Bałagan przy wdrażaniu ustawy śmieciowej denerwuje ludzi i psuje rządowi wizerunek i tak już ostatnio popsuty. I przy tej zawieruszce mało kto docenia, że oto stawiamy wielki krok na drodze do cywilizacji. Jeśli bowiem uznajemy, że zachodnia cywilizacja jest dla nas wzorem i celem to śmieci są na tej drodze potężną barykadą. Ale łatwo nie będzie.
Po pierwsze – pieniądze. Niby płaciliśmy i dotąd za wywózkę, ale w stosunku do tego ile kosztuje likwidacja odpadów w sposób cywilizowany, czyli przyjęty już niemal przez wszystkie europejskie kraje, wydawaliśmy mało. Niby każdy miał obowiązek podpisać umowę z jakąś firmą wywozową, ale nie takie obowiązki się u nas olewa. Ok. 30 proc. Polaków nigdy umowy nie podpisywało, a śmieciło. A nawet jeśli umowa była podpisana, firmy i tak nie wszystko miały obowiązek odbierać. I np. materiały budowlane, opony, stare meble itp., z reguły lądowały w lesie czy na polu. Żeby więc teraz spełnić pierwszy warunek reformy, czyli zabierać od obywateli i zakładów pracy wszystkie ich odpady, trzeba parokrotnie powiększyć możliwości ich utylizacji. Samo zrobienie projektu dla systemu gospodarki odpadami dla miasta rozmiaru Łodzi czy Poznania to koszt ponad pół miliarda złotych. A budowa sortowni, spalarni itp. to są kolosalne miliardy. Być może kiedy je zbudujemy likwidacja śmieci będzie tańsza, jednak teraz trzeba w te przyszłość słono inwestować. Na razie na składowiska trafia ponad 70 proc. śmieci a za parę lat ma trafiać tylko 10 proc. UE daje na ten cel spore środki, ale wszystkiego nam nie zafunduje.
Tymczasem budżet ledwie zipie, a ludzie z oburzeniem odrzucają perspektywę podwyżki w opłatach. Nikt im nie wytłumaczył, że potrzebna tu jest kosztowna rewolucja, i że musimy za to zapłacić. Przeciwnie, uspakaja się ludzi fałszywie, że więcej nie zapłacimy.
Kto się odważy powiedzieć obywatelom, że musimy się zrzucić na stworzenie bardzo drogiego systemu likwidacji śmieci które wytwarzamy? Że jest to rewolucja cywilizacyjna, której nie unikniemy? No kto?
Po drugie – nawyki. Od niedawna mamy tak dużo śmieci. W PRL towarów było mało to i odpadów znacznie mniej, a opakowania odkładało się do szafy na później, bo też były artykułem poszukiwanym. Pamiętam, że jakiś Amerykanin pytany o największą różnicę między naszymi ustrojami powiedział, że w kapitalizmie nawet śmieci są kolorowe. Teraz śmieci i te kolorowe nas dopadły a z kulturą życia codziennego różnie bywa. W skali świata nie jesteśmy najgorsi, przez okno śmieci nie wyrzucamy, ale ich wywózka do lasu, żeby nie zapłacić jest dla wielu rodaków czynem całkowicie zrozumiałym. Ministerstwo Środowiska ocenia, że tak ląduje rocznie przynajmniej 2,5 mln ton śmiecia. I zaśmiecone środowisko nie razi większości obywateli tak dalece, żeby woleli sobie pół litra od ust odstawić.
Po trzecie – niesprawne urzędy. Nie dość, że wiele z nich nie potrafiło przygotować się należycie do tej zmiany od strony organizacyjnej, to teraz wiele z nich bardzo populistycznie wybiera wcale nie te firmy które gwarantują prawidłową gospodarkę odpadami. Ponieważ ludzi najbardziej obchodzi ile teraz zapłacą, a każda próba podwyżki witana jest oburzeniem, samorządy w strachu przed tym oburzeniem wybierają firmy najtańsze. Nie zważając na to, że za małe pieniądze nie tylko nie będą one utylizować odpadów, ale mogą w dalszym ciągu zakopywać je po kryjomu do ziemi. Opowiadał o tym w Gazecie Wyborczej właściciel firmy Byś, który zainwestował duże środki w nowoczesność, ma super zakład na poziomie światowym i nikt nie chce z nim podpisać umowy, jest za drogi. To fatalnie rokuje. Bo jeśli już na początku utylizacja, czyli usługa na poziomie wymaganym przez unijne normy okazuje się za droga i wszystko się robi żeby te wymogi jakoś oszwabić, to jak my do tej cywilizacji się wdrapiemy?
