26.09.2026
Artykuł „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji” (w SO z 01.09.26) ma świetny i bardzo obiecujący tytuł, sprawia wrażenie jakby to „państwo wiedzy” już tu było. Oczywiście, tekst szybko rozwiewa wątpliwości i przypomina o grzechu pierworodnym, czyli o wieloletnim braku długofalowej strategii rozwoju Polski. Artykuł stanowi ciekawą kontynuację rozważań w cyklu -„skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle”. No i co dalej z tym zrobić…
Autor przypomina, że „po 2004 r. nie sformułowano równie czytelnego jak wcześniejsze celu”, te dwa wcześniejsze to wejście do NATO i UE. W tym kontekście warto przypomnieć nieco szersze tło historyczne, a mianowicie, że wówczas już trzykrotnie w wyborach parlamentarnych (1997, 2001, 2005) stosowano ordynację proporcjonalną z wyliczeniem D’Hondt’a i już wtedy było widać, że nic dobrego to nie dało – ani społeczeństwu, ani krajowi – a tylko wzmocniło „partiokrację”. Do 3 razy sztuka – było dość czasu, żeby się ocknąć i zrozumieć, że partie funkcjonujące na bazie takiej ordynacji wyborczej biorą wszystko, ale nie oddadzą nic. Tak zostało i tak mamy, choć świat się zmienia i nie czeka.

Na szczęście (czy nieszczęście) dodatkowo, czyli od chwili wejścia do Unii Europejskiej, rozpoczęła się era obfitych kroplówek finansowych: Unia zaczęła intensywnie budować drogi, odnawiać miasta i miasteczka i nawet na samo oko zrobiło się ładniej i lepiej. To wzmocniło poczucie, że „jakoś to będzie”, a najlepiej bez wysiłku lub minimalnym kosztem. Partie polityczne zaczęły perfidnie wykorzystywać ten stan do budowania propagandowej gry złudzeń i pozorów.
***
W takiej atmosferze pod koniec pierwszej dekady XXI wieku podjęto próbę sformułowania tego kolejnego celu rozwojowego, tylko już nie w trybie „koniecznie”, a raczej – „na wygodnie”. W pracach nad pierwszą w tym stuleciu reformą NiSW dużo się mówiło o „gospodarce opartej na wiedzy”, bo przecież temat był w świecie znany od lat. Ale już wtedy uwierzono, że podobnie jak z tą Unią – najlepiej gdy ktoś to zrobi za nas… Łatwo udało się wmówić, że to właśnie informatyka wszystko za nas zrobi i sama nam stworzy tę „gospodarkę wiedzy”. Nie stworzyła. Podobnie jak teraz się wmawia, że wszystko zrobi za nas sztuczna inteligencja. Nie zrobi, bo nie ma produktowych mocy wytwórczych. Majętność narodowa wzrasta tylko i wyłącznie z rosnącej wartości podatków od sprzedanych produktów i usług. Najlepiej wysokomarżowych. Nie ma innowacji produktowych – nie ma większej wartości dodanej. Polski deficyt budżetowy rośnie karkołomnie, wszyscy wokół chcą czerpać z budżetu, a tam nie przybywa… Tę zależność poniżej (już wcześniej wskazywaną) warto pamiętać:

***
Jeżeli (idąc za autorem omawianego artykułu) trzecim celem strategicznym ciągle ma być Innowacyjna Polska, to potrzebne są prawdziwe odpowiedzi na trzy podstawowe pytania, które są kanwą każdego racjonalnego biznes planu:
– gdzie jesteśmy,
– gdzie chcemy być,
– jak tam dojść…
Odpowiedzi na dwa pierwsze pytania wymagają stosowania przejrzystych i niezmanipulowanych wskaźników makroekonomicznych, porównywalnych z resztą świata. Odpowiedź na trzecie wymaga utworzenia długoterminowej MAPY DROGOWEJ z okresowymi KAMIENIAMI MILOWYMI, również w postaci zestawu konkretnych i wymiernych parametrów makroekonomicznych (co, do kiedy i za ile), z których musi być rozliczana każda ekipa polityczna.
Jeżeli trzecim celem strategicznym ciągle ma być „Innowacyjna Polska”, to prawdziwe (czyli bez kitu propagandowego) punkty wyjścia („gdzie jesteśmy”) na dzisiaj są takie:
40. miejsce w World Innovation Index.
Dla porównania – aktualnie 3. miejsce – Chiny, 10. miejsce – Korea Południowa.
76. miejsce w świecie (na 165 badanych…) w rankingu wolności gospodarczej w 2023 r. (Frazier Institute).
Dane wskazują, że to głównie z powodu przerostu administracji i nadmiaru regulacji, często mętnych i sprzecznych.
52. miejsce w świecie (obok Kuby) w rankingu korupcji.
Korupcja to wrodzona (dziedziczna) cecha centralizmu.
30. miejsce (przedostatnie) wśród krajów OECD w testach umiejętności dorosłych PIAAC.
