Jerzy Łukaszewski: Karnawał dziadowski10 min czytania

()

bezrobotny_by_lujeran2015-10-23.

Wbrew tytułowi, nie jest to pieśń dla wszystkich. Nie powinny jej słuchać wyleniałe elity, zmurszałe pnie niegdysiejszych mędrców, okruszone czasem, nadżarte grzybem nieuchronnych zmian, z oczami przesłoniętymi mgłą wspomnień dawnej wielkości, nurzające się w samozachwycie nadętosci jakże cudnej i cała tak wielce zasłużona szpagatowa inteligencja.

Pieśń jest dla ludu prostego, który wszelkie subtelności gromadzi w górnej nasadzie dolnych kończyn, rozumuje prosto, czysto, bez siedmiu podtekstów i czternastu niuansów w tle każdego wypowiedzianego słowa.

Ludu zdrowego, który świnię nazywa świnią, a niekoniecznie zasobem mięsnym z gatunku nierogatych, kłamcę nazywa kłamcą, a nie mijającym się z prawdą, szuję zaś szują, a nie etycznie odmiennym itd.

Lud ten przy urnie wyborczej zachowa się tak, jak myśli, nie wdając się w karkołomne dywagacje na temat wpływu koloru krawata prezesa na przyrost PKB, a prędzej zada pytanie o przekładanie się rosnącej ponoć pozycji Polski na arenie (jakiejś) i ogólnego rozwoju na zasobność swojego portfela.

Nikt specjalnie nie chce o tym z nim rozmawiać zakrzykując frazesami, ale on myśli swoje.

Dopóki pozytywna reakcja na postulaty „kierownikunapywko” lub jakiejś rumuńskiej „pandy” będzie ponad jego codzienne możliwości, on nie uwierzy w to, że wraz z pensją prezesa banku rośnie dobrobyt naszej Ojczyzny.

I mogą mędrcy zchłystywać się tocząc pianę nad jego umysłową nieudolnością, on nie uwierzy. Bo on wierzy w to co widzi.

Widzi to, że Polska ma dokładać do bankrutującej Grecji, w której średnia pensja jest dwa razy większa, niż jego. No, ale wzywa się go do solidarności. On to rozumie, choć z trudem.

Wzywa się go do zaostrzenia sankcji wobec Rosji pomimo ich kosztów, a on widzi, że ci najbogatsi, którzy te koszty ponieśliby łatwiej od niego, cichcem robią z Putinem interesy i to takie, które ewidentnie biją w niego. No to pyta: innych ta solidarność nie obowiązuje?

On nie zapomniał pani reprezentującej pracodawców, która brylowała w mediach lobbując swego czasu nad obniżeniem podatków dla firm i tłumaczyła, ze zaoszczędzone pieniądze stworzą miejsca pracy i podniosą pensje. Podatki siadły, pani nie stworzyła ani jednego miejsca pracy, sytuacja na tym rynku jest trudniejsza, niż kiedykolwiek wbrew chóralnym zachwytom  specjalistów żyjących w wirtualnym świecie, w którym na drzewach rosną wskaźniki, na grządkach smakowite sondaże, a kolorowe klomby roztaczają wokół niebiański zapach rosnących krzywych we wszystkich barwach tęczy.

Ciągnący swe koślawe, poprzecierane  buciory lud wie, że kiedy prowadzi się z pastwiska krowy robota zakończy się dopiero, gdy ostatnia, ta najsłabsza, najwolniejsza wlezie wreszcie do obory. I widzi, jak inni cieszą się z sukcesu, gdy trafiła tam pierwsza. I nie rozumie. Oni go też.

Ale na wybory pójdą razem. On to pamięta, oni nie zawsze.

On nie daje się nabrać na „mniejszą produktywność”, którą jeszcze do niedawna mu wmawiano, bo pracując u Niemca czy Holendra widzi, że jest inaczej. Widzi, że często potrafi więcej i lepiej, niż koledzy z tej samej angielskiej fabryki, o których ze względu na polityczną poprawność powiedzieć nie może tego co myśli, bo nawet jeśli nie wspomni o kolorze skóry, a tylko o lenistwie – zostanie okrzyknięty rasistą. Ale wraca do domu już wiedząc swoje.

A w Ojczyźnie ukochanej on jeden dostrzega, że jest ona, ta jego wyśniona i ukochana, europejskim rekordzistą jeśli chodzi się o tzw. rozchodzenie produktywności i pensji.

Poczytajcie…

To on dostrzega, że w Anglii czy w Niemczech kiedy pokaże swoją wartość, pracodawca zaczyna go inaczej traktować, podczas gdy dla polskiego pracodawcy zawsze jest i będzie śmieciem. Dostał wymarzoną ziemię obiecaną, ale najczęściej w wersji reymontowskiej i nie rozumie dlaczego ma za to pana pracodawcę i pana Boga (w tej kolejności) chwalić. Tłumok, zwyczajny tłumok.

