18.06.2026
Jest taki gatunek polityka, który przypomina kota mieszkającego całe życie za ciepłym piecem. Kot ten nie poluje, nie włóczy się nocami po dachach i nie wraca z podrapanym nosem po bójce o terytorium. On siedzi. Patrzy. Mruczy. A przede wszystkim wygłasza długie wykłady o tym, jak powinno wyglądać profesjonalne łapanie myszy. Gdy inne koty wracają zmęczone po nocnych polowaniach, on tłumaczy im, że zrobiły to źle, niehumanitarnie i bez odpowiedniej strategii długoterminowej.
Patrząc na Adriana Zandberga i Partię Razem, nie mogłem uwolnić się od tego obrazu.
Wyobraziłem sobie wielką ekipę budującą most nad rwącą rzeką. Jedni dźwigają stalowe przęsła. Inni wbijają pale. Ktoś poślizgnął się w błocie. Ktoś dostał drzazgę. Ktoś przeklina pod nosem, bo projekt okazał się trudniejszy, niż zakładano. W samym środku tego zamieszania stoi jednak Adrian Zandberg na niewielkiej składanej barykadce, którą podobno nosi ze sobą niczym harcerz scyzoryk, i wygłasza płomienne przemówienie o tym, że most powinien być wyższy, szerszy, bardziej egalitarny, bardziej zielony, bardziej społeczny i najlepiej jeszcze wyposażony w darmowe mieszkania komunalne dla wszystkich ryb żyjących pod nim.
– Dobrze, Adrianie – odpowiadają budowniczowie. – To może pomożesz?
– Broń Boże – odpowiada barykadka. – Ja jestem od krytykowania tych, którzy pomagają.
I tak mijają lata.
Polityka zna wielu ludzi, którzy chcą rządzić. Zna też takich, którzy chcą obalić rządzących. Adrian Zandberg od dawna wygląda jak człowiek, który najbardziej na świecie chciałby przewodniczyć wiecznej komisji do spraw niezadowolenia. Nie po to, by coś zmieniać. Po to, by zawsze móc wyjaśnić, dlaczego wszyscy inni zmieniają źle.
Partia Razem przypomina pod tym względem niezwykle ambitny zespół rockowy, który od piętnastu lat organizuje próby w garażu, bo nagranie płyty mogłoby brutalnie zweryfikować opowieść o własnej genialności. Znacznie bezpieczniej jest tłumaczyć publiczności, że prawdziwa sztuka nie jest dla mas, a sukces komercyjny to przecież kompromis z systemem.
Gdy inni spierają się o budżet, bezpieczeństwo, energetykę czy ochronę zdrowia, „Razemici” wyglądają czasem jak grupa filozofów debatujących o etycznych aspektach podlewania pelargonii w chwili, gdy płonie cały blok.
Oto okazuje się, że część wyborców Zandberga i Mentzena zaczyna przypominać klientów dwóch restauracji stojących naprzeciw siebie. W jednej podają wegańskie tofu w sosie sprawiedliwości społecznej. W drugiej schabowego w panierce wolnego rynku. Menu różni się niemal wszystkim. Kelnerzy patrzą na siebie z pogardą. Kuchnie wzajemnie się nienawidzą.
Ale klienci są zadziwiająco podobni. Przychodzą tam nie dlatego, że dokładnie przeczytali kartę dań. Przychodzą dlatego, że są wściekli.
To elektorat człowieka, który rano budzi się z przekonaniem, że cały świat go oszukuje, a wieczorem znajduje polityka, który potwierdza jego diagnozę. Jednemu taki wyborca trafi się pod czerwonym sztandarem. Drugiemu pod biało-czerwoną racą. Ale źródło emocji jest dokładnie to samo.
Dlatego obrona immunitetu Sławomira Mentzena nie była żadnym przypadkiem ani jednorazowym kaprysem. Była politycznym mrugnięciem okiem do ludzi, którzy lubią słyszeć, że system jest zły, państwo jest złe, elity są złe, media są złe, a jedyną rzeczą dobrą pozostaje człowiek stojący akurat przy mikrofonie.
Nagle okazało się, że między rewolucjonistą a libertarianinem istnieje więcej podobieństw, niż obie strony chciałyby przyznać. To trochę tak, jakby strażak i piroman odkryli, że mają wspólne hobby. Obaj fascynują się ogniem. Owszem, jeden go gasi, a drugi roznieca, ale kiedy płomienie buchają wysoko, obu świecą się oczy.
Patrzę na Zandberga od lat i mam nieodparte wrażenie, że najbardziej odpowiada mu rola zawodowego buntownika. Człowieka stojącego przed zamkniętą bramą i wygłaszającego manifest przeciwko ludziom siedzącym po drugiej stronie.
Problem zaczyna się w chwili, gdy ktoś podaje mu klucz. Klucz oznacza odpowiedzialność. Odpowiedzialność oznacza kompromisy. Kompromisy oznaczają kontakt z rzeczywistością. A rzeczywistość jest dla politycznych romantyków tym, czym czosnek dla wampirów.
Z tego właśnie powodu Zandberg przypomina czasem Don Kichota, który wprawdzie dzielnie walczy z wiatrakami, ale po cichu bardzo się cieszy, że żaden z nich nigdy nie zamienił się w prawdziwego przeciwnika.
Donald Tusk kilka lat temu objechał Polskę niczym wędrowny handlarz demokracją. Odwiedzał miasta, miasteczka i wsie, słuchał ludzi, jadł przeciętne kanapki na stacjach benzynowych i wykonywał tę najbardziej nudną część politycznej roboty, bez której nie wygrywa się wyborów.
To jest właśnie ten fragment polityki, którego nie da się zastąpić TikTokiem, algorytmem ani efektownym występem w debacie. Można nakarmić sztuczną inteligencję wszystkimi przemówieniami Marksa, Keynesa i Gramsciego. Można stworzyć cyfrową barykadę. Można nawet wytrenować algorytm do produkcji rewolucyjnych sloganów, ale ktoś nadal musi pojechać do Hrubieszowa, Sieradza albo Kościerzyny i porozmawiać z ludźmi.
I tutaj zaczyna się największy problem politycznych poetów rewolucji. Łatwo jest zdobyć pięć procent. Trudniej zdobyć odpowiedzialność. Jeszcze trudniej zdobyć władzę. Najtrudniej natomiast zrobić z nią coś sensownego.
Dlatego polska polityka przypomina dziś wielki objazdowy cyrk. Na arenę wchodzą liberałowie, konserwatyści, socjaliści, narodowcy, libertarianie i wszelkiej maści zbawcy świata. Jedni sprzedają nadzieję. Drudzy sprzedają gniew. Trzeci sprzedają marzenia. Publiczność kupuje bilety, klaszcze, gwiżdże, czasem rzuca popcornem i wraca do domu, a gdzieś za kulisami stoi Adrian Zandberg na swojej składanej barykadce i tłumaczy, że przedstawienie byłoby znacznie lepsze, gdyby pozwolono mu napisać scenariusz.
Problem polega na tym, że kiedy ktoś podsuwa mu pióro, on najczęściej odpowiada, że znacznie bardziej lubi pisać recenzje.
Krzysztof Bielejewski