I to przy największej na świecie liczbie magistrów na milion mieszkańców…
30. miejsce w Europie (przedostatnie) w ilości patentów na milion mieszkańców/rok.
To ostatnie, by pozostać już w samej Europie i nie dać się zwieść manipulacjom typu PPP, itp.
Niska innowacyjność gospodarki to nie chwilowy wypadek przy pracy. To matematyczna kumulacja wieloletnich iluzji politycznych, błędów budowania otoczenia systemowego i błędów (centralnego) planowania rozwoju kapitału ludzkiego. Więc kiedy dalej chcemy mówić o innowacyjnej gospodarce i o konkretnych celach („gdzie chcemy być”), w postaci mierzalnych parametrów, to nie można się wymawiać i oglądać na słabszych, a trzeba się trzymać „realu” i niezbitych faktów. A fakty są takie:
– około 1990 r. Korea Południowa miała dochód narodowy na jednego mieszkańca (ok. 6000 USD) – o połowę mniejszy niż Polska (ok. 11000 USD).
– w 2023 roku PKB Korei Płd. (1713 mld USD) już był ponad dwukrotnie wyższy (!!!…) niż polski (809 mld USD). Innowacyjna gospodarka Korei Południowej jest dzisiaj dwunastą siłą ekonomiczną świata.
***
Wprawdzie w dużo trudniejszych okolicznościach, bo w 1982 r., Stefan Kisielewski przestrzegał:
„to, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”…
Ta prawda wydaje się zachowywać uniwersalną wartość w każdym czasie i potwierdza, że w żadnej chwili nie można poddawać się oszukańczej propagandzie politycznej.
***
Wcześniejszy (sprzed miesiąca) artykuł z tego cyklu pt: „Czy radykalne centrum wyprowadzi nas z Magdalenki?” (w SO 22.08.26) bardzo skrótowo wypunktował najważniejsze, dobrze w świecie znane i potwierdzone uwarunkowania społeczno-polityczne niezbędne dla funkcjonowania samodzielnego myślenia, kreatywności i inicjatywy, czyli bazy kapitału ludzkiego dla „gospodarki opartej na wiedzy”. To nie są żadne wyidealizowane marzenia czy utopijne recepty na odległą przyszłość. To warunki i parametry niezbędne TU I TERZ – w pełnym wymiarze – JUŻ DZIŚ, by w ogóle mówić o dotrzymaniu kroku w rozwoju gospodarczym, nie o żadnym doganianiu czy przeganianiu. Wszyscy kibice sportowi dobrze wiedzą, że nigdy nie dogoni się żadnego peletonu zwalniając biegu, czy w ogóle kulejąc…

Powracając na takim tle do skądinąd ciekawej i wspartej głosami komentatorów dyskusji podjętej w artykule „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji”, dochodzi się do przekonania, że zawarte w nim propozycje ustrojowe (wynikające z doświadczeń a chyba w większości z dobrej woli) mogą budzić istotne wątpliwości, bo każda z nich może prowadzić do spowolnienia procesów rozwojowych. Ale po kolei…
Krok w dobrą stronę: zmiana metody wyboru Prezydenta RP
W pełni przekonującą i dojrzałą propozycją ustrojową w tym artykule jest zmiana metody wyboru Prezydenta RP na rzecz wyboru przez Zgromadzenie Narodowe. Słusznie zauważono, że czasochłonny i kosztowny, dotychczasowy wybór powszechny stworzony był na inne czasy, a teraz rodzi bezsensowne spory kompetencyjne i destabilizuje rządy, nic dobrego nie wnosząc do rozwoju. Sprowadzenie roli prezydenta do reprezentowania państwa, czuwania nad ciągłością instytucji i wykonywania czynności formalnych pozwoli na sprawniejsze funkcjonowanie przyjętego modelu parlamentarno-gabinetowego.
Decentralizacja: nadmiar dobrej woli a brak konkretów wykonawczych
Dużo słabiej prezentują się niezbyt przejrzyście przedstawione postulaty tak nazwanej „głębokiej decentralizacji”, która miałaby być w jakiś sposób lepsza od skutecznej federalizacji. Postulaty te opierają się prawie wyłącznie na życzeniach i nadmiarze dobrej woli. Autor niemal wyciska łzy wzruszenia kiedy proponuje, by „gminy, powiaty i województwa
DOSTAWAŁY „trwałe dochody własne”.
(Od kogo i kiedy coś DOSTANĄ, skoro prawo nie wymusza własnych budżetów regionalnych?)
Podobnie – regiony WSPÓŁTWORZĄ politykę… (???…)
Albo – państwo OGRANICZA podwójną administrację.
(Samo?… Na przykład co – zlikwiduje urzędy wojewódzkie?…).