Agnieszka Wróblewska



„… zainwestował duże środki w nowoczesność, ma super zakład na poziomie światowym i nikt nie chce z nim podpisać umowy, jest za drogi …”
.
No właśnie.
Ludzie parę lat temu uwierzyli w propagandę pt. „bierzcie sprawy we własne ręce”, założyli przedsiębiorstwa (w tym przypadku – przedsiębiorstwa oczyszczania), pobrali kredyty, zainwestowali w nowoczesny sprzęt – i teraz pójdą z torbami. Bo przetargi wygrają stare firmy, ze starymi śmieciarkami i z utylizacją na poziomie króla Ćwieczka. W praktyce mamy powrót do monopolu, bo przecież firma, która przegrała przetarg, nie dotrwa do następnego przetargu. Czy naprawdę trudno to było przewidzieć? Gdzie równość szans, o które podobno chodzi w przetargach?
.
Cała ustawa jest kolejnym dowodem na moją ulubioną tezę: nie potrafimy tworzyć porządnego prawa. Jeden z przykładów podałem wyżej.
Oto inny przykład: mam domek letniskowy nad jeziorem, używany zazwyczaj dwa miesiące w roku. Do tej pory po miesiącu wzywało się śmieciarkę, kierowca do ręki dostawał 10 zł, wystawiał kwitek KP i było OK.
Teraz jest grafik, a śmieci – oczywiście sortowane – odbierane są w różnych terminach, w zależności od sortu. Na przykład szkło odbierane jest raz w miesiącu.
Fajnie, odbiorą moje szkło 10 sierpnia – a co mam zrobić ze szkłem 30 sierpnia, gdy już zamykam letnisko? Nie mam samochodu i dojazd (z braku komunikacji autobusowej) jest dość skomplikowany, nie mogę sobie jeździć na wezwanie dowolnego dnia. Mam trzymać do następnego roku?
Pewnie będę trzymał – ale inni nie. Przewiduję, że teraz śmieci w lasach będzie dużo więcej …
.
A na temat sortowania śmieci domowych wypowiadał się angielski profesor, nazwiska nie pamiętam. Niestety, widziałem to tylko w wersji pisanej kilka lat temu w „Wyborczej”, a teraz jakoś nie mogę tego znaleźć w sieci. Dodam, że wypowiadał się negatywnie.
Z gory przepraszam za brak polskich znakow- jakis blad w systemie.
„Kto się odwazy powiedzieć obywatelom, że musimy się zrzucić na stworzenie bardzo drogiego systemu likwidacji śmieci które wytwarzamy? Że jest to rewolucja cywilizacyjna, której nie unikniemy? No kto?”
Czy ta powiekszona zrzutka bédzie trwala powiedzmy 5-10 lat czy tez ceny raz podniesione nigdy juz nie spadna,za
to periodycznie beda rosnac?
Poza tym problem lezy nie tylko w utylizacji smieci, lecz przede wszsytkim w ich nieumiarkowanej produkcji. Wspomniala Pani o smieciach w PRL- byo ich mniej glownie z tej przyczyny, ze nie produkowalismy plastikow i opakowan jednorazowych.Z dzisejszej perspektywy widac, ze jednak na odcinku produkcji smieci PRL nie byl taki zly. Tesknie za szklanymi butelkami do zwrotu.Mdli mnie na widok sterty smieci,ktora powstaje z opakowan produktow przyniesionych do domu. W zasadzie chwile po zakupie opakowanie laduje w smietniku. Trudno wyobrazic sobie wieksze marnotrastwo. Coz z tego,ze chodze z wlasnymi torbami na zakupy jesli to co kupuje rowniez jest w opakowaniu? Tu potrzebna jest kampania spoleczna i prawdziwa walka z producentami takich opakowan.
„… Tęsknię za szklanymi butelkami do zwrotu. …”
Też mają wady. Na szybko:
1. do ich mycia trzeba detergentów i gorącej wody.
2. do transportu płynów w butelkach szklanych używa się więcej paliw.
