26.09.2026
Artykuł „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji” (w SO z 01.09.26) ma świetny i bardzo obiecujący tytuł, sprawia wrażenie jakby to „państwo wiedzy” już tu było. Oczywiście, tekst szybko rozwiewa wątpliwości i przypomina o grzechu pierworodnym, czyli o wieloletnim braku długofalowej strategii rozwoju Polski. Artykuł stanowi ciekawą kontynuację rozważań w cyklu -„skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle”. No i co dalej z tym zrobić…
Autor przypomina, że „po 2004 r. nie sformułowano równie czytelnego jak wcześniejsze celu”, te dwa wcześniejsze to wejście do NATO i UE. W tym kontekście warto przypomnieć nieco szersze tło historyczne, a mianowicie, że wówczas już trzykrotnie w wyborach parlamentarnych (1997, 2001, 2005) stosowano ordynację proporcjonalną z wyliczeniem D’Hondt’a i już wtedy było widać, że nic dobrego to nie dało – ani społeczeństwu, ani krajowi – a tylko wzmocniło „partiokrację”. Do 3 razy sztuka – było dość czasu, żeby się ocknąć i zrozumieć, że partie funkcjonujące na bazie takiej ordynacji wyborczej biorą wszystko, ale nie oddadzą nic. Tak zostało i tak mamy, choć świat się zmienia i nie czeka.

Na szczęście (czy nieszczęście) dodatkowo, czyli od chwili wejścia do Unii Europejskiej, rozpoczęła się era obfitych kroplówek finansowych: Unia zaczęła intensywnie budować drogi, odnawiać miasta i miasteczka i nawet na samo oko zrobiło się ładniej i lepiej. To wzmocniło poczucie, że „jakoś to będzie”, a najlepiej bez wysiłku lub minimalnym kosztem. Partie polityczne zaczęły perfidnie wykorzystywać ten stan do budowania propagandowej gry złudzeń i pozorów.
***
W takiej atmosferze pod koniec pierwszej dekady XXI wieku podjęto próbę sformułowania tego kolejnego celu rozwojowego, tylko już nie w trybie „koniecznie”, a raczej – „na wygodnie”. W pracach nad pierwszą w tym stuleciu reformą NiSW dużo się mówiło o „gospodarce opartej na wiedzy”, bo przecież temat był w świecie znany od lat. Ale już wtedy uwierzono, że podobnie jak z tą Unią – najlepiej gdy ktoś to zrobi za nas… Łatwo udało się wmówić, że to właśnie informatyka wszystko za nas zrobi i sama nam stworzy tę „gospodarkę wiedzy”. Nie stworzyła. Podobnie jak teraz się wmawia, że wszystko zrobi za nas sztuczna inteligencja. Nie zrobi, bo nie ma produktowych mocy wytwórczych. Majętność narodowa wzrasta tylko i wyłącznie z rosnącej wartości podatków od sprzedanych produktów i usług. Najlepiej wysokomarżowych. Nie ma innowacji produktowych – nie ma większej wartości dodanej. Polski deficyt budżetowy rośnie karkołomnie, wszyscy wokół chcą czerpać z budżetu, a tam nie przybywa… Tę zależność poniżej (już wcześniej wskazywaną) warto pamiętać:

