03.01.2026
Na początku było łup. Potem trzask. A potem… Trump. Z gracją nosorożca na łyżwach ogłosił, że USA „z sukcesem” przeprowadziły atak na Wenezuelę, a Nicolás Maduro wraz z żoną zostali pojmani niczym para nielegalnie importowanych flamingów. Cios błyskawiczny, bez ostrzeżenia, bez pytania, i co najciekawsze: bez zgody Kongresu. Ot, tradycyjna amerykańska demokracja po nowemu — znaczy po Trumpowemu.
Operacja przypomina scenariusz z taniego thrillera klasy C, tyle że bez budżetu na logikę. Oddziały Delta Force pojawiły się w Caracas jak czkawka po burrito, zwinęły dyktatora i odleciały, zostawiając za sobą ogień, dym i chaos. Oficjalnie: sukces. Nieoficjalnie: no cóż, widzieliśmy ten film już wcześniej — Afganistan, Irak, Libia — zawsze ten sam trailer, tylko inny geograficzny tytuł.
Wenezuela, kraj, gdzie inflacja rośnie szybciej niż wyniki wyborcze PiS w TV Republika, obudziła się w sobotę rano otoczona eksplozjami i wyciem silników. Informacja publiczna? Brak. Telewizja państwowa? Nadal pokazuje reportaż o produkcji lokalnego manioku. Internet? Nie ma prądu. Ale Trump wie. Trump zawsze wie. On ma przecież dostęp do prawdy — tej spod znaku Truth Social.
Eksperci? Wróżbici od geopolityki. Mówią o narkotykach, gangach, strategiach, jakby pożyczyli scenariusz z „Narcos” i pomalowali go kredkami z Pentagonu. Prof. Zachara-Szymańska sugeruje, że Trump identyfikuje Maduro jako barona kokainowego — takiego Pablo Escobara na sterydach. Problem w tym, że dane ONZ mówią co innego. Ale kiedy Trump słyszy „fakty”, myśli, że to nowy model hamburgera.
Nie było żadnego zawiadomienia Kongresu, nie było debaty, nie było niczego poza tweetem na sterydach. W klasycznej demokracji taka samowolka na arenie międzynarodowej kończy się poważnymi pytaniami. Ale Trump traktuje politykę zagraniczną jak odcinek reality show: kto dziś odpadnie z wyspy? Tym razem padło na Caracas.
Zniknięcie Maduro to nie koniec, to początek nowego rozdziału pt. „I co teraz?”. Opozycja jest tak skonsolidowana, jak Konfederacja w dniu wystąpienia Brauna. Maria Corina Machado? Ma Nobla, ma Twittera, ale nie ma struktur ani poparcia. Wenezuela nie ma głowy, ale ma cały tłum ludzi z mikrofonami. Chaos jako strategia.
Dlaczego Wenezuela? Dlaczego znów USA poczuły potrzebę napompowania mięśni w regionie, który i tak ledwo oddycha? To proste jak myśl przewodnia kampanii Trumpa: chodzi o ropę, o kontrolę, o pokaz siły. Wenezuela to nie tylko biedny kraj z hiperinflacją i prezydentem o zapędach operetkowego tyrana. To kraj z największymi potwierdzonymi rezerwami ropy naftowej na świecie. Ropa, która — zdaniem Trumpa — powinna „przestać się marnować w rękach lewaków”. Wenezuela to również drzwi do Ameryki Południowej, regionu, który w nowej wersji Doktryny Monroe ma być czymś pomiędzy amerykańskim przedmieściem a strefą wpływów z programem lojalnościowym. I jeszcze jedno — każdy populista wie, że łatwiej się wygrywa wybory z mapą wojenną niż z mapą inflacji.