Takie postulaty to nic innego jak zestaw ładnie brzmiących haseł pozbawionych pragmatycznych szczegółów osadzonych w modelu prawnym. Potrzebny tu powrót do źródeł – model J.J. Rousseau vs J. Locke, i analiza porównawcza licznych przykładów… Centralizm w swej naturze jest nakazowo-kontrolnym systemem opresyjnym, który jeśli do czegoś prawdziwie dąży, to tylko do zwiększenia kontroli, powiązań (i zależności) oraz wpływów (czyli przychodów) polityków i akolitów czerpiących z systemu. Każda forma centralizmu, choćby tylko pół-centralizmu, tłumi samodzielne myślenie i inicjatywę obywateli, produkuje pozorną sprawozdawczość i korupcję urzędników, a najgorsze co robi, to pobudza negatywną selekcję kadr (model BMW…).
Autor zupełnie milczy o konkretnych mechanizmach finansowych ani nawet nie podaje przykładów, że – gdzieś, ktoś, kiedyś – z samej tylko dobrej woli oddał część władzy, czyli wpływów, czyli przychodów. Kiedy nawet tutejsze media donoszą – tam jest pełno NASZYCH…
Bez konkretów prawnych tak opisywana decentralizacja pozostaje tylko w sferze życzeniowych deklaracji. A przecież nie musi, bo przy całej ociężałości kontynentalnego modelu prawnego nie wyklucza on skuteczniejszego i dużo tańszego federalnego systemu zarządzania państwem, którego funkcjonalność potwierdzają znane od dawna przykłady.
Zbyt słaby model zmian ordynacji wyborczej
Autor artykułu „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji” dostrzega patologię partyjnej kontroli nad reprezentacją parlamentarną i czuje potrzebę związania posła z wyborcą bardziej niż z kierownictwem partii. Jednak propozycja, by połowa posłów była wybierana w okręgach jednomandatowych, a ostateczny podział mandatów zależał przede wszystkim od głosu partyjnego dla zachowania proporcjonalności w modelu mieszanym MMP, to zbyt słaby i ułomny kompromis. Taki model w żaden sposób nie ogranicza wszechwładzy partii nad wyborcą i nie eliminuje negatywnej selekcji kadry politycznej. Partie polityczne nadal będą kontrolować listy regionalne i proces nominacji kandydatów, co sprawi, że system mieszany w modelu MMP jedynie zakonserwuje dominację partyjnych oligarchii lokalnych i krajowych.

Nie wskazano żadnych powodów, by głosom partyjnym już z założenia oddawać połowę mandatów parlamentarnych, co trochę przypomina słynne już negocjacje S. Witkoff’a z W. Putinem… W praktyce system MMP działa słabo, bo pojawiają się problemy odpisów, mandatów nadwieszonych i wyrównawczych i zamiast 300 posłów nagle możemy się obudzić się z sześciu setkami z ręką w naszej kieszeni a głosem zależnym wyłącznie od wodza. Jak się wplączemy (czy pozwolimy prawnikom partyjnym wplątać nas) w medytacje nad takimi opcjami (drobnym drukiem w przypisach do modelu MMP) to nigdy z takiego bałaganu nie wyjdziemy.
Gdy w ogóle rozważać jakieś opcje ordynacji mieszanej, to bezpieczniejszą dla wyborców metodą jest model mieszany większościowy (MMM) ze sztywnym udziałem mandatów partyjnych w parlamencie (np. nie więcej niż 15%). Taki system wyborczy skutecznie działa w Korei Południowej (50 mln mieszk.). Tam, na 300 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym, 254 posłów wybiera się w jednomandatowych okręgach wyborczych w ordynacji większościowej, a 46 posłów wchodzi do parlamentu z ogólnokrajowych list partyjnych według ordynacji proporcjonalnej i po osiągnięciu przez partie progów wyborczych. Więcej posłów partyjnych nie trzeba, przy jednoczesnym ścisłym przestrzeganiu w wyborach zasad konfliktu interesu, które tu ciągle budzą wątpliwości…
Efektywność parlamentu można polepszyć i jednocześnie można też uzyskać kompensację mandatów dla mniejszych ugrupowań choćby przez wprowadzenie wyższych progów (np. z 8 do 10%) dla bloków zamiast kłótliwych, wielopartyjnych koalicji. Bloki muszą mieć programy uzgodnione przed wyborami i nie marnują czasu na targi koalicyjne i nijakie kompromisy w trakcie kadencji parlamentu. Możliwe, że debatując dalej nad wyższością włoskiego Rosatellum nad Porcellum (czy odwrotnie…), dojdziemy jednak do prostego kanadyjskiego FPTP, gdzie oddaje się jeden glos, a na kartach wyborczych oprócz nazwiska kandydata widnieje też jego afiliacja polityczna. Dwa w jednym, i znowu z kosztami wygrywa reguła „KISS” = Keep It Simple, St..d…
***
Przy tej okazji pojawia się częściowa odpowiedź na inne pytanie Autora: jak sprawić, aby społeczeństwo tego zażądało? …
Chyba lepiej zgodzić się z faktem, że społeczeństwo nie ma potrzeby i długo nie będzie mieć głębokiej wiedzy systemowej. Szczególnie – na tyle głębokiej, by wnikać w detale różnic pomiędzy metodami głosowania FPTP, MMP, czy MMM … Wśród wielu możliwych wariantów odpowiedzi, chyba dużo ważniejsze może być przesunięcie dnia wyborów (wszelkich) na sobotę:

Komu potrzebne powołanie kolejnego „sądu” i urzędu…
Przedstawiona na koniec artykułu wizja dodatkowej reformy sądownictwa konstytucyjnego w kierunku dalszego skomplikowania aparatu państwowego wręcz budzi przerażenie, a C.N. Parkinson pewnie mógłby się przewrócić w grobie…. Zamiast upraszczania struktur w państwie już trawionym przez chorobliwy przerost administracji i biurokracji, Autor proponuje utworzenie nowego sądu a do tego jeszcze kolejnego urzędu kontrolnego. Litości!!!… Generowanie kolejnego szczebla urzędniczego przeczy idei sprawnego państwa. Raczej przemodelowania wymagają reguły i mechanizmy odpowiedzialności indywidualnej (vide: Anastazy Jastrzębski: „Elity” — słowo bez adresu” SO, 13.09.2026) oraz masowa redukcja ilości stanowisk i szczebli zarządzania.