Butelki plastikowe to rzeczywiście duży problem, ale po sortowaniu są jeszcze wielokrotnie przetwarzane i odzyskiwane. Mnie zastanawia, że nikt nie wspomina o pieluchach jednorazowych.
Moich dwóch synów wychowałam w pieluchach tetrowych ( po 20 sztuk na książeczkę w latach 80-tych).
Oczywiście nie było lekko, ale gdy zaproponowałam synowej, żeby w ramach ochrony środowiska przynajmniej kilka razy w ciągu dnia zakładała mojemu wnukowi pieluszki tetrowe, to…. wiadomo. Mimo pralki automatycznej, a nie Frani jak u mnie…
Popieram przedmówcę, że przede wszystkim potrzebna jest kampania uświadamiająca.
Może warto byłoby celebrytów zaangażować do propagowania ekologicznego stylu życia, czy wręcz zapoczątkować modę na ekologię.
Na pewno trzeba coś robić i nie można wszystkiego zwalać na rząd.
„Może warto byłoby celebrytów zaangażować do propagowania ekologicznego stylu życia.”
.
Celebryci już się angażują. Np. Reni Jusis, która zachwala pranie pieluch w orzechach.
@Anna.
” …zaproponowałam synowej, żeby w ramach ochrony środowiska przynajmniej kilka razy w ciągu dnia zakładała mojemu wnukowi pieluszki tetrowe, to…. wiadomo. Mimo pralki automatycznej, a nie Frani jak u mnie…”
.
Owszem, oszczędzi się na pampersach i na pewno zmniejszy się objętość śmieci produkowanych przez Pani rodzinę.
Ale czy uwzględniła Pani koszty ekologiczne wynikające ze zużycia prądu (w tym grzałka w pralce do podgrzania wody co najmniej do 60 stopni – a to pięknie generuje wzrost CO2 w atmosferze!), zużycia wody (a w Polsce jest ponoć deficyt wody) i skutki wywołane przez detergenty wpuszczane do przyrody?
Nie wiem, co jest w sumie bardziej „ekologiczne”.
Pomijam koszty dla budżetu domowego.
.
Dla porządku: nie nawołuję do radosnego śmiecenia, w ramach rozsądku segreguję odpady i staram się ich nie produkować ponad miarę.
Ale problem śmieci domowych to błędne koło (raczej: okręgu). Póki poruszamy się po jego małym odcinku, wszystko jest jasne (butelki kontra opakowania jednorazowe, pieluchy kontra pampersy). Ale jak pójdziemy trochę dalej, to sprawy zaczynają się komplikować (na co wskazałem wyżej) i coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się szkodliwe, może okazać się pożyteczne. A jak pójdziemy jeszcze dalej – to być może na odwrót. I w końcu wrócimy do punktu wyjścia, równie mądrzy, co na początku.
.
Jak z tego wyjść?
Nie wiem.
Być może przez ograniczenie konsumpcji – tylko kto się na to zgodzi?
Ale słuchanie domorosłych „ekologów” (a do nich zaliczam też celebrytów) na pewno nie pomoże. Niestety, są głośni. A posłuch mają najczęściej ci głośni, a nie ci rozsądni.
Bo jakoś tak się składa, że ci głośni propagują coś, na czym można zarobić, mimo dalszego zatruwania środowiska (nowe filtry do CO2, wiatraki, orzechy z Indii do prania – przecież to wszystko trzeba wyprodukować, co generuje nowe odpady i zatrucie atmosfery podczas transportu), zaś ci rozsądni – będą zachęcać do bardziej sensownej produkcji. Na przykład, aby lodówka nie psuła się zaraz po okresie gwarancji. Ale to by oznaczało ograniczenie produkcji, a na tym się nie zarobi.
.
Więc kto zwycięży w tym hałasie?
Mocno mi się wydaje że czeka nas rozwój nowych, „ekologicznych” technologii – za które krwawo zapłacimy.
A śmieci będzie tyle, co przedtem.
@Marek Twardowski
Zgadzam się, że we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek.
Kto wie, być może czasy ogromnej konsumpcji (po szarym, z pustymi półkami PRL-u) mamy już za sobą i zaczniemy stawać się coraz bardziej świadomym różnych wyzwań społeczeństwem.
Na razie dzisiaj musimy sobie poradzić z aktualnym problemem.
Patrząc na moje najbliższe otoczenie wszystko jest OK.