***
Jeżeli (idąc za autorem omawianego artykułu) trzecim celem strategicznym ciągle ma być Innowacyjna Polska, to potrzebne są prawdziwe odpowiedzi na trzy podstawowe pytania, które są kanwą każdego racjonalnego biznes planu:
– gdzie jesteśmy,
– gdzie chcemy być,
– jak tam dojść…
Odpowiedzi na dwa pierwsze pytania wymagają stosowania przejrzystych i niezmanipulowanych wskaźników makroekonomicznych, porównywalnych z resztą świata. Odpowiedź na trzecie wymaga utworzenia długoterminowej MAPY DROGOWEJ z okresowymi KAMIENIAMI MILOWYMI, również w postaci zestawu konkretnych i wymiernych parametrów makroekonomicznych (co, do kiedy i za ile), z których musi być rozliczana każda ekipa polityczna.
Jeżeli trzecim celem strategicznym ciągle ma być „Innowacyjna Polska”, to prawdziwe (czyli bez kitu propagandowego) punkty wyjścia („gdzie jesteśmy”) na dzisiaj są takie:
40. miejsce w World Innovation Index.
Dla porównania – aktualnie 3. miejsce – Chiny, 10. miejsce – Korea Południowa.
76. miejsce w świecie (na 165 badanych…) w rankingu wolności gospodarczej w 2023 r. (Frazier Institute).
Dane wskazują, że to głównie z powodu przerostu administracji i nadmiaru regulacji, często mętnych i sprzecznych.
52. miejsce w świecie (obok Kuby) w rankingu korupcji.
Korupcja to wrodzona (dziedziczna) cecha centralizmu.
30. miejsce (przedostatnie) wśród krajów OECD w testach umiejętności dorosłych PIAAC.
I to przy największej na świecie liczbie magistrów na milion mieszkańców…
30. miejsce w Europie (przedostatnie) w ilości patentów na milion mieszkańców/rok.
To ostatnie, by pozostać już w samej Europie i nie dać się zwieść manipulacjom typu PPP, itp.
Niska innowacyjność gospodarki to nie chwilowy wypadek przy pracy. To matematyczna kumulacja wieloletnich iluzji politycznych, błędów budowania otoczenia systemowego i błędów (centralnego) planowania rozwoju kapitału ludzkiego. Więc kiedy dalej chcemy mówić o innowacyjnej gospodarce i o konkretnych celach („gdzie chcemy być”), w postaci mierzalnych parametrów, to nie można się wymawiać i oglądać na słabszych, a trzeba się trzymać „realu” i niezbitych faktów. A fakty są takie:
– około 1990 r. Korea Południowa miała dochód narodowy na jednego mieszkańca (ok. 6000 USD) – o połowę mniejszy niż Polska (ok. 11000 USD).
– w 2023 roku PKB Korei Płd. (1713 mld USD) już był ponad dwukrotnie wyższy (!!!…) niż polski (809 mld USD). Innowacyjna gospodarka Korei Południowej jest dzisiaj dwunastą siłą ekonomiczną świata.
***
Wprawdzie w dużo trudniejszych okolicznościach, bo w 1982 r., Stefan Kisielewski przestrzegał:
„to, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”…
Ta prawda wydaje się zachowywać uniwersalną wartość w każdym czasie i potwierdza, że w żadnej chwili nie można poddawać się oszukańczej propagandzie politycznej.
***
Wcześniejszy (sprzed miesiąca) artykuł z tego cyklu pt: „Czy radykalne centrum wyprowadzi nas z Magdalenki?” (w SO 22.08.26) bardzo skrótowo wypunktował najważniejsze, dobrze w świecie znane i potwierdzone uwarunkowania społeczno-polityczne niezbędne dla funkcjonowania samodzielnego myślenia, kreatywności i inicjatywy, czyli bazy kapitału ludzkiego dla „gospodarki opartej na wiedzy”. To nie są żadne wyidealizowane marzenia czy utopijne recepty na odległą przyszłość. To warunki i parametry niezbędne TU I TERZ – w pełnym wymiarze – JUŻ DZIŚ, by w ogóle mówić o dotrzymaniu kroku w rozwoju gospodarczym, nie o żadnym doganianiu czy przeganianiu. Wszyscy kibice sportowi dobrze wiedzą, że nigdy nie dogoni się żadnego peletonu zwalniając biegu, czy w ogóle kulejąc…

