Stefan Bratkowski: Pogoda dla dewiacji8 min czytania

()

duda konwencja2015-03-01.

Dewiacja to odchylenie od normy. Można ją nawet uznać swoistą chorobą umysłową. Nie ciężką, ale obezwładniającą. Wszyscy się już do niej przyzwyczaili, skoki gorączki w tej chorobie nikogo prawie nie rażą, mamy ją za naturalny przejaw demokracji. Jakby sama demokracja nie mogła być nienormalna, a nawet i chorować, aż po samobójstwo jak w  Niemczech roku 1932. Obciążenie wraca nieuchronnie jak dziecinna choroba…

Pisałem o tym swego czasu razem z paroma przyjaciółmi, kiedy powstawał Lepper: media go tworzyły, przydawały mu ideologię i zwolenników, potem i liczących na karierę, ambitnych doradców – a przecież był to wręcz dosłownie obywatel Nikt, po prostu ktoś, kto bez owego wsparcia byłby lokalnym krzykaczem – pozostałby nikim, tak w sferze wiedzy publicznej, jak w życiu politycznym.

Lepper nie miał żadnego programu, na niczym się nie znał, nie powoływał się nawet na swoje doświadczenia dyrektora PGR-u (jeśli nim naprawdę był), był czystej wody rozrabiaczem ulicznym jak ten dzisiejszy Izdebski, który chce zostać Lepperem – czego zresztą próbował już piętnaście lat temu. A przecież wygrywał Lepper głosowania z ludźmi nieporównanie mądrzejszym od siebie. Nie powiem, że z ideałami, ale w każdym razie nie kompromitującymi ani państwa, ani społeczeństwa. Ale i dziś demagogii oglądanych, bezczelnych łobuzów nie nazywa się po imieniu.

Dewiacja ta kazi wiele mózgów. Nie obciążałbym winą tych, którzy z niej wyrastają. Ani nawet mediów, które ją rozprzestrzeniają – bo to choroba kultury i wyobraźni naszego społeczeństwa. Media mnożą dewiantów w kulturze politycznej, spychają wyobraźnię kraju w dewiację masową. Sami jej ulegają. Jak wielcy kłamcy, wierzą w to, co robią. Z dbałości o własną wiarygodność. Kreując Leppera, pilnowały się obiektywizmu, w przekonaniu, że spełniają swój społeczny obowiązek.

Ma się wydawać, że naśladujemy Amerykę. Jednakże Ameryka, organizując wielkie, masowe imprezy dla promocji swych kandydatów, eksponuje ludzi wyróżniających się swoim dorobkiem w życiu społecznym, znanych ze swej działalności, zasług lub umiejętności. Media wynoszą ich niekiedy ponad realny poziom ich talentów, albo, odwrotnie, same nie doceniają kogoś, kto objawia się szczególnymi cechami wyglądu lub sposobu bycia. Z pewnością Johnowi Fitzgeraldowi Kennedy’emu nie pomogło pochodzenie od ojca, malowanego jako niemal gangster biznesu, ale błyskotliwa inteligencja, młodzieńczość i męska uroda Kennedy’ego syna przyniosły mu parę punktów więcej. Można żywić rozmaite pretensje do kultury amerykańskiej, darzyć ją złośliwymi uwagami, sprowadzać do kultury hodowców z Dzikiego Zachodu, ale nawet ci hodowcy bydła coś reprezentują – żaden z nich, jeśli wstępuje w szranki wyborów, nie jest anonimowy, ma coś za sobą. To może kultura nie do fascynacji, ale z realnymi wartościami, z których pewne – jak „let’s do it” warto sobie przyswoić. I jeśli kto zgłasza się tam jako kandydat do władzy, to jego dorobek, umiejętności lub zasługi zna wcześniej cała Ameryka bądź przynajmniej jakiś kawałek Ameryki wybierający, powiedzmy, gubernatora.

