15.08.2026
Mamy osobliwy stosunek do Bitwy Warszawskiej. Najpierw przez dziesięciolecia w PRL należało o niej pamiętać możliwie dyskretnie, bo trudno było świętować zwycięstwo nad armią państwa, które później zostało naszym serdecznym przyjacielem z urzędu. Potem wahadło poleciało w przeciwną stronę i z sierpnia 1920 roku zaczęliśmy robić patriotyczny fresk, na którym każdy chce dopisać swojego jedynego zbawcę ojczyzny.
A szkoda, bo prawdziwa historia jest ciekawsza od pomnika.
Latem 1920 roku sytuacja Polski była rzeczywiście dramatyczna. Państwo istniało od niespełna dwóch lat, granice miało jeszcze w budowie, armię sklejoną z kilku zaborczych tradycji, a Armia Czerwona zbliżała się do Warszawy. Bolszewicy nie traktowali Polski tylko jak kolejnego przeciwnika terytorialnego. Lenin liczył na przeniesienie rewolucji dalej na Zachód, przede wszystkim do politycznie rozchwianych Niemiec; zachowane dokumenty pokazują, że myślano również o sowietyzacji innych państw Europy Środkowej. Polska stała na drodze tej koncepcji w bardzo dosłownym sensie.
Czy zatem pod Warszawą „ocalono Europę przed komunizmem”? W dużej mierze zatrzymano jego militarny marsz na Zachód, ale z historiozofią warto obchodzić się ostrożnie. Nie wiemy, czy po zdobyciu Warszawy Armia Czerwona rzeczywiście zdołałaby przejść przez Niemcy niczym nóż przez masło. Niemcy nie były bezbronne, a rewolucyjny zapał europejskiego proletariatu także bywa dziś nieco przeceniany. Słynne określenie lorda D’Abernona o jednej z najważniejszych bitew świata świetnie brzmi na akademii rocznicowej, lecz historia nie prowadzi tabeli ligowej, w której Grunwald ma 43 punkty, Wiedeń 41, a Warszawa awansuje do Ligi Mistrzów.
Pewne jest coś innego: klęska Polski mogła oznaczać koniec świeżo odzyskanej niepodległości i radykalną zmianę układu sił w Europie Środkowej. Zwycięstwo sprawiło, że ten scenariusz się nie wydarzył.
I nie wydarzył się bynajmniej dzięki cudowi.
Stało się coś znacznie mniej romantycznego i dlatego bardziej godnego podziwu: zadziałało państwo.
Zadziałał wywiad radiowy, który czytał znaczną część sowieckiej korespondencji i dawał polskiemu dowództwu wiedzę o ruchach przeciwnika. Zadziałał sztab. Zadziałało przegrupowanie wojsk. Zadziałała 5. Armia Sikorskiego na północy, obrona przedpola Warszawy i uderzenie znad Wieprza. Bolszewicy popełniali błędy, rozciągnęli linie zaopatrzenia, ich dowództwa źle współpracowały. Polacy natomiast potrafili wykorzystać moment, w którym przeciwnik wyglądał na zwycięzcę, ale właśnie zaczynał tracić równowagę.
A spór, czy wygrał Piłsudski, czy Rozwadowski?
To jeden z tych sporów, które uwielbia polska pamięć historyczna, bo w Polsce nawet zwycięstwo najlepiej smakuje dopiero wtedy, gdy uda się o nie porządnie pokłócić.
Piłsudski był Naczelnym Wodzem i dowodził grupą wykonującą decydujące uderzenie znad Wieprza. Rozwadowski jako szef Sztabu Generalnego odegrał zasadniczą rolę w przygotowaniu operacji, rozwinięciu planu, wydawaniu rozkazów i koordynacji obrony. Władysław Sikorski prowadził niezwykle ważne działania 5. Armii na północ od Warszawy. Współczesne badania coraz rozsądniej pokazują więc zwycięstwo jako wynik pracy dowództwa i wojska, a nie jednoosobowego występu estradowego.
Byli także matematycy, radiotelegrafiści, kolejarze, ochotnicy i zagraniczna pomoc. Szczególnie warto pamiętać o Węgrach, którzy w krytycznym momencie przekazali Polsce ogromne ilości amunicji i umożliwiali tranzyt transportów wojskowych, gdy gdzie indziej dostawy blokowano.
To wszystko psuje trochę poetykę „cudu”.
I bardzo dobrze. Bo znacznie ciekawsze od cudu jest państwo, które znajdując się o krok od katastrofy, potrafi się pozbierać.
Skutki zwycięstwa były ogromne. Polska zachowała niepodległość, odzyskała inicjatywę wojskową, a kolejne sukcesy — zwłaszcza nad Niemnem — doprowadziły ostatecznie do pokoju ryskiego. Na niemal dwadzieścia lat ukształtował się porządek Europy Środkowo-Wschodniej zupełnie inny od tego, który próbowała stworzyć Moskwa.
I tu dochodzimy do roku 2026.
Porównywanie Putina do Lenina jeden do jednego byłoby historycznym lenistwem. Putin nie niesie Europie rewolucji proletariackiej, a dzisiejsza Polska jest członkiem NATO i Unii Europejskiej, nie samotnym państwem skleconym przed chwilą z trzech zaborów.
Ale pewna niemiła ciągłość pozostaje.
