Janina Paradowska: Rokita, niestety, powrócił7 min czytania

()

Paradowska22013-06-14.

Zdecydowanie nie ma szczęścia Jan Rokita do publicznych powrotów. Do polityki nie wraca, choć zapewne jest przez wielu kuszony, bo czas taki, że polowanie na znane nazwiska trwa, aby coś tam próbować sklecić.

Opinii publicznej przypomina zaś o sobie w sposób, który go z potencjalnej działalności raczej trwale eliminuje. Mieliśmy już „powrót” pod hasłem „ratunku Niemcy mnie biją”, które to zawołanie wgrywano sobie do telefonów komórkowych, po przygodach b. posła w samolocie Lufthansy. Teraz  Rokitę bije komornik. Jak to komornik, po kieszeni. Czy już bije, czy dopiero będzie bił nie jest jasne. Na razie uderzył ponad rok temu na niewiele ponad tysiąc złotych, ale ponoć chciałby jeszcze na 350 tysięcy. Pochodzenie tej sumy nie jest zresztą ani jasne, ani pewne.

Jedno co w tej sprawie jest pewne to fakt, że Rokita nie przeprosił b. komendanta głównego policji Konrada Kornatowskiego, choć nakazały to sądy wszystkich instancji, z Sądem Najwyższym włącznie, za to że m.in. nazwał go „nikczemnym prokuratorem”. Nie przeprosił, gdyż uznał, że nie może przepraszać funkcjonariusza z okresu PRL, który jego zdaniem przyczynił się do śmierci Tadeusza Wądołowskiego, który zmarł w 1986 roku na posterunku milicji w Gdyni. Ja to nawet jakoś rozumiem, bo sytuacja jest wyjątkowa – oto opozycjonista ma przepraszać funkcjonariusza dawnego reżimu. Niezręcznie, głupio, może nawet w subiektywnym odczuciu niesprawiedliwie. Ale przecież Jan Rokita wiedział co robi, gdy mówił to, co mówił mając bardzo kruche podstawy. Czy wyobrażał sobie, że mu wszystko wolno? Że w państwie prawa, o które walczył, prawo nie ma być równe dla wszystkich?

Oglądałam rozmowę Kamila Durczoka z Rokitą, w której red. Durczok z taktem i spokojem próbował uzyskać od Rokity wyjaśnienie dlaczego nie uznaje wyroków sądów, a także całego postępowania IPN, w świetle którego czyny przypisywane Kornatowskiemu nie miały miejsca. Rokita zasłaniał się uchwałą Sejmu kończącą w 1991 roku pracę jego komisji badającej działalność MSW w stanie wojennym. Sejm ten raport „przyjął do wiadomości”, co jest formuła bardzo pojemną i nie oznacza, że Sejm cokolwiek uchwalił. Zobowiązano jednocześnie prokuratora generalnego do ścigania tych, którzy popełnili przestępstwa, ale tylko tych, gdyż jednocześnie Sejm zaznaczył, że nie może tu obowiązywać żadna odpowiedzialność zbiorowa. Tamten raport dla Rokity jest prawem obowiązującym, a obecne wyroki sądów nie są nic warte. Sądy były pewnie ustawione tak, aby Rokitę skazać. Tak należy rozumieć wypowiedzi w trakcie tej rozmowy, choć nie wiadomo przez kogo ustawione.

Z kontekstu można wnosić, że przez Tuska. Słuchałam tej rozmowy z rosnącym zażenowaniem i właściwie czułam się osobiście upokorzona. Oto bowiem jeden z czołowych polskich polityków, dla którego od lat miałam wiele szacunku, kandydat na premiera, niezwykle sprawny intelektualnie, na dodatek prawnik, państwowiec  mieszał porządki prawne, brnął w prawienie zwyczajnych głupstw, przy okazji pomiatając państwem polskim, jego instytucjami, prawem, o kolegach już nie wspomnę, bo wiadomo, że nienawiść do Tuska Rokicie zbyt wiele przesłania. To bije z kart książki – wywiadu, jaki przeprowadził z nim Robert Krasowski.

Staram się zrozumieć trudną sytuację kogoś, komu przychodzi zapłacić dużą sumę, a nie ma pieniędzy, ale jednak myślę, że polityk tej rangi powinien zachować więcej klasy. Te wizje wynoszenia komputera, licytacji komorniczych, to przymawianie się, że może ktoś ofiarowałby mu pracę na szaro, bo oficjalnej nie może podjąć, gdyż komornik mu wszystko zajmie – jeśli były szczere, świadczą o wyjątkowo marnej kondycji psychicznej byłego posła. Jeśli był w tym element gry, to przepraszam, ale groteskowej. Ta rola została wyjątkowo źle wymyślona. Jeśli to miała być taka intelektualna prowokacja, to też marnie wymyślona. Nie wierzę, że Jan Rokita nie wiedział, jaką medialno-polityczną aferę wywoła, zbyt ceniłam i cenię jego kwalifikacje polityczne, by uznać, iż w rozpaczy nie wiedział co czyni.