Urządza co cztery lata casting na królewicza z bajki, który mu świat odmieni. Dziwi się niepomiernie, że tak tłumna jest nań reakcja i tylu chętnych do poprawienia jego doli, a przecież wystarczyłby jeden, by stało się to wyśnione.

Widzi żabę, która obiecuje, że stanie się pięknym królewiczem, wystarczy by pocałować ją w sam dziób wyborczą kartką, widzi junaka co twierdzi, że świat rozkwitnie kiedy obali się starego króla, słucha czarodzieja, który mu tłumaczy, że świat jest piękny, tylko on – ślepiec i gamoń tego nie chce dostrzec, ogania się wreszcie staremu królowi, który wprawdzie nie obiecuje mu cudów, ale przyrzeka, że mu nie obetnie ręki ani nogi. A przecież mógłby.

Rośnie w nim niechęć, poczucie obcości, gaśnie wiara w cokolwiek prócz tego co widzi w portmonetce.

Idąc swoją polną dróżką do wyborczej urny ze zdumieniem spostrzega, że nie jest sam. Idą wraz z nim ludzie, którym przynajmniej pozornie wiedzie się lepiej, niż jemu. Oni też są niezadowoleni. Nie wie do końca dlaczego, ale pyta.

No i to go właśnie odróżnia od tych, którzy sami sobie przypisawszy patent na nieomylność. On nie zgadza się na projekty ustaw przygotowanych przez ludzi zawadiaki Kukiza, ale przynajmniej je czytał, oni często nawet nie słyszeli o ich istnieniu, a mimo to wygłaszają sądy na ich temat w kółko powtarzając dawno wyświechtane komunały. Oni nie przyjmują do wiadomości świata takiego jaki jest, on nie umie wyobrazić sobie innego.

Te światy nigdy się już nie zejdą. I to nie ich świat przetrwa.

***

Reszta tekstu adresowana jest do p. Ernesta Skalskiego, jednego z nielicznych ludzi zapamiętanych z dawnych czasów, do których mój szacunek nie uległ erozji.

Miło mi, że według pana wyglądam tak młodo; żałuję tylko, iż nie jest Pan jakąś ładną panienką. Byłoby jeszcze milej.

PRL pożegnałem w wieku 36 lat mając rodzinę i parę innych drobiazgów na koncie. Stażu w sprawach publicznych rzeczywiście mam niewiele, bo poza sierpniem ’80 i stanem wojennym starałem się mieć z nimi jak najmniej do czynienia nie czując się do tego powołanym.

Sądy jakie czasem głoszę na SO (nie moim – Pańskim, jestem tu tylko tolerowanym póki co gościem – Jerzy, przestań gadać głupstwa, jesteś w naszej sitwie z uszami – BM) są z oczywistych względów celowo przerysowywane, ale to tylko zabieg techniczny mający na celu pobudzenie do dyskusji, bo myślę, że nic tak nie szkodzi naszej Ojczyźnie jak grupki ludzi zasklepione w swoich myślowych pudełkach, do których nie dociera nic poza ich własnymi przekonaniami.

Stąd pomyłki, do których bez bicia się przyznaję, bo na szczęście nie osiągnąłem jeszcze stanu samouwielbienia. Tak jak w sprawie ustawy, co mi Pan słusznie wytknął.

Dla mnie jednak większą wartość ma dyskusja nad problemem, niż fakt, że moje zdanie przeważy.

Upraszam więc o pobłażliwość dla moich czasem ostrzejszych sądów.

Co do ustawiania pionków do bicia, to ja ich ustawiać nie muszę, one same się ustawiają. Do tekstu Dzień Kundelka sprowokował mnie nagły wysyp tekstów ewidentnie histerycznych, które wprawdzie nie zawierały literalnie twierdzenia o 26 października, jako dniu szczęśliwości w razie przegranej PiS, ale taki był ich wydźwięk, ich jedyna myśl. Niczego więcej w nich nie było. Stąd moja taka a nie inna reakcja.

Podtrzymuję, że PiS nie będzie w stanie popsuć państwa. Co najwyżej nieco krwi niektórym rodakom. Trzeba dużo więcej, niż woli prezesa, by wprowadzić zmiany, jakie mu się marzą.

Odwrotnie – twierdzę, że to ich łabędzi śpiew. Niemożność postawienia na swoim w sytuacji, gdy partia ta zdobyła się na największy w swej historii wysiłek składając ofiarę i z etyki i moralności i uczciwości, zabije ich.

