„Ale książka to przecież nie jest dokładnie to samo co nabiał czy śrubki„
No, nie wiem, dzisiaj chyba to taki sam towar jak inne. A jeśli mówi się, że to artykuł pierwszej potrzeby, to czemu państwo nie dotuje artykułów jeszcze bardziej potrzebnych takich jak jedzenie, prąd, woda? I dlaczego ma dotować książki? To przekorne pytanie – wiem, ale samo się nasuwa, gdy mamy gospodarkę rynkową.
Jest jeszcze gorzej – Ministerstwo Kultury zamiast otoczyć troską biblioteki i nacisnąć na edukację woli rozdawać publiczne pieniądze na świątynie.
Skąd przekonanie, że tania książka znajdzie nabywcę, jeśli nabywca w ogóle nie interesuje się książkami? Nie jest rozbudzony intelektualnie? To chyba pierwsza i najważniejsza odpowiedź na pytanie:
– dlaczego Kowalski nie czyta?
Jest ponoć 10 000 000 domów w których książki się „nie komponują”.
No właśnie! Zamarłe intelektualnie społeczeństwo buduje sobie domy, w których są modne meble i różne gadżety ale nie ma regałów z książkami, bo one przypominają „mordęgę”, czyli szkołę. Czyli coś w systemie EDU nawaliło.
Myślę, że winę za ten stan rzeczy ponosi edukacja podstawowa, dzieci zamiast pędzić z materiałem powinny być nauczone technicznie sprawnego czytania, pisania i liczenia. Ambitny materiał powinien poczekać.
Pamiętam czasy, gdy z mozołem uczyłam się ładnie stawiać literki i czytać płynnie. W szkole i w domu. Tysiące kółeczek, laseczek i trzymania się linii – to nauka harmonii, staranności i cierpliwości. Podobnie czytanie – od dukania do płynnej interpretacji – na lekcjach po kolei wskazywani przez panią czytaliśmy na głos czytanki do trzeciej klasy, aż do osiągnięcia efektu. Wtedy książki wchodziły „same”! Uważam, że to jest bardzo ważny czynnik. Prawie wcale nie brany pod uwagę dyskusjach, a przecież to podstawa.
– Następna przyczyna sprawiająca, że książek Polak nie kupuje, to nawyk, cena i dostępność.
Sprychał mnie krytyk literacki, gdy powiedziałam publicznie, że książka to taki sam towar, jak każdy inny. Bo tak dzisiaj jest!
W PRL były książki w księgarniach (wbrew obiegowej opinii „znawców”), i na Dniach Książki i Prasy tłumy! Mam książki z tego czasu na półkach, czytam w stopce nakłady – do pozazdroszczenia! Zwłaszcza literatura polska ale i klasyka światowa to przeciętnie 30000 – 50000 egz. bo były dotowane. (Mam czwarte wydanie słynnych Skiroławek – nakład 700000 egz!) Fantastyka szła jak ciepłe bułeczki.
No to dotować czy nie? Czy tańsza książka zostanie kupiona? Doceniona jako coś równie potrzebnego jak chleb?
A jak już ujednolici się dzisiaj cenę książki, to zapewne …wzwyż? Będzie kosztowała średnio 50 PLN. Drogo…
Jakoś też nie wierzę, żeby usztywnienie ceny książki zadziałało np na EMPiK, który tak czy siak bez regulacji prawnych będzie żądał od wydawców wielkich rabatów.
Jednak TO jest i powinna być bitwa między wydawcami i tym upadającym molochem. A wydawcy siedzą cicho. Do dyskusji namawia się krytyków i pisarzy. Pogadali, pokłócili się publicznie, poobrażali i tyle.
Logistyka:
EMPiK czy Matras wielu ludziom jest po drodze – to zupełnie inna kategoria niż małe księgarnie. Próbowałam to wyjaśnić bezskutecznie moim zagniewanym rozmówcom. Bywam w centrach handlowych okazjonalnie i widzę, że rodzina, która przyszła po buty, spożywkę, albo tylko odbyć „windows shopping” zajrzy i do EMPiKu czy Matrasa – panowie do muzyki i książek, panie do prasy kolorowej i książek, albo na odwrót i zazwyczaj coś tam kupią.