Powracając na takim tle do skądinąd ciekawej i wspartej głosami komentatorów dyskusji podjętej w artykule „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji”, dochodzi się do przekonania, że zawarte w nim propozycje ustrojowe (wynikające z doświadczeń a chyba w większości z dobrej woli) mogą budzić istotne wątpliwości, bo każda z nich może prowadzić do spowolnienia procesów rozwojowych. Ale po kolei…
Krok w dobrą stronę: zmiana metody wyboru Prezydenta RP
W pełni przekonującą i dojrzałą propozycją ustrojową w tym artykule jest zmiana metody wyboru Prezydenta RP na rzecz wyboru przez Zgromadzenie Narodowe. Słusznie zauważono, że czasochłonny i kosztowny, dotychczasowy wybór powszechny stworzony był na inne czasy, a teraz rodzi bezsensowne spory kompetencyjne i destabilizuje rządy, nic dobrego nie wnosząc do rozwoju. Sprowadzenie roli prezydenta do reprezentowania państwa, czuwania nad ciągłością instytucji i wykonywania czynności formalnych pozwoli na sprawniejsze funkcjonowanie przyjętego modelu parlamentarno-gabinetowego.
Decentralizacja: nadmiar dobrej woli a brak konkretów wykonawczych
Dużo słabiej prezentują się niezbyt przejrzyście przedstawione postulaty tak nazwanej „głębokiej decentralizacji”, która miałaby być w jakiś sposób lepsza od skutecznej federalizacji. Postulaty te opierają się prawie wyłącznie na życzeniach i nadmiarze dobrej woli. Autor niemal wyciska łzy wzruszenia kiedy proponuje, by „gminy, powiaty i województwa
DOSTAWAŁY „trwałe dochody własne”.
(Od kogo i kiedy coś DOSTANĄ, skoro prawo nie wymusza własnych budżetów regionalnych?)
Podobnie – regiony WSPÓŁTWORZĄ politykę… (???…)
Albo – państwo OGRANICZA podwójną administrację.
(Samo?… Na przykład co – zlikwiduje urzędy wojewódzkie?…).
Takie postulaty to nic innego jak zestaw ładnie brzmiących haseł pozbawionych pragmatycznych szczegółów osadzonych w modelu prawnym. Potrzebny tu powrót do źródeł – model J.J. Rousseau vs J. Locke, i analiza porównawcza licznych przykładów… Centralizm w swej naturze jest nakazowo-kontrolnym systemem opresyjnym, który jeśli do czegoś prawdziwie dąży, to tylko do zwiększenia kontroli, powiązań (i zależności) oraz wpływów (czyli przychodów) polityków i akolitów czerpiących z systemu. Każda forma centralizmu, choćby tylko pół-centralizmu, tłumi samodzielne myślenie i inicjatywę obywateli, produkuje pozorną sprawozdawczość i korupcję urzędników, a najgorsze co robi, to pobudza negatywną selekcję kadr (model BMW…).
Autor zupełnie milczy o konkretnych mechanizmach finansowych ani nawet nie podaje przykładów, że – gdzieś, ktoś, kiedyś – z samej tylko dobrej woli oddał część władzy, czyli wpływów, czyli przychodów. Kiedy nawet tutejsze media donoszą – tam jest pełno NASZYCH…
Bez konkretów prawnych tak opisywana decentralizacja pozostaje tylko w sferze życzeniowych deklaracji. A przecież nie musi, bo przy całej ociężałości kontynentalnego modelu prawnego nie wyklucza on skuteczniejszego i dużo tańszego federalnego systemu zarządzania państwem, którego funkcjonalność potwierdzają znane od dawna przykłady.
Zbyt słaby model zmian ordynacji wyborczej
Autor artykułu „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji” dostrzega patologię partyjnej kontroli nad reprezentacją parlamentarną i czuje potrzebę związania posła z wyborcą bardziej niż z kierownictwem partii. Jednak propozycja, by połowa posłów była wybierana w okręgach jednomandatowych, a ostateczny podział mandatów zależał przede wszystkim od głosu partyjnego dla zachowania proporcjonalności w modelu mieszanym MMP, to zbyt słaby i ułomny kompromis. Taki model w żaden sposób nie ogranicza wszechwładzy partii nad wyborcą i nie eliminuje negatywnej selekcji kadry politycznej. Partie polityczne nadal będą kontrolować listy regionalne i proces nominacji kandydatów, co sprawi, że system mieszany w modelu MMP jedynie zakonserwuje dominację partyjnych oligarchii lokalnych i krajowych.