Już W 2008 r. ś.p. profesor Stanisław Gomułka (który nie mylił się w ocenach) zaproponował plan redukcji administracji państwowej o 10% rocznie. Nie zdążył tego wdrożyć nawet w jednym roku, bo ówczesny (ale i obecny) premier usunął go z funkcji wiceministra finansów. A wtedy administracja publiczna liczyła około pół miliona zatrudnionych, teraz liczy milion (niektórzy oceniają, że nawet więcej, z całą informatyzacją i wsparciem AI…). Tajemnica tego przyrostu może być prosta – dla partii politycznych w bizantyjskim państwie centralistycznym administracja to nie pomoc w sprawnym zarządzaniu, tylko ważna cześć elektoratu. Pytanie – ile tego trzeba, żebyśmy wreszcie się udławili i zaczęli stosować znane od dawna reguły „lean and mean”?…
Podsumowując
O ile publicystyczna diagnoza artykułu dotycząca braku długofalowych celów strategicznych jest trafna, o tyle propozycje ustrojowe budzą obawy, bo ciągle nie przybliżają wizji taniego i sprawnego państwa wspierającego innowacyjne inicjatywy obywateli. Można zrozumieć intencje Autora, starającego się jakoś (jak najmniej konfliktowo) wmontować potrzeby zmian w istniejące ramy konstytucyjne. Miejscami to wygląda jednak na niewykonalne.

Można zatem postawić zasadnicze pytanie – czy warto naginać życie do niezbyt funkcjonalnej konstytucji, czy raczej trzeba przemodelować ten dokument tak, by dostosować go do wymogów czasu, a przy tej okazji uporządkować i uprościć wiele praw pochodnych, także wymagających remontu?…
Krzysztof J. Konsztowicz
inżynier, re-emigrant, emerytowany nauczyciel akademicki

Cieszę się, ze wracamy do merytorycznych rozważań o polskiej rzeczywistości. Tekst ad rem a nie ad personam czyta się z prawdziwa intelektualna satysfakcja.
Szanowny Panie Profesorze,
Dziękuję za ten podsumowujący wpis. Satysfakcja czytelnika jest satysfakcją autora. Jest nadzieja, że obydwaj doczekają satysfakcji jako obywatele… Z poważaniem. K
Szanowny Panie Profesorze,
dziękuję za uważną, merytoryczną i — co dla mnie szczególnie cenne — polemiczną lekturę mojego tekstu „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji”. Nie chcę jeszcze przesądzać o ocenie całości Pańskiego artykułu, ponieważ wymaga on spokojnego namysłu oraz odpowiedzi nie w trybie doraźnej repliki, lecz rzeczowej dyskusji.
Pańskie propozycje — zwłaszcza dotyczące rzeczywistej decentralizacji, mechanizmów finansowych samorządu, ograniczenia partyjnej dominacji w wyborach oraz upraszczania struktur państwa — są na tyle poważne, że muszę je uważnie przemyśleć. Różnimy się zapewne w ocenie niektórych instrumentów, przede wszystkim modelu ordynacji wyborczej i zakresu zmian ustrojowych. Stawia Pan jednak pytania, których nie wolno zbyć ani ogólnikową deklaracją, ani samym przywiązaniem do obecnych rozwiązań.
