Agnieszka Wróblewska: Reżim umiera powoli (6)10 min czytania

()
czarnobyl

Czarnobyl

2016-06-28.

W drugiej połowie lat 80. widać było już wyraźnie, że z „naprawą” Polski Ludowej partia sobie nie poradzi. Ciągle coś zmieniali, ale system nie działał. Obywatele dostosowali się jakoś, mniej więcej wiadomo było jak się poruszać, żeby żyć. Kiedy nie wystarczały kwiaty dla ekspedientki, był jeszcze Pewex. Oficjalnie nazywało się to „eksport wewnętrzny”. Tam za dewizy można było kupić wszystko – od pół litra po domek jednorodzinny. Dolary na te zakupy sprzedawali cinkciarze, którzy stali w wiadomych miejscach, można też było kupić z ogłoszenia. Bo chociaż handel walutami był zabroniony, w gazetach pisano czytelnym szyfrem: „powracającemu z zagranicy sprzedam…”

Cena dolara na rynku była znana – wyznaczało ją pół litra wyborowej — jedna flaszka = jeden dolar. I ta wycena trzymała się niemal do upadku PRL-u.

Państwo nie radziło sobie z gospodarką – im bardziej ją regulowało, tym szybciej wymykała się spod kontroli. Kiedy, na przykład, wprowadzono na bazarach obowiązek specjalnego zezwolenia na handel towarami z Peweksu, w miejsce zamykanych na bazarach kiosków pojawili się domokrążcy z torbami. Zarządzenia nie pomagały — ani na to, żeby nie wyciekała bokiem państwowa benzyna, ani na zwiększenie produkcji papieru toaletowego, ani na to, żeby Zachód kupował naszą produkcję.

24 listopada 1985

Odbyła się kolejna narada w Komitecie Centralnym PZPR na temat prasy i Jan Główczyk z Biura Politycznego znów źle ocenił „Przegląd Techniczny”. I podobno wymienił mnie po nazwisku za to, że „stosuję niesłuszną krytykę”. I podobno nie chcą, żebym pisała felietony i komentarze. Piszę – podobno, bo na razie wiem to tylko nieoficjalnie od Ewy Mankiewicz. I że naczelny się zbiera na odwagę żeby mi to przekazać.

Mam nadzieję, że on nie zbierze się na tę odwagę, bo bardziej boi się konfrontacji z dziennikarzami niż reprymendy KC. Dla mnie byłby to częściowy zakaz pisania. Na szczęście partia nie ma już takich kolców jakie kiedyś miała. Jednak ostatnio cenzura zdjęła mi felieton o inicjatywach oddolnych i drugi o spotkaniu samorządowców w toruńskiej „Elanie”. O moim pisaniu na tej naradzie powiedzieli podobno, że wnosi niewłaściwy klimat. I że nawet jeżeli cenzura nie ma formalnych podstaw aby zdjąć artykuł, to i tak moje teksty są złośliwe i nieżyczliwe.

A jak tu być życzliwym? Na receptę dla chorego systemu wymyśla się teraz np. pośrednie szczeble zarządzania nakazowego! Pytałam niedawno dyrektorów fabryk o reformę – mówili, że to jest nijaki system, ani rynkowy, ani nakazowy, żadnych reguł, słowem burdel.

26 listopada 1985

Jutro szef ma ze mną rozmawiać. Na razie zatrzymał mój reportaż z Opatowa, z którego byłam zadowolona. Leży też mój felieton, być może to już pokłosie tej narady w KC. Najbardziej czepiają się tekstów, w których jasno jest powiedziane o co chodzi. Bełkotać można, bo tego nikt nie przeczyta. W kraju trwa inercja, coś musi z tego wyniknąć. W najgorszym wariancie – jakiś neo-stalinizm. W najbardziej prawdopodobnym – dalsze gnicie. W najlepszym – przewali się w stronę systemu rynkowego i demokratycznego.

Na razie jest biurokratyczne gnicie. Do niedawna, na przykład, można było załatwić paszport na wyjazd za granicę w swojej dzielnicy, teraz – trzeba złożyć pismo do głównego urzędu paszportowego i potulnie czekać. Co wymyślą, to kolejna komplikacja dla życia obywateli.

Zespół socjologów pod kierunkiem prof. Kulpińskiej przeprowadził badania kadr wykształconych, wynika z nich powszechne przekonanie inżynierów, że ich kwalifikacje nie są wykorzystane. „Jeżeli obserwujemy kryzys chęci do pracy – piszą w tym opracowaniu – to tkwi on w braku poczucia sensu”.

16 grudnia 1985

Nie ma co narzekać, może być gorzej. Andrzej Garlicki był w Korei Północnej – tam obywatel musi wkładać do banku 20-30 proc swoich zarobków, a uruchomić je będzie mógł dopiero po zjednoczeniu Korei! Był też w Chinach, tam się modernizują, chcą się z tego wyrwać, ale są strasznie biedni. Przywiózł czarne jajka, byliśmy u nich na kolacji.

O wyborach:

– Przychodzi baba do lekarza: jest pan doktór?

— Nie ma, poszedł na wybory.

— Oj, to szkoda, bo właśnie przyniosłam wyniki.