Tymczasem Trump ogłasza sukces. Znowu. Tylko że sukces bez planu to jak tort bez spodu: dobrze wygląda z wierzchu, ale rozlewa się przy pierwszym dotknięciu. Unia Europejska apeluje o „powściągliwość”, co w języku dyplomacji oznacza „czy moglibyście wreszcie przestać zachowywać się jak bandyci z liceum?” Donald Tusk, który wygląda, jakby przeczytał wszystkie briefy i jeszcze trzy książki o Machiavellim przed śniadaniem, zachował zimną krew. W swojej wypowiedzi podkreślił, że „świat musi reagować z rozwagą”, a Polska monitoruje sytuację i zadba o swoich obywateli. Brzmi to jak standardowa wypowiedź premiera, ale w tonie słychać było nutę zniecierpliwienia — jakby chciał powiedzieć: „czy naprawdę musimy znów gasić pożar, który ktoś podpalił amerykańską zapałką i tweetem?”
Rosja, wiecznie zaskoczona moralnością Zachodu, potępia działania USA, bo konkurencja w kategorii „kto jest większym hipokrytą” jest wciąż otwarta. A tymczasem Ameryka wraca do swojej starej, dobrej tradycji: rzucamy jakimś krajem o ścianę co dekadę, żeby pokazać, że umiemy.
Czy będzie to wojna? Niekoniecznie. Będzie to raczej gra w imperialne domino, w której Trump marzy, by zostać panem świata, ale potyka się o własny ego-trip. Różnica między prezydentem a desperatem polega na tym, że pierwszy konsultuje działania z Kongresem. Trump to po prostu desperat z dostępem do sił specjalnych.
Czekamy na konferencję. Może przyniesie Madura w kajdankach jak psa wystawowego. Może nowy slogan: „Make Latin America Ours Again”. Może tylko Trumpa w zbroi z foli aluminiowej, udającego Cezara XXI wieku.
Jedno jest pewne: znowu oglądamy powtórkę historii. Z tym że tym razem nie ma popcornu. Jest niepokój, cynizm i świadomość, że w tym filmie bohater to tylko pozory, a reżyser nie ma pojęcia, gdzie ustawić kamerę.
Krzysztof Bielejewski

Dodam do tego, że nie bardzo wiadomo, kto jest reżyserem.
@narciarz2
Przypuszczam, że „kręgi decyzyjne” Rosji to nie tylko Putin, a np.Chin to nie tylko Xi.
Ciężko „zwykłemu czlowiekowi” stwierdzić kto jest reżyserem jakiegoś procesu historycznego (pewnie to banał).
WENEZUELA: JAK PORWAĆ PAŃSTWO I NIE ZGUBIĆ WIZJI
Kiedy Donald Trump oznajmia światu, że USA „będą prowadzić Wenezuelę”, robi to z tą samą miną, z jaką ktoś oznajmia, że tymczasowo przejął twoje mieszkanie, lodówkę i żonę, bo miał wizję naprawy twojego stylu życia.
Pojmanie Nicolása Maduro? Cóż, można to nazwać szczytem sprawiedliwości… albo reality show z serii: „Kiedyś łowiliśmy ryby, dziś łowimy prezydentów”. Samo wydarzenie było tak legalne, jak ślub w Vegas po trzech tequilach – ale w świat poszła narracja: „robimy to dla dobra demokracji”.
Z niejasnych oparów pojęć i doktryn Trump wyciąga starą, odgrzaną w mikrofalówce Doktrynę Monroe, którą rozciąga jak gumę w starych gaciach. Zapomina tylko wspomnieć o „dodatku Roosevelta”, który zasadniczo brzmi: „Jeśli coś nam się nie podoba, wchodzimy. Czołgiem. Z logiem wolności.”
Tymczasem świat dyplomatyczny ma dylemat: czy to jeszcze interwencja, czy już marketing? ONZ obraduje, Twitter płonie, UE pije zioła na uspokojenie. Putin i Xi, dwaj panowie od wersji demo imperializmu, patrzą z niesmakiem. Nie dlatego, że zasady złamano. Tylko że to nie oni je złamali pierwsi.
Wenezuela? Znowu zredukowana do planszy, po której przesuwają się pionki – a między nimi tłum ludzi, który nie chce już ani królów, ani generałów, tylko prądu, wodę i coś więcej niż suchą bułkę na kartki.