Media i politycy oczywiście rzucili się na żer. Jarosław Gowin zwietrzył okazję, by podgrzać swoją kampanię w PO i od razu wypalił o hańbie państwa polskiego, którego symbolem jest wyrok dla Rokity. Były minister sprawiedliwości pojechał ostro. Tak ostro, że znów wstyd. Bywam w Krakowie i choć sporo mi o samotności Rokity opowiadano, nigdy jakoś nie opowiadano mi, żeby Jarosław Gowin szczególnie się nim zajmował. A przecież była okazja by zorganizować koledze dyskretną pomoc. Mniejsza zresztą o Gowina, który wykorzystuje Rokitę do swojej gry. Inni przecież też się spisali i zorganizowali happening pod hasłem „składka na Rokitę”. Każdy biegł przed kamerę, by coś dorzucić, aż wreszcie ktoś przytomny przypomniał, że od darowizn płaci się podatki, więc poselska akcja charytatywna może Rokitę jeszcze bardziej finansowo pogrążyć. Sensacją stała się wiadomość, że Rokitę skreślono z PO. Przyznam, że nawet przez myśl mi nie przechodziło, że Rokita jest jeszcze członkiem Platformy. Od lat nie działa, wycofał się dobrowolnie, nie jest żadną ofiarą ambicji Tuska, ale ofiarą swojej własnej żony, która pobiegła na służbę do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zwabiona  – jak wówczas mówiono – przez Kamińskiego i Bielana.

Wiem co mówię, bo tego akurat dnia Jan Rokita był moim gościem w Poranku TOK FM i nic nie wiedział o „numerze”,  jaki wycięła mu żona, walczył o miejsca dla swoich ludzi na liście krakowskiej i właśnie dostał co chciał, a żonie radził – sam mi to mówił – aby startowała z list PSL, bo taką propozycję dostała i była to propozycja rozsądna. Taka jest, niestety, przykra prawda – Rokita nie był ofiarą bezwzględności Tuska, ale ambicji i nielojalności własnej żony. Rokita za to walnie przyczynił się do usunięcia z Platformy Andrzeja Olechowskiego.

Wielu zapewne pamięta – a ja pamiętam bardzo dobrze – posiedzenie Rady Krajowej, podczas którego Rokita rozjeżdżał Olechowskiego przy pomocy hasła: „Nicea albo śmierć”. Prawił mi wówczas o anachroniczności jego dyplomacji. Być może za aprobatą Tuska, bo ten wówczas milczał i w obronie Olechowskiego nie stanął, choć wystąpienie Rokity było wyjątkowo aroganckie i bezwzględne.

Warto o tym przypominać w czasie, kiedy polityczna brać tak bardzo troszczy się o swojego byłego kolegę, ofiarę systemu, polskiego prawa, sądów, komorników i oczywiście dawnych esbeków, a dziennikarska pamięć tak krótka. Warto też przypomnieć, że Kornatowskiego szefem policji zrobił premier Jarosław Kaczyński, słynny dekomunizator i rozbijacz postpeerelowskich układów, a właśnie dla PiS i Kaczyńskiego Rokita ma dziś tak wiele ciepłych uczuć, o wiele cieplejszych niż dla kolegów z własnej – do niedawna – partii.
I cóż tu powiedzieć? Szkoda, że jeden z czołowych ongiś polskich polityków, który być może miał jeszcze szasnę powrotu na tę coraz bardziej ubogą w osobowości scenę polityczną, pokazuje nam taki żenujący, ośmieszający spektakl.

I na koniec jeszcze jedno, już bardziej osobiście. Nie wiem, czy Jan Rokita kiedyś zajrzy na mój blog, nie wiem, czy ktoś go poinformuje o tym, co napisałam. Ale napiszę jeszcze: Panie Janku, zawsze miałam dla Pana wiele sentymentu i ciepłych uczuć, nigdy nie zapomnę serdeczności, jaką okazał mi Pan w bardzo trudnej chwili mojego życia. Tamtą scenę na Cmentarzu Rakowickim mam w pamięci i sercu. Tym bardziej mi przykro, gdy patrzę na to, co dzieje się teraz. Nie obejrzałam już końcówki Pana rozmowy z Kamilem Durczokiem, bo nie byłam w stanie, było mi coraz bardziej wstyd.

Janina Paradowska

Blog Autorki w portalu Polityka.pl

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

7 komentarzy

  1. Incitatus 14.06.2013
  2. karolasek 15.06.2013
  3. andrzej Pokonos 15.06.2013
  4. andrzej Pokonos 15.06.2013
  5. Incitatus 16.06.2013
    • andrzej Pokonos 16.06.2013
  6. Magog 16.06.2013