W Moskwie nadal istnieje przekonanie, że suwerenność państw leżących między Rosją a Zachodem może być czymś warunkowym. Dziś płaci za tę koncepcję przede wszystkim Ukraina. NATO nadal wzmacnia wschodnią flankę, wspiera Ukrainę i właśnie w ostatnich dniach zajmowało się kolejnymi naruszeniami przestrzeni powietrznej państw Sojuszu.
Dlatego 15 sierpnia 2026 roku, kiedy na Wisłostradzie jadą czołgi, a nad Warszawą przelatują samoloty podczas obchodów 106. rocznicy bitwy, historia ma wyjątkowo mało muzealny charakter.
Najważniejsza lekcja roku 1920 nie brzmi bowiem: Polacy zawsze zwyciężą.
Historia takich gwarancji nie wystawia. Brzmi raczej: państwo może wygrać nawet w fatalnym położeniu, jeżeli ma sprawną armię, dobry wywiad, zdolne dowództwo, sojuszników, zapasy, morale i społeczeństwo przekonane, że istnieje coś, czego warto bronić.
Czyli dokładnie te wszystkie nudne rzeczy, o których zazwyczaj przypominamy sobie dopiero wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się armia Tuchaczewskiego.
Bitwa Warszawska nie była więc cudem.
I może to właśnie jest w niej najbardziej krzepiące. Cuda zależą od nieba, a tamto zwycięstwo w ogromnej mierze zależało od ludzi.
Krzysztof Bielejewski

Miał Pan już nie pisać, a tu nowy tekst…
A gdzie Pani to wyczytała? Proszę przeczytać mój tekst ze zrozumieniem.
Zawsze może też Pani nie czytać
Ha, ha, ha, ha…
Czytać albo nie czytać, oto jest pytanie.
Tylko Szekspira.
Czy ten mądry, niezatopiony w słowotoku niepotrzebnych słów felieton, napisał ten sam pan Bielejewski? Aż się wierzyć nie chce…
Zapytajcie AI, jak się nazywa człowiek, który pisze dużo, stale i na wszystkie tematy; jakby miał 'przymus pisania’?
Zaczynam swoją przygodę ze sztuczną inteligencją – Pańskie pytanie zadałem czatowi GPT. Oto odpowiedź: Najtrafniej: grafoman — osoba dotknięta grafomanią, czyli niepohamowaną potrzebą pisania. Termin ten ma jednak wyraźnie pejoratywny wydźwięk i często sugeruje także niską wartość lub rozwlekłość tworzonych tekstów.
Jeśli chce się opisać samo zjawisko bez obrażania autora, można powiedzieć: kompulsywny pisarz; człowiek z przymusem pisania;nałogowy autor; hipergrafik — określenie bardziej specjalistyczne, odnoszące się do nadmiernej potrzeby pisania.
W potocznym, lekko ironicznym ujęciu: „on cierpi na grafomanię” albo „ma grafomański przymus komentowania wszystkiego”. Sama częstotliwość pisania nie czyni jednak jeszcze kogoś grafomanem — decydujące są także natrętność, brak umiaru i często niewielka wartość wypowiedzi.
Jeden z lepszych tekstów Bielejewskiego. Trzeźwy, zdyscyplinowany, bez przegadania. Szkoda, że inne teksty takie nie są — nierówne, często rozwodnione, z zamulającymi dygresjami. Ten zasługuje na 4,5/5. Inne — bywają na 3. Gdyby tak od początku pisał na SO… rzadziej a lepiej!
Dwa słowa o gen. K. Sosnkowskim, choć w całej kampanii historia wymienia tuziny zasłużonych generałów, nie mówiąc o bohaterach wśród miliona żołnierzy polskich i innych narodowości.
Gen. K. Sosnkowski, odegrał kluczową rolę w bitwie nad Berezyną w maju/czerwcu 1920 r., która zatrzymała natarcie armii M. Tuchaczewskiego na około miesiąc, co dało stronie polskiej czas na przegrupowania i uzupełnienia. Twierdzą znawcy, że gdyby nie „cud nad Berezyną”, to nie byłoby „cudu nad Wisłą”…
Będąc przyjacielem J. Piłsudskiego i dzięki znakomitej znajomości języków gen. K. Sosnkowski zapewnił ogromne dostawy sprzętu i amunicji od aliantów a głównie z Francji, także pomoc doradczą dziewięciu generałów francuskich i wieku innych oficerów w roli instruktorów. Jako wiceminister współpracujący ściśle z szefem sztabu, gen. T. Rozwadowskim, zreformował rekrutację a przede wszystkim zaopatrzenie, struktury i logistykę dostaw. Negocjował i łagodził spory wojskowych z aliantami oraz politykami krajowymi.
We wrześniu 1939 r., w odróżnieniu od polityków, o których J. Cat-Mackiewicz pisał, że pierwsi „spakowali do samochodów swoje damy, ich kapelusze i pudelki, i wywiali za południową granicę”, gen. K. Sosnkowski zażarcie walczył na froncie południowym do ostatniego dnia, przebijając się przez lasy janowskie aż pod Lwów, aż do rozwiązania oddziałów.
Piszę to ku pamięci Generała oraz ojca mego przyjaciela, który we wrześniu 39r. walczył pod wodzą dzielnego gen. K. Sosnkowskiego i przeżył wszystkie dramaty tej tragicznej kampanii aż do ostatniej godziny.
Po demobilizacji Ukrainiec-kolega ojca mojego przyjaciela dal mu garnitur i paczkę papierosów na dalszą drogę…
Dobry tekst. Krotki, jasny, i dobrze napisany. Podoba mi się. Bardzo dziękuję.