– To też kwestia logistyki – małe księgarnie mieszczą się najczęściej przy ulicach, przy których nie ma jak zaparkować, więc ich klientami są ludzie korzystający z transportu miejskiego, spacerujący po mieście, mający czas żeby wejść do księgarni. Do centrów handlowych przyjeżdża się najczęściej samochodem i zostawia go na parkingu. Już wiadomo, że mamy sporo czasu do łażenia więc jak ludzie przyjechali po buty czy czapkę, to zajrzą też do EMPiKu. Z dziećmi, którym w nagrodę też się kupi książeczkę. W tygodniu nie ma na to czasu – to wszak norma. I jeśli zabraknie na ich trasie EMPiKu (lub czegoś podobnego, innej księgarni w centrach handlowych – i to miałam na myśli rozmawiając z panem z Metra), to poprzestaną na kieckach i spożywce. Nie trafią do księgarni, bo jej nie mają na osiedlu, we wsi w miasteczku – po drodze.
Biorąc pod uwagę żale dyskutantów, że w księgarniach i w EMPiKach nie ma wszystkich książek, na jakie mielibyśmy apetyt, śpieszę donieść, że wobec boomu wydawniczego ( ponad 100 nowości wychodzących TYGODNIOWO!) zadowalająca nas księgarnia mająca „wszytko” musiałaby mieć powierzchnię hali odlotów w Dubaju.
Tak więc dzisiaj książka sprzedaje się zarówno w Biedronkach, w kioskach Inmedio, w księgarniach i księgarenkach, w salonach EMPiK (wespół z chińskim drobiazgiem typu guziki, pasmanteria i trzepaczki do kawy i wszystko do dekupażu (bo inaczej im się budżet nie spina – pytałam), w księgarniach internetowych – i tam chyba przenosimy się powoli. Tam jest „wszystko” – od archiwaliów po gorące nowości.
Mieszkańcy pozbawieni bliskości księgarń kupują w Necie. Nie tylko książki papierowe ale e-booki, audiobooki też, bo to nowa, coraz fajniejsza oferta do słuchania, gdy ręce zajęte czyli gdy uprawiamy sport, sprzątamy czy podróżujemy.
I PR – czy telewizja publiczna serwuje nam programy o książkach? Reklamuje je zachęcając do czytania? Zamiast pluszczących się w basenie celebrytów czy popisujących dzieci może tak ciekawy program o książkach? Nie, gadające głowy stale jęczące o tym jak to fatalnie piszemy książki, a zachęta do czytania, słuchania świetnych pozycji? Reklama dobrych a nie uparta jazda po kiepskich.
Grażyna Torbicka (od lat) daje radę z filmem, to może ktoś równie sympatyczny i wiarygodny, obeznany mógłby coś o literaturze?
Na koniec Krzysztof Varga z którym się zgadzam:
„Na wakacjach byłem akurat we Francji i mniej więcej orientuję się, jak tam wygląda sytuacja czytelnicza – a jest zupełnie inna niż w Polsce. Pomijając ogromne francuskie tradycje w tej dziedzinie, wypadamy na tym tle fatalnie. Mam swoją teorię, że tak naprawdę wynika to z braku mieszczaństwa w Polsce. Mieszczaństwa w sensie nie pejoratywnym, czyli drobnomieszczaństwa i kołtuństwa, ale takiej warstwy społecznej, która uważa, że powinna być mniej więcej na bieżąco z lekturami i aktualnymi wydarzeniami kulturalnymi, choćby z powodu snobizmu.
Kiedy spojrzymy na kraje europejskie, które mają najwyższy poziom czytelnictwa – takie jak państwa skandynawskie, Francja, Niemcy, Czechy – to nie tylko jest w nich silne mieszczaństwo i jego tradycja, lecz także są to kraje zlaicyzowane. To ciekawa paralela, że w krajach, w których Kościół nie odgrywa tak dużej roli jak w Polsce, czytelnictwo jest większe. Z tym, że nasi dobrzy chrześcijanie, zdaje się, Biblii też za bardzo nie czytają. I to jest właściwie punkt do szerszej dyskusji, dlaczego tak mało czytamy.”
PS w małych miasteczkach księgarnie są połączone ze sklepem papierniczym, są też koszulki i jakieś tam inne badziewko. „Czemu?” – zapytałam – pani odpowiada – „z samych książek nie utrzymam sklepu. Ludzie nie kupują…”
Ale na gadżety mają.
Małgorzata Kalicińska
(tekst z bloga M. Kalicińskiej )