Państwo budowane przez ostatnie dekady z mozołem i nie bez błędów, ale przynajmniej w dobrym kierunku ma swoją inercję, zbyt dużą, by dało się je zawrócić w dowolnym momencie i szybko. A czas gra i będzie grał na niekorzyść psujów.

Ale również na niekorzyść tych, którzy twierdzą, że jest już tak cudownie, że marzyć o czymś więcej byłoby nieprzyzwoitością.

Ta nowa, młoda fala idzie i to ona jest przyszłością Polski. Nie wszyscy chcą ją widzieć, niektórzy rzeczywiście nie widzą, niektórzy odrzucają z dość niskich pobudek żachnąwszy się na „brak szacunku”, jakby to on był w tym wszystkim najważniejszy.

Tak w historii było już wiele razy i jeszcze wiele razy będzie. Nie tylko w Polsce.

Te zmiany są globalne i nie pomoże zrzędzenie na ich prostactwo, czy intelektualne niedostatki.

To jeden z przykładów.

Też mam znajomych głosujących na PiS. M.in. profesora wyższej uczelni ze sporym dorobkiem naukowym. Mam gorzej, niż Pan, bo on mi niczego tłumaczyć nie chce, wręcz przeciwnie – przy mnie udaje kogoś innego, niż jest. Dlaczego? Już nie próbuję odgadnąć. Już nie chcę.

Przestałem też wierzyć w moc słowa pisanego, nawet przez najmądrzejszych. Dziś czyta się mniej, za to stawia na efekt i emocje. Tego się uczy ludzi od najmłodszych lat i w szkole i poprzez zabawę.  Temu służy współczesna kultura masowa, która zdominowała jakąkolwiek inną sama niezupełnie na miano kultury czasem zasługując. To właśnie „fenomen” Kukiza. Gość, który jak sądzę, sam nie do końca rozumie ludzi, którzy stoją za nim, ale on nie jest od wytyczania kierunku, którego nawet nie potrafi porządnie określić. To robią inni za jego krzykliwą zasłoną. A wy ich nie dostrzegacie skupiając się na jego łatwej do skrytykowania osobie. I o to im właśnie chodzi.

Jeśli słowo pisane ma docierać do kogokolwiek to nie wystarczy, by było. To ono musi znaleźć drogę do umysłów ludzkich, a nie czekać, aż te umysły jakimś cudem się na nie natkną.

Jakimś cudem, bo nie szukają go, to raczej pewne.

Wiem, że blisko wyborów najważniejsza jest matematyka. Ale właśnie dlatego prędzej wesprę Petru, niż PO, bo to taki języczek jest w stanie wymusić na niej racjonalne zachowania i dotrzymywanie zobowiązań, niż gdyby miała znów rządzić sama bądź w koalicji z PSL. Sama czując wsparcie dawnych elit intelektualnych będzie jeszcze bardziej znarowiona i bardziej nieudaczna, niż dotąd.

W tych młodych jest przyszłość i jeśli naprawdę nam zależy na czymś więcej, niż podkreślanie własnej wyższości (co niektórym weszło w krew), to musimy nauczyć się do nich trafiać, z życzliwością i dobrą radą, a nie obrzucać inwektywami, (co sam słyszałem na własne uszy, więc proszę mi nie mówić, że to nieprawda) lub jak mało rozgarnięta partia z obywatelskością w nazwie, która atakuje swych potencjalnych sojuszników traktując ich na równi z PiS.

Nie dziś to jutro męczący duopol zostanie skruszony, to więcej, niż pewne.

Co po nim? To jest prawdziwy problem naszego kraju, a nie to czy prezes wygłupi się trochę mniej czy trochę więcej.

Jeśli więc nasze elity (dziś to słowo brzmi wręcz śmiesznie) chcą się zająć czymś na serio to czas najwyższy zwrócić uwagę na tę nową falę. Za cztery lata będzie zdecydowanie za późno. Ona już sama popłynie gdzie będzie chciała.

Obecne wybory to tylko incydent po drodze. Stąd takie emocje. Nic więcej.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

20 komentarzy

  1. A. Goryński 23.10.2015
  2. Magog 23.10.2015
  3. czytelnik 23.10.2015
  4. PiWo 23.10.2015
  5. slawek 24.10.2015
  6. narciarz2 24.10.2015
    • PiWo 24.10.2015
    • PiWo 24.10.2015
  7. narciarz2 24.10.2015
  8. narciarz2 24.10.2015
  9. j.Luk 24.10.2015
    • rodakzusa 25.10.2015
  10. A. Goryński 24.10.2015
    • j.Luk 24.10.2015
      • A. Goryński 25.10.2015
  11. narciarz2 25.10.2015
    • j.Luk 25.10.2015
  12. narciarz2 25.10.2015
  13. narciarz2 25.10.2015
    • PiWo 26.10.2015