Serdecznie pozdrawiam – Sławek
Przekonanie że politycy nie wiedzą lub nie zdają sobie sprawy w jakim kierunku winien podążać rozwój kraju przedstawiony w tym i poprzednich artykułach jest co najmniej naiwne, nie traktujmy polityków jak idiotów. Należy raczej poszukać odpowiedzi dlaczego politycy realizują swoje a nie nasze obywateli interesy. Tutaj wydaje się że to sam system władzy politycznej sprzyja takim postawom polityków niejako promuje ich za takie działania dlatego nie podejmują trudnych wyzwań bo takie działania w obecnym systemie politycznej władzy nie dadzą im premii. Więc co robić. To co autor podsumował w ostatnim zdaniu: przemodelować caly system władzy , tak aby zaczął służyć obywatelom a nie kolejnym kastom polityków.
@ KRZYSIEK (27.09.2026)
Szanowny Imienniku,
Nie ma mowy o naiwności. Ten artykuł, poprzedni i wiele innych traktują o systemowych metodach selekcji pozytywnej, zapobiegających formowaniu szkodliwych kategorii w tej sferze życia publicznego. Jest wiele rozwiązań, niekoniecznie radykalnych ale jednak wymagających presji społecznej. Nie można być naiwnym i liczyć, że ktoś coś odda z dobrej woli. Pisałem o tym w SO przed wyborami w 2023 r (Krzysztof J. Konsztowicz: Protest przeciwko … partiom opozycyjnym – Studio Opinii), i nic… Z punktu widzenia rozwoju to kolejne lata stracone „na wolnym biegu”… A świat nie czeka…
Tak, to prawda ten tekst to dobra analiza tego co jest z propozycjami co zrobić by stało się to o czym autor pisze.
I tu jest problem – zmiana modelu władzy i wyznaczanie celów państwa są pochodną gry politycznej ludzi „robiących „politykę. Wielka zmiana jaka w Polsce miała miejsce w 90 tych latach nastąpiła po dramatycznych przesileniach jakie mieliśmy w Polsce ale i w całym bloku. Działa się historia a to nie zdarza się często a tym bardziej nie zależy od argumentów i analiz takich jak ta wyżej.
Nie można zadekretować przemodelowania całego systemu władzy, takie zmiany są rezultatem procesów i okoliczności stwarzających warunki do rewolucji Rewolucja to moment historyczny a nie najlepiej nawet napisany tekst publicystyczny
Szanowny Zbigniewie,
po wielu burzliwych latach ledwo udało się ustabilizować życie i zamieszkać w domu, kiedy do jego drzwi zapukał gość, który uprzejmie przedstawił się jako sprzedawca nagrobków. Byłem oburzony – jak to, dopiero się wprowadziłem, a już mam myśleć o nagrobku – i wygoniłem go od drzwi. Wielokrotnie potem życie przekonało, że miał rację, kiedy mówił: „lepiej być przygotowanym i niezaskoczonym, niż zaskoczonym i nieprzygotowanym”… Pozdrawiam. K
Szanowny Panie Sławku,
dziękuję za ten wstępny komentarz i oczywiście będę wyczekiwał na dalszy ciąg.
Kiedy Pan pisze o „przywiązankach do obecnych rozwiązań” oraz w kontekście faktów dotyczących „różnych prędkości”, warto mieć na uwadze formułę opisaną przez Brian’a Tracy: „złe nawyki są łatwe do wyuczenia ale trudno z nimi żyć; dobre nawyki są trudne do wyuczenia, ale łatwo z nimi żyć”… Pozdrawiam. K
Jako „specjalista od konkretów ogólnych” pragnę zwrócić uwagę, że ( nie znam dokładnie historii gospodarczej Korei Płd. i Japonii ) w obydwóch krajach rządy prowadziły aktywną politykę gospodarczą. W wyniku tego zbudowano JAPOŃSKIE i KOREAŃSKIE firmy o zasięgu ogólnoświatowym. Szczypta nacjonalizmu ( patriotyzmu gospodarczego) jest więc niezbędna, aby nie być montownią zagranicznych produktów. Jest to nawiązanie do modnego na początku transformacji hasła, że PAŃSTWO nie powinno wtrącać się do gospodarki, gdyż wszystko załatwią zagraniczne koncerny, byle tylko miały niskie podatki, a najlepiej , aby wcale ich musiały płacić. Do tego powstało kilkaset wyższych szkół tańca i różańca, gdyż koszty ich funkcjonowania były niskie, a zarobki właścicieli przyzwoite. Chyba nie powstała żadna prywatna wyższa szkoła techniczna o znaczącym dorobku. Identycznie jest chyba z wyższymi szkołami medycznymi. Zarówno studia medyczne, jak i politechniczne wymagają dużych nakładów, a zysk dla właścicieli niepewny. Proszę także pamiętać o zapowiedzi, że Polska stanie się potęgą w biblistyce. I nie ma co się śmiać, gdyż za tym poszły duże pieniądze na ten zbożny cel. Od lat słyszę, że mamy za dużo przepisów, które krępują ręce zarówno przedsiębiorcom, jak i zwykłym obywatelom. Już kilka razy słyszałem przedwyborcze zapowiedzi ukrócenia biurokracji. Kończyło się na zapowiedziach. A po wyborach radosna twórczość ustawodawców trwała w najlepsze. Kiedyś w „EKG” w Tok.fm szefowa kancelarii przeczytała przepis z ustawy. Nikt z obecnych w studiu nie wiedział o co w nim chodzi.
