publicznej. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku grupka zapaleńców pod kierunkiem Grzegorza Borosa pomalowała na żółto most w szarym centrum Gdańska (nigdy później nie był tak właśnie żółty). Iwona Zając swoimi muralami uczłowieczała i rozweselała ponure gdańskie przejścia podziemne (znakomite komentarze do Szekspira przy Okopowej!).
Przytaczam inicjatywy sprzed kilku, kilkunastu lat, gdyż trudno mi dzisiaj znaleźć podobne przykłady (nie liczę pojawiających się co pewien czas protestów przeciw tandetnym projektom deweloperów). W społecznej rzeczywistości dominują tendencje do odgórnego regulowania różnych przejawów ludzkiego życia. Gęstość przepisów tego rodzaju sprawia, że społeczny świat zaczyna przypominać matrycę z wytyczonymi ścieżkami, po których powinni (muszą) poruszać się ludzie. Matryca ta, to matrix – macierz rozumiana jako urzędowy spis, wykaz obowiązków i powinności. Chęć porządkowania rzeczywistości, oswajania jej i przemieniania „chaosu” w „kosmos”, bywa motywowana względami praktycznymi, a także estetycznymi; w każdym wypadku stanowi wyraz nieufności w stosunku do ludzkiej podmiotowości i potwierdza wyższą niż powszechna kompetencję normodawcy. Antonio Gramsci mówił w tym kontekście o hegemonii kulturowej, Michel Foucault o wiedzy, która staje się władzą. Podporządkowanie się normodawcy buduje strukturę pionową, hierarchię, która uznawana jest za stan naturalny i nie wymagający uzasadnienia. Dominacja, o jakiej tu mowa, bywa coraz częściej przyjmowana przez ludzi o osobowości autorytarnej („homo sovieticus” w rozumieniu Aleksandra Zinowiewa), którzy wręcz poszukują dróg wytyczonych przez kogoś innego i niczym dzieci bronią się przed własnymi wyborami. Według wielu opinii infantylizacja tego rodzaju charakteryzuje coraz większą rzeszę ludzi dorosłych tylko z nazwy. „Nie ma już dorosłych – pisze Francesco M. Cataluccio (Niedojrzałość. Choroba naszych czasów) – zniknęli jak przejściowe pory roku i świetliki nad polami. Wszędzie widać tylko dzieci i ludzi starszych. Przy czym dzieci zachowuję się jak ludzie dorośli (bo często muszą rozstawać się z dzieciństwem zbyt wcześnie), a dorośli jak dzieci”. Milan Kundera (Księga śmiechu i zapomnienia) widzi rzecz podobnie: „Dzieci nie są przyszłością nie dlatego, że kiedyś będą dorosłe, lecz dlatego, że ludzkość coraz bardziej będzie się zbliżała do stanu dziecięcości, że dziecięcość jest obrazem przyszłości”.
Andrzej C. Leszczyński

Naprawdę wspaniały przegląd myśli i poglądów ludzi kultury na miasto jako miejsce, instytucję kultury i centrum cywilizacji.
Ale zabrakło w tym tekście podejścia racjonalnego, takiego które bazuje na twardych wielkościach i faktach, spojrzenia na miasto jako kolejnego kroku w rozwoju ludzkich społeczeństw zaczynających się od osady, od małego grodu zabezpieczającego grupę mieszkańców przed wrogami – czy to innymi ludźmi czy zwierzętami. Tak to się zaczęło tych kilkanaście tysięcy lat temu i trwa, a formy tych ludzkich skupisk są pochodne o ich ilości na naszej małej planecie.
To, że urbanizacja tak przyspiesza jest funkcją ilości ludzi, jest nasz blisko 9 miliardów i to że tak wielki procent zamieszkuje obecnie w miastach jest prostą funkcją tej wielkości. Tak jest i będzie, chyba stanie się czarny scenariusz i w wyniku wielkiej nuklearnej wojny wyginie w atomowym błysku te 6 miliardów a ta reszta ocalałych będzie zazdrościć tym co zginęli – tak opisuje to znany mi scenariusz wojny nuklearnej, wojny która grodzi nam ze strony możnych tego świata.
Płacząc nad miastem i jego mieszkańcami warto jednak pamiętać, że miasto jest wynikiem obiektywnych zjawisk poczynając od wzrostu ludzkiej populacji…
Wydaje mi się, że mój szkic jest oparty na „podejściu racjonalnym”, co znaczy, że próbuje porządkować problemy, o jakich mowa. Może chodzi o brak „podejścia empirycznego”, czym się nie interesuję i co czeka na swojego autora.
Jeszcze jedno – przywołany tu plastyk Grzegorz Boros to człowiek, który zwrócił się do mnie – kierownika Działu Analiz Społecznych i Humanizacji Pracy Stoczni Gdańskiej z taką propozycją a ja go poparłem. Ta grupa zapaleńców-plastyków pomalowała taką kładkę prowadzącą do stoczni na żółto bo to był dla nich akcent plastyczny a dla mnie coś, co wykraczało poza monotonię pracy stoczniowców. Żółtą farbę, w dużych ilościach, dostarczył, wydział malarski W1, który nadmiary tej farby wylewał do stoczniowego kanału bo ludziom nie chciało się jej odnosić do magazynu. Takie to były czasy i taka była stocznia a żółty most był w niej znakiem czegoś innego
Nie tak bardzo dawno gdy na ulicy pojawił się ktoś ciemnoskóry większość miejscowych oglądała się, przypatrywała cudakowi. Teraz tego już nie ma, przynajmniej w Trójmieście. Ale w tramwaju czy autobusie wszyscy wgapieni w smartfony albo w okna, mało kto uśmiechnie się do drugiego.