Inaczej u nas. Polska kampania wyborcza tworzy kandydatów do władzy z niczego. Pan Duda jest pewnie inteligentnym, wykształconym człowiekiem z przyzwoitym doktoratem. Ale jest kompletnie i dosłownie nikim. Kto znał choćby jego nazwisko? To nawet nie dawny Jaśnie Pan Nikt. Robi się dla niego parteitag, masówkę, wiec, a mimo to myli się go z Dudą rozrabiaczem. Nie trzeba go krzywdzić złośliwościami, nawet jeśli nie ma pojęcia o uprawnieniach prezydenta – obiecuje np. wzrost zatrudnienia, choć prezydent nie ma po temu żadnych środków, to zadanie rządu (jeśli potrafi taki plan zrealizować). Obiecuje skrócić wiek emerytalny, choć nie ma po temu żadnych uprawnień. Podobnymi bzdurami sieje co krok. Większość zresztą kandydatów ogłasza plany dla rządów i premierów, nie dla prezydenta. Znak, że nie czytają nawet Konstytucji. Nie wiedzą, o jaki urząd się w naszym kraju ubiegają. Chcą być prezydentami Stanów Zjednoczonych w Polsce.

Pan kandydat nie wie, że sam prezydent nie prowadzi polityki zagranicznej państwa (wbrew temu, co się wydawało Nieboszczykowi, który złożył ofiarę dla żądzy władzy swego brata). Prezydent może reprezentować politykę państwa w stosunkach międzynarodowych, wspomagać inne władze państwa radami, kompetentnymi uwagami, ale prowadzi politykę zagraniczną rząd. Bronisław Komorowski był i jest, jak powinien, dobrą twarzą naszego państwa. Z tą twarzą zrobił dla Polski więcej niż najsprytniejsi politycy. Dworacy Jarosława Kaczyńskiego zaś nawet nie wiedzą, że powinni schować swoje uwagi o polskiej polityce zagranicznej do wewnątrz krajowych, dyskrecjonalnych dyskusji, a nie dezawuować Polski zagranicą obrazem waśni wewnętrznych, sugerując tym samym niestabilność polskiej polityki zagranicznej. Zresztą poza Waszczykowskim to popisy pełnych tupetu ignorantów bez żadnych podstaw do zabierania głosu.

Śliczna panienka, uczyniona w podobnym trybie kandydatką do prezydentury, co to nie rozmawia nawet z dziennikarzami, to następny produkt naszego odchylenia od normy, określanego dewiacją. Jest bardzo ładna i sprawnie mówi, ale przegrałaby pod obu względami z panią, dajmy na to, Kasią Zdanowicz. Przegrałaby nie z własnej winy zresztą – też powstała z niczego. Udane występy w miłym programie „Babilon”, dziewczęcy wygląd, a nawet praca w kancelarii premiera nie szkolą kandydatki do najbardziej prestiżowego urzędu. Nie dała się poznać niczym więcej. Niczym nie kierowała, nie zna się na niczym, co potrzebne w urzędzie prezydenta. A do tego zapowiada „odnowę”, reformę prawa, jakby to od prezydenta zależało. I ona nie wie, co on może, a czego nie. Ot, w rezultacie klasyczne dzisiejsze uosobienie Panny Nikt.

Jej kandydatura jest swoistą, jeszcze jedną, przynajmniej nie pozbawioną wdzięku, ale przesadną kpiną z nas, wyborców. Choć to nasza wina. Nie jej, Panny Nikt. Nie zasłużyła na przykrości. Nawet ci dwaj manipulatorzy, Jarosław Kaczyński i Leszek Miller, którzy jako prawdziwych ludzi podstawiają nam sfingowane postaci w takiej trochę powiatowej Ameryce, też bałamucą nas dlatego, że w dopuście dewiacji to naturalne, a tworzenie sztucznych ludzi to nie grzech,. Nic im nie będzie, chroni ich logiczny wniosek: „jeśli ktoś potrafi zrobić coś z niczego, to z niczego trudno mu zrobić zarzut”.