Szanowny Panie Profesorze,
przeczytałem Pański tekst z uwagą — nie jest to polemika dla samej polemiki. Stawia Pan sprawę zasadniczo: jeżeli mówimy o innowacyjnej Polsce, musimy wreszcie wyjść poza rytuał ogólnych haseł i uczciwie odpowiedzieć na pytania: gdzie jesteśmy, dokąd chcemy dojść i jakimi środkami mamy to osiągnąć.
Bardzo trafia do mnie Pański postulat, by strategię rozwoju państwa traktować jak poważny biznesplan. Powinna ona zawierać nie tylko atrakcyjną wizję, lecz również mierzalne cele, harmonogram działań, wskazanie odpowiedzialnych instytucji, źródeł finansowania i kamieni milowych. Dopóki kolejne ekipy mogą mówić o „modernizacji”, „innowacyjności” czy „doganianiu Zachodu” bez określenia konkretnych parametrów i bez realnej odpowiedzialności za wynik, dopóty pozostajemy w sferze politycznego marketingu.
Przez ponad 30 lat zajmowałem się współpracą w zakresie planowania strategicznego przedsiębiorstw, a także organizacji publicznych, stąd tworzenie biznesplanów jest mi szczególnie bliskie. Powiem jednak, że w swoim tekście celowo oddzieliłem zagadnienie modelu pożądanego — weberowskiego modelu idealnego — od zagadnienia jego implementacji. Obawiałem się, że połączenie wizji modelu z zasadami jego wdrożenia nadmiernie skomplikuje obraz, a ponadto uczyni tekst publicystyczny mniej komunikatywnym, a także nieznośnie długim dla odbiorców.
Ma Pan oczywiście rację, gdy przypomina, że ani fundusze europejskie, ani informatyzacja, ani dzisiejsza fascynacja sztuczną inteligencją nie załatwią za nas podstawowego problemu. Mogą pomagać, przyspieszać procesy i poprawiać sprawność działania, ale same nie stworzą gospodarki zdolnej do trwałego wytwarzania wysokiej wartości dodanej. Bez własnych produktów, technologii, silnych przedsiębiorstw, kapitału oraz kompetencji organizacyjnych będziemy przede wszystkim rynkiem zbytu, podwykonawcą lub odbiorcą cudzych rozwiązań — nawet jeśli będziemy przy tym dobrze skomunikowani, cyfrowi i europejsko dofinansowani.
Szczególnie ważne są Pańskie pytania o decentralizację. W moim tekście akcentowałem potrzebę przesunięcia części realnej sprawczości bliżej obywateli i regionów, ale słusznie domaga się Pan odpowiedzi: jakie konkretnie kompetencje miałyby zostać przekazane, wraz z jakimi dochodami i w jakiej formule odpowiedzialności. Bez tego decentralizacja może łatwo stać się wyłącznie hasłem, a samorządy pozostać wykonawcami zadań zleconych przez centrum, zależnymi od transferów, dotacji i bieżącej łaski administracji rządowej.
Kiedy pisałem o trwałych dochodach własnych, nie miałem na myśli kolejnych uznaniowych subwencji przekazywanych samorządom przez władzę centralną. Chodziło mi o ustawowo zagwarantowany i przewidywalny udział gmin, powiatów oraz województw w dochodach podatkowych, uzupełniony prawem do kształtowania — w określonych granicach — części dochodów lokalnych. Tylko taki mechanizm pozwala planować inwestycje, politykę edukacyjną, transportową, mieszkaniową czy innowacyjną w perspektywie dłuższej niż jeden rok budżetowy.
Równie ważne byłoby ścisłe powiązanie przekazywanych zadań z adekwatnym finansowaniem. Państwo nie powinno nadal przerzucać na samorządy obowiązków bez przekazania środków wystarczających do ich wykonania. Rząd powinien określać standardy, chronić równość dostępu do podstawowych usług publicznych i prowadzić politykę wyrównywania szans między regionami. Nie powinien natomiast zarządzać z Warszawy każdą szkołą, lokalną inwestycją, ofertą kształcenia zawodowego ani szczegółami regionalnej polityki gospodarczej.
Właśnie w tym sensie pisałem, że regiony powinny współtworzyć politykę edukacyjną, zawodową, transportową i innowacyjną. Nie oznacza to rozbijania państwa ani likwidacji wspólnych standardów. Oznacza uznanie, że inne są potrzeby gospodarcze Śląska, Pomorza, Wielkopolski, Łodzi czy Podkarpacia i że rząd nie jest w stanie skutecznie projektować ich rozwoju z jednego centralnego biurka.