Jak już jestem przy medycynie – znajoma pielęgniarka powiedziała mi, że ma takie starsze pacjentki, które mówią, że codziennie się modlą, żeby Reagan umarł, bo on, tak jak Hitler, zagraża światu. Telewizja ich do tego przekonała, a że brakuje podstawowych leków do niczego ich nie przekonuje.

4 stycznia 1986

Artykuł o wędliniarzu z Opatowa, którego nie chcieli mi drukować w „Przeglądzie Technicznym” dałam do „Polityki”. Zaraz po wydrukowaniu ten wędliniarz przyjechał, żeby się ze mną spotkać i przywiózł mi kawałek cielęciny!

Jego historia podobna jest do głośnej ostatnio afery z inwalidą, który został skazany za to, że codziennie o świcie woził z jednego miasta do drugiego świeże pieczywo, bo w tym drugim mieście było tylko czerstwe. Robił to, co się nazywa biznesem w każdym normalnym kraju. Podobnie mój wędliniarz — miał zakład dobrze wyposażony, mógł tam produkować tonę wędlin dziennie. Ale dostawał na miesiąc taki przydział „masy tłuszczowo-podrobowej” który starczał tylko na jeden dzień pracy zakładu. Więc wpadł na myśl, żeby samemu hodować świnie. Mówią, że brakuje świń, bo nie ma paszy. A on, że paszy jest pełno, tylko trzeba się po nią schylić. Skupywał na przykład stary chleb z okolicy, z mleczarni brał serwatkę, którą przedtem wylewali do rzeki. Świnie rosły, a kiedy je zabił, przerobił na kiełbasy i wstawił do sklepu przyszli do niego z nakazem aresztowania.

Zwolnili go po trzech miesiącach, bo ktoś wykrył zarządzenie z 1982 roku, że zakłady rzemieślnicze mogą się zaopatrywać w surowiec m.in. z własnego tuczu i nie jest do tego wymagana żadna zgoda. Kapitan MO z którym rozmawiałam mówił mi, że nie można tolerować, „kiedy ktoś nabija sobie kabzę kosztem biednych ludzi”. Ja na to — ale biedni ludzie szukają właśnie pasztetowej i kaszanki, którą wędliniarz robi, bo tych kartkowych 2,5 kg im nie starcza. Kapitan powiedział jednak, że wędliniarz „pachnie mu groźnie drobnym kapitalizmem”.

Co ludzie mają w tych głowach?! Państwowy przemysł mięsny, który bierze cały ubój ze skupu, otrzymał w ub. roku 60 mld złotych państwowej dotacji. A jeden rzemieślnik, który przejął od państwa tylko jeden zakład przynoszący milionowe straty, wpłacił państwu już po roku 300 tys. złotych podatku!

Jeśli mój wędliniarz bogaci się „kosztem biednych ludzi”, to co należy powiedzieć o państwowych kolosach do których wszyscy dopłacamy?

3 kwietnia 1986

Przebadano mleko w kilkunastu punktach skupu i okazało się, że 19 proc jest zanieczyszczone bakteriami, 30 proc. kurzem, słomą, piaskiem, a blisko 10 proc zawierało antybiotyki. Strach pić to co nam stawiają rano w butelkach pod drzwiami.

W prokuraturze wojewódzkiej w Lublinie zbierałam materiał do jednej śmierdziuszki – kradzież w fabryce. Rozmawiam z prokuratorem, który zaczynał pracę w 1952 roku. Wyciąga z biurka różne papiery i wypada mu zdjęcie Stalina wycięte z gazety. — O, co mi się jeszcze zachowało – mówi. A siedzący obok porucznik, który prowadził to śledztwo dodaje: gdyby on dłużej żył, to nie byłoby tylu przestępstw. Skarżyli się też, że dyrektor fabryki nie chce ich wpuszczać na teren zakładu bo nie zgadza się, żeby tam jego pracowników przesłuchiwali. Nic dziwnego, że wzdychają do tych lat kiedy wszystko mogli.

Lublin wygląda biednie, szaro, starówka w opłakanym stanie. Wszystko w Polsce psieje, knajpy śmierdzące, pijackie. Wieczorami w terenie chodzę głodna spać, bo strach zejść do hotelowej restauracji na kolację.

W niedzielę idziemy na plebanię do kościoła na Nowym Mieście, gdzie spotykają się dziennikarze i środowiska twórcze. Andrzej ma tam prezentować coś w rodzaju żywej gazety.

7 maja 1986

Przeżyliśmy „chmurę przyjaźni” z Ukrainy — pieprznęła tam elektrownia atomowa. W wolnej prasie byłby to temat dnia i setki reportaży, ale nie u nas. Awaria wydarzyła się w poprzednią sobotę, a Ruscy jeszcze w poniedziałek zaprzeczali Szwedom, którzy wykryli u siebie promieniowanie, że cokolwiek się wydarzyło! W poniedziałek po południu jednak się przyznali. Nasi ogłosili dopiero we wtorek. Podobno wojsko zameldowało wcześniej o zagrożeniu i już w niedzielę zawiązała się komisja rządowa, ale wszystko to w konspiracji przed narodem. We wtorek powiedzieli w dzienniku wieczornym, żeby krów nie wypędzać na pastwiska i że dzieciom będzie się podawać preparat jodowy.

U nas w domu akurat we wtorek była grupka kolegów z SDP, naradzaliśmy się nad formą przyznawania nagród dla dziennikarzy. W środę pojechaliśmy do