Chcą oczywiście władzy dla siebie, ale to my się nabieramy. Czasem do tych fingowanych postaci dokłada się urodę pani Ogórek, też oczywiście pod warunkiem jej sterowności; dzięki teleprompterom odgrywa się przed nami wiarygodność i poglądy. Na ogół cudze. No i mamy co chcemy. Lepiej wszelako niż z nowym Tymińskim czy Lepperem.

Tak samo nas biorą za durniów, i słusznie, wszyscy pozostali kandydaci, którzy sami zgłosili się i stanęli do istnego wyścigu. Sympatycznie wyglądający Jarubas szybko się odsłonił, zwalniając Putina od kosztów piątej kolumny w Polsce. Kto temu młodzianowi narzucił opowiadanie bredni? Czy nie miał kto za niego myśleć…Prawda, kiedy się jest nikim, którego nikt nie zna, można przy ogólnej dewiacji wymądrzać się i na temat polityki zagranicznej, ale nie trzeba tak od razu Putinem. I lepiej to zapomnieć w imię PSL-u.

Innych kandydatów, nie licząc Palikota, tym bardziej nikt nie pamięta.

Tak ośmieszamy nasze państwo i ośmieszamy samych siebie, udając jakąś powiatową Amerykę. Wydajemy ogromne pieniądze, wierząc za kandydatami, że można się nagłośnić i pobawić na politycznej scenie, bez obowiązku zrobienia czegokolwiek. A my w swej szwankującej normalności mało jesteśmy odporni i łapiemy różne „infekcje”. Bezwiednie na ogół. Ale nie bez pewnej ceny.

Byłbym rad, gdyby obecny prezydent RP dał publiczny wykład, co wedle konstytucji prezydent może, a czego nie, żeby uświadomić kandydatom, ile prezydent ma władzy i jaką, bo oni nawet chyba nie wiedzą, że prezydent nie jest premierem. Taki wykład przydałby się i publiczności – by umiała rozróżnić, kto buja i udaje, a kogo traktować poważnie.

Pozwolę sobie na koniec zwrócić uwagę, co znaczy format postaci na stanowisku prezydenta. Powtarzam – FORMAT. Ważne to jest nie tylko ze względu na jakość współpracy z rządem, żeby pan prezydent nie wtykał kija w szprychy (co się już zdarzyło). Chodzi o coś ważniejszego. Są bowiem momenty i sytuacje, w których dojrzała mądrość, orientacja i poczucie odpowiedzialności persony z kompetentnymi doradcami, przewidywalnej i z autorytetem – mogą zadecydować o kluczowych sprawach. Nie rozkazami ani poleceniami z nadrzędnej pozycji. Mądre z niej słowo może uratować od błędu, uzmysłowić wagę pewnych spraw lub przyczynić się do lepszego ich biegu – kiedy na drodze wyrastają kamienie, albo grozi obsunięcie się w przepaść. Słowem – to musi być KTOŚ.

Mało nas pocieszy, że będą z nami młodzi i ładni przewodnicy, obsypani konfetti… Niech raczej robią to, co na nich czeka – biorą sobie role wynikające z przygody ich pokolenia: rozwój, inicjatywy, walka ze złymi rutynami, otwieranie nowych przestrzeni aktywności, innowacje – słowem urządzanie Polski. Już dla siebie.

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

20 komentarzy

  1. panmodry 01.03.2015
  2. andrzej Pokonos 02.03.2015
    • Marian. 02.03.2015
      • andrzej Pokonos 03.03.2015
  3. Aleksy 02.03.2015
  4. Krzysztof Lozinski 02.03.2015
    • Aleksy 03.03.2015
  5. andrzej Pokonos 03.03.2015
    • Aleksy 03.03.2015
      • andrzej Pokonos 04.03.2015
        • Aleksy 05.03.2015
        • andrzej Pokonos 05.03.2015
  6. Mr E 03.03.2015
    • Marian. 03.03.2015
  7. mmiks 03.03.2015
    • andrzej Pokonos 04.03.2015
    • slawek 04.03.2015
  8. slawek 04.03.2015
  9. Mr E 04.03.2015
  10. Krzysztof Lozinski 04.03.2015