Politycznie mówiąc — organizatorzy tego coraz bardziej atrakcyjnego historycznego już festiwalu, który zbudował most miedzy kulturą PRL i świeżo opierzoną kulturą post-komunizmu (ciężko jest tworzyć, jak się nie wie przeciw komu) – zapewniają mnie, że macki pisowskie do Krakowa nie dotrą i dalej będą i pieniądze i wolność, a ja, z zawodu optymista, w to wierzę.
Ciekawe, że dzieje się to wszystko w szponach wiary; w mieście, gdzie co któryś tam dom w rynku jest własnością kleru, a na jednej ze starych kamienic jest wyryty w cegle taki napis: Dom zaprojektowany przez inżyniera Musiała Bogdana, który pomyłek nie zrobił z woli Pana. Kilka ulic dalej przy wjeździe na parking kościelny, taka wisi tablica: Parking 4 złote, ale bezpłatny, jeżeli z zamiarem pomodlenia się.
Nie wiem jaki jest stan polskiej poezji artystycznej, ale poezja handlowa kwitnie; część tłumaczona z angielskiego, ale wiele jest w niej oryginalnego poczucia humoru — choć z często wątpliwym sensem komercyjnym. Weźmy na przykład nazwy piekarni: Chleb z niejednego pieca sugeruje że pieczywo ściąga się tu z różnych pieców nie mając nad wypiekiem kontroli, Czuła buła tworzy obraz miękkiej, źle wypieczonej bułki, która ma uczucia, ale nie smak. Nazwa restauracji Shabu-shabu zapowiada coś orientalnego, gdy w rzeczywistości chodzi o polski schab; nazwa baru Między ustami zamiast odwołać się do smaku alkoholu kojarzy się z seksem, ale tu mogę się mylić, bo we współczesnej poezji handlowej z seksem kojarzyć się powinno wszystko.
Moją nagrodę za najlepszą poezję handlową otrzymuje sklep optyczny Widzimisię.
Marian Marzyński