Pańska krytyka słusznie przypomina, że taka decentralizacja wymaga dopracowania modelu prawnego i finansowego. W moim tekście celowo ograniczyłem się do przedstawienia kierunku zmian; pełna odpowiedź musiałaby już obejmować ustawowy podział kompetencji, system dochodów własnych, mechanizmy wyrównawcze oraz zasady odpowiedzialności samorządów za wydawane środki. To jest niewątpliwie jeden z tematów wymagających dalszych, znacznie bardziej szczegółowych propozycji.
Podobnie jest z ordynacją wyborczą. Łączy nas przekonanie, że obecny system zbyt słabo wiąże posła z wyborcą, a zbyt silnie z partyjnym kierownictwem. Różnimy się zapewne w ocenie najlepszego lekarstwa. Ja szukałem rozwiązania, które łączyłoby osobistą odpowiedzialność posła przed wyborcami w okręgu z zachowaniem reprezentatywności wyniku wyborczego. Pan mocniej akcentuje potrzebę przełamania partyjnej kontroli nad procesem nominacji. Jest to jednak różnica dotycząca nie tylko instrumentu, ale także samej diagnozy.
Nie chciałem bronić obecnej pozycji partii ani pozostawić im prawa do układania list i wskazywania kandydatów według niejawnych kryteriów aparatu. Przeciwnie: system mieszany powinien być połączony z otwartymi listami, jawnymi zasadami nominacji, większym wpływem członków partii na wybór kandydatów, pełną jawnością finansowania oraz realnymi sankcjami za łamanie prawa wyborczego. Chodzi o to, by partia przestała być prywatnym folwarkiem kierownictwa, lecz zarazem pozostała organizacją zdolną przedstawiać wyborcom program, ludzi i odpowiedzialność za rządzenie.
Mam jednak istotne wątpliwości, czy całkowite pozbawienie partii politycznych wpływu na nominacje nie stworzy poważnego problemu dla możliwości sprawnego rządzenia państwem. W skrajnym wariancie parlament mógłby zostać złożony z kilkuset niezależnych posłów i senatorów, niezdolnych do wyłonienia trwałej większości, utworzenia odpowiedzialnego rządu ani uzgadniania koniecznych decyzji. Reprezentacja społeczna powinna być możliwie szeroka, ale państwo potrzebuje zarazem mechanizmu tworzenia większości, ścierania się programów i zawierania kompromisów.
Nie chodzi więc o utrzymanie partiokracji, lecz o jej ograniczenie i cywilizowanie. Partia powinna być narzędziem artykulacji interesów społecznych, tworzenia programów i brania odpowiedzialności za władzę, a nie mechanizmem samoodtwarzania zamkniętej kasty. W moim zamyśle mandat okręgowy wzmacniałby odpowiedzialność osobistą posła przed wyborcami, natomiast część proporcjonalna chroniłaby przed sytuacją, w której znaczna część głosów obywateli nie znajduje żadnego odzwierciedlenia w składzie Sejmu.
Polska tradycja polityczna pokazuje, że wolność od dyscypliny i zdolność do wspólnego działania nie zawsze idą w parze. Upadek I Rzeczypospolitej, a następnie kryzys parlamentarny II RP, powinny być tu przestrogą — choć oczywiście majowy zamach stanu z 1926 roku nie był skutecznym lekarstwem, lecz stworzył problem innego, równie groźnego rodzaju. Potrzebujemy więc nie parlamentu złożonego z bezwolnych wykonawców woli partyjnych wodzów, ale także nie zbioru politycznych samotnych wysp, które nie potrafią utworzyć odpowiedzialnej większości.
Przekonująca jest też Pańska nieufność wobec odruchu tworzenia kolejnych instytucji kontrolnych, nowych urzędów i dodatkowych szczebli administracji. Państwo nie staje się sprawniejsze tylko dlatego, że powstają nowe struktury, stanowiska i procedury. Często potrzebuje raczej mniej nakładających się kompetencji, prostszych przepisów, jawnego przypisania odpowiedzialności oraz rzeczywistych konsekwencji za decyzje złe, opóźnione albo nieuczciwe. W tym sensie Pańskie przypomnienie reguły „lean and mean” jest bardzo na miejscu.
Mój postulat dotyczący Sądu Konstytucyjnego i Urzędu Ochrony Konstytucji miał charakter szczególny. Nie wynikał z przekonania, że każdy problem państwa rozwiązuje się przez powołanie nowego urzędu. Wychodziłem z założenia, że obecna formuła Trybunału Konstytucyjnego została w ostatnich jedenastu latach tak głęboko zdyskredytowana, iż jej proste odtworzenie w dotychczasowym kształcie jest niewystarczające.
Sąd Konstytucyjny, powołany według nowej formuły, miałby przywrócić autorytet i rzeczywistą niezależność kontroli konstytucyjnej. W mojej propozycji sędziowie byliby wybierani w jawnej procedurze, większością wymagającą porozumienia ponadpartyjnego, na długie, jednorazowe i rotacyjnie odnawiane kadencje. Chodziłoby o to, by żadna chwilowa większość parlamentarna nie mogła przejąć całej kontroli nad sądem konstytucyjnym.