Nie wskazano żadnych powodów, by głosom partyjnym już z założenia oddawać połowę mandatów parlamentarnych, co trochę przypomina słynne już negocjacje S. Witkoff’a z W. Putinem… W praktyce system MMP działa słabo, bo pojawiają się problemy odpisów, mandatów nadwieszonych i wyrównawczych i zamiast 300 posłów nagle możemy się obudzić się z sześciu setkami z ręką w naszej kieszeni a głosem zależnym wyłącznie od wodza. Jak się wplączemy (czy pozwolimy prawnikom partyjnym wplątać nas) w medytacje nad takimi opcjami (drobnym drukiem w przypisach do modelu MMP) to nigdy z takiego bałaganu nie wyjdziemy.
Gdy w ogóle rozważać jakieś opcje ordynacji mieszanej, to bezpieczniejszą dla wyborców metodą jest model mieszany większościowy (MMM) ze sztywnym udziałem mandatów partyjnych w parlamencie (np. nie więcej niż 15%). Taki system wyborczy skutecznie działa w Korei Południowej (50 mln mieszk.). Tam, na 300 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym, 254 posłów wybiera się w jednomandatowych okręgach wyborczych w ordynacji większościowej, a 46 posłów wchodzi do parlamentu z ogólnokrajowych list partyjnych według ordynacji proporcjonalnej i po osiągnięciu przez partie progów wyborczych. Więcej posłów partyjnych nie trzeba, przy jednoczesnym ścisłym przestrzeganiu w wyborach zasad konfliktu interesu, które tu ciągle budzą wątpliwości…
Efektywność parlamentu można polepszyć i jednocześnie można też uzyskać kompensację mandatów dla mniejszych ugrupowań choćby przez wprowadzenie wyższych progów (np. z 8 do 10%) dla bloków zamiast kłótliwych, wielopartyjnych koalicji. Bloki muszą mieć programy uzgodnione przed wyborami i nie marnują czasu na targi koalicyjne i nijakie kompromisy w trakcie kadencji parlamentu. Możliwe, że debatując dalej nad wyższością włoskiego Rosatellum nad Porcellum (czy odwrotnie…), dojdziemy jednak do prostego kanadyjskiego FPTP, gdzie oddaje się jeden glos, a na kartach wyborczych oprócz nazwiska kandydata widnieje też jego afiliacja polityczna. Dwa w jednym, i znowu z kosztami wygrywa reguła „KISS” = Keep It Simple, St..d…
***
Przy tej okazji pojawia się częściowa odpowiedź na inne pytanie Autora: jak sprawić, aby społeczeństwo tego zażądało? …
Chyba lepiej zgodzić się z faktem, że społeczeństwo nie ma potrzeby i długo nie będzie mieć głębokiej wiedzy systemowej. Szczególnie – na tyle głębokiej, by wnikać w detale różnic pomiędzy metodami głosowania FPTP, MMP, czy MMM … Wśród wielu możliwych wariantów odpowiedzi, chyba dużo ważniejsze może być przesunięcie dnia wyborów (wszelkich) na sobotę:

Komu potrzebne powołanie kolejnego „sądu” i urzędu…
Przedstawiona na koniec artykułu wizja dodatkowej reformy sądownictwa konstytucyjnego w kierunku dalszego skomplikowania aparatu państwowego wręcz budzi przerażenie, a C.N. Parkinson pewnie mógłby się przewrócić w grobie…. Zamiast upraszczania struktur w państwie już trawionym przez chorobliwy przerost administracji i biurokracji, Autor proponuje utworzenie nowego sądu a do tego jeszcze kolejnego urzędu kontrolnego. Litości!!!… Generowanie kolejnego szczebla urzędniczego przeczy idei sprawnego państwa. Raczej przemodelowania wymagają reguły i mechanizmy odpowiedzialności indywidualnej (vide: Anastazy Jastrzębski: „Elity” — słowo bez adresu” SO, 13.09.2026) oraz masowa redukcja ilości stanowisk i szczebli zarządzania.
Już W 2008 r. ś.p. profesor Stanisław Gomułka (który nie mylił się w ocenach) zaproponował plan redukcji administracji państwowej o 10% rocznie. Nie zdążył tego wdrożyć nawet w jednym roku, bo ówczesny (ale i obecny) premier usunął go z funkcji wiceministra finansów. A wtedy administracja publiczna liczyła około pół miliona zatrudnionych, teraz liczy milion (niektórzy oceniają, że nawet więcej, z całą informatyzacją i wsparciem AI…). Tajemnica tego przyrostu może być prosta – dla partii politycznych w bizantyjskim państwie centralistycznym administracja to nie pomoc w sprawnym zarządzaniu, tylko ważna cześć elektoratu. Pytanie – ile tego trzeba, żebyśmy wreszcie się udławili i zaczęli stosować znane od dawna reguły „lean and mean”?…
Podsumowując
O ile publicystyczna diagnoza artykułu dotycząca braku długofalowych celów strategicznych jest trafna, o tyle propozycje ustrojowe budzą obawy, bo ciągle nie przybliżają wizji taniego i sprawnego państwa wspierającego innowacyjne inicjatywy obywateli. Można zrozumieć intencje Autora, starającego się jakoś (jak najmniej konfliktowo) wmontować potrzeby zmian w istniejące ramy konstytucyjne. Miejscami to wygląda jednak na niewykonalne.

Można zatem postawić zasadnicze pytanie – czy warto naginać życie do niezbyt funkcjonalnej konstytucji, czy raczej trzeba przemodelować ten dokument tak, by dostosować go do wymogów czasu, a przy tej okazji uporządkować i uprościć wiele praw pochodnych, także wymagających remontu?…
Krzysztof J. Konsztowicz
inżynier, re-emigrant, emerytowany nauczyciel akademicki

Cieszę się, ze wracamy do merytorycznych rozważań o polskiej rzeczywistości. Tekst ad rem a nie ad personam czyta się z prawdziwa intelektualna satysfakcja.