CO DALEJ? SCENARIUSZE I PROGNOZY
USA jako tymczasowy zarządca – Wenezuela staje się projektem polityczno-biznesowym: zarządzana jak korporacja po przejęciu, z nowym zarządem i PR-owcem ds. demokracji. Trump już widzi siebie jako CEO Demokracji, a Departament Stanu jako dział HR.
Wybory – wersja z opuchlizną – Wersja optymistyczna: USA wspiera przeprowadzenie wolnych wyborów, a władzę przejmuje umiarkowana opozycja. Wersja realistyczna: wybory są, ale z katalogu IKEA – niby wszystko pasuje, ale nikt nie wie, gdzie włożyć śrubę G-34.
Chaos i rekonstrukcja Madurystanu – Siły lojalne byłemu prezydentowi nie znikają. Paramilitarne struktury, resztki reżimu i klientelizm rozkwitają jak chwasty po deszczu. Może być tak, że nowy rząd dostanie parlament, ale nie dostanie prądu.
KTO MOŻE RZĄDZIĆ? PRETENDENCI DO TRONU BEZ KORONY
W grze o władzę pojawiło się kilku graczy – mniej lub bardziej poważnych – ale wszyscy z ambicjami, planami i, co najważniejsze, kontaktami w odpowiednich ambasadach:
María Corina Machado – ikona opozycji, świeżo uhonorowana Pokojową Nagrodą Nobla. Niestrudzona, bezkompromisowa, medialna. Przypomina Thatcher na dietetycznej arepie. Jej atut to wiarygodność moralna i latami budowana sieć wsparcia społecznego. Minus? Dla niektórych – zbyt nieprzejednana.
Edmundo González Urrutia – kandydat kompromisu, którego nazwisko brzmi jak sekretarz akademicki, ale właśnie dlatego budzi zaufanie. Ma poparcie umiarkowanej opozycji i nie budzi alergii wśród zagranicznych partnerów. Idealny kandydat „przejściowy”, czyli taki, którego wszyscy mogą znieść przez jakiś czas.
Héctor Rodríguez – człowiek reżimu, ale młodszy, bardziej wyważony, trochę „Maduro-light”. Jeśli stary układ miałby szukać miękkiego lądowania, to pewnie z jego pomocą. Oczywiście, dla opozycji – to wilk w wegańskim futrze.
Juan Guaidó – polityczny deja vu. Był już „tymczasowym prezydentem”, ale stracił rozpęd. Może wrócić jako kandydat odkurzony i przyprószony popiołem, ale wciąż z rozpoznawalnym nazwiskiem. W tej grze każdy znany pionek to potencjalny asset.
Na dziś – żaden z nich nie ma w ręku wszystkich kart, ale stół już się rozstawia. Pytanie tylko: czy gracze będą grać według zasad, czy znowu wyciągną kastet spod marynarki?
GOSPODARKA: ROPA I GRACZE
Ropa to waluta konfliktu. USA chce ją eksportować, Chiny chcą zniżki, Putin chce się jeszcze wkręcić w handel, choćby przez tylną bramę. Mieszkańcy Wenezueli chcą tylko stabilności i więcej niż jednego posiłku dziennie – ale w tej grze brakuje im żetonów.
Jeśli dojdzie do stabilizacji politycznej i chociażby tymczasowego konsensusu, możliwy będzie:
powrót inwestycji zagranicznych,
stopniowa odbudowa sektora energetycznego,
transformacja instytucji publicznych (czytaj: czyszczenie po poprzednich rządach mopem, który się łamie).
Ale jeśli nie – kraj utknie między amerykańskim protektoratem a własnymi demonami.
PODSUMOWANIE Z NUTĄ CZARNEGO HUMORU
To nie jest początek końca. To sequel. Nikt go nie zamawiał, ale leci na ekranie i nie ma pilota.
Demokracja? Wciąż obecna. Ale w roli statysty. Z kneblem, na tle spalonego parlamentu, czeka, aż ktoś jej w końcu da głos – niekoniecznie przez megafon z logo ExxonMobil.
Będzie lepiej? Tak mówią. Tylko nie wiadomo – dla kogo.