Urząd Ochrony Konstytucji nie miałby być kolejnym szczeblem władzy ani biurokratycznym imperium. Nie byłby tajną policją, prokuraturą ani organem uprawnionym do samodzielnego ingerowania w politykę. Jego rola ograniczałaby się do analizy ryzyka naruszeń Konstytucji, żądania od władz publicznych dokumentów i wyjaśnień, publikowania raportów oraz kierowania spraw do Sądu Konstytucyjnego. Decyzja należałaby wyłącznie do Sądu.
Można oczywiście dyskutować, czy taką funkcję powinien wykonywać odrębny urząd, czy raczej profesjonalne biuro analityczne działające przy Sądzie Konstytucyjnym. Przyjmuję Pańską wątpliwość: forma organizacyjna nie może przeczyć potrzebie odchudzania państwa. Pozostaję jednak przy przekonaniu, że po doświadczeniach ostatnich lat potrzebujemy sprawnej, niezależnej i szybkiej kontroli zgodności działań władz z ustawą zasadniczą. Bez niej każda kolejna większość może znów potraktować Konstytucję jako przeszkodę, którą wystarczy obejść uchwałą, ustawą albo wymianą osób w instytucjach.
Pańska polemika dobrze rozwija tematykę, która była także przedmiotem rozważań w moim artykule. Nie pozwala zatrzymać się na samej potrzebie państwa wspierającego wiedzę i innowację, lecz prowadzi dalej — do pytania o taki ustrój, takie mechanizmy finansowe i taki model reprezentacji politycznej, które nie będą tłumiły wiedzy, inicjatywy oraz odpowiedzialności obywatelskiej.
Nie we wszystkich punktach podzielam Pańskie rozwiązania, podobnie jak zapewne Pan nie podziela wszystkich moich obaw. Tym bardziej cenne jest to, że rozmawiamy nie o doraźnych interesach partyjnych, lecz o mechanizmach, które mają decydować o zdolności Polski do rozwoju przez następne dziesięciolecia. Pański tekst wnosi do tej debaty wiele konkretu, pożytecznego niepokoju i pytań, których nie należy odkładać na później.
Serdecznie pozdrawiam
Sławek
Szanowny Panie Sławku,
Dziękuję za ten obszerny komentarz, który przeczytałem z uwagą po pewnym okresie nieobecności w sieci, co również dobrze robi na trawienie.
Jak Pan wie, nie jestem specjalistą w zakresie organizacji państwa ani też w żadnej dziedzinie prawa. Jestem użytkownikiem – pracownikiem i obywatelem, z doświadczeniami życia i pracy na kilku kontynentach. Wiem co działa i co nie działa z punktu widzenia wykonawcy, a tam gdzie trzeba, zwykła dociekliwość pozwala mi zrozumieć dlaczego dzieje się tak a nie inaczej.
Wiem też, że na każdy poruszany w SO przez nas (i innych) temat jest masa indeksowanych publikacji naukowych, pisanych przez poważnych ekspertów międzynarodowych, do których można mieć zaufanie i należy się odwołać w razie potrzeby. Dla przykładu, w zakresie ordynacji wyborczej, w swoich tekstach (i komentarzach pod) odwoływałem się do prac profesora K. Ciesielskiego z UJ oraz profesora M.M. Kamińskiego z University of California (Irvine), wykładającego też w Akademii Koźmińskiego. Odnośniki można znaleźć w:
Krzysztof J. Konsztowicz: Ordynacja Proporcjonalna = Paradoksalna – Studio Opinii, 25.04.2023
Krzysztof J. Konsztowicz: Protest przeciwko … partiom opozycyjnym – Studio Opinii 04.09.2023
Krzysztof J. Konsztowicz: Gra w numerki – Studio Opinii 10.04.24
Można polecić tych specjalistów gdyby Pan chciał poświęcić więcej czasu na głębsze studia nad ordynacją wyborczą.
Gotowe przykłady funkcjonalności legislacyjnej wielu krajów o dużo sprawniejszej organizacji państwowej istnieją już od dawna i są znane., choć jest wrażenie, że nie powszechnie. Na wszystkie te tematy jest wiele pozycji bibliograficznych, więc na szczęście nie trzeba wymyślać nowej kwadratury koła ani lepszego prochu, wystarczy bacznie śledzić to co jest dostępne. I nie pozwolić lokalnym „specjalsom” na zmętnienie, zmącenie, rozcieńczenie czy inne manipulacje. O takich przykładach ostatnio (08.10.26) mówi w wywiadzie dla Onetu prezes firmy Maspex, dr inż. Krzysztof Pawiński: „System kaucyjny ma się zmienić. Maspex apeluje do rządu”.
Wydaje się, ze do niektórych działań niektórych polskich prawników tworzących przepisy można zastosować maksymę A. Einsteina o tłumaczeniu trudnych rzeczy: „jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”…
Pozdrawiam jesiennie,
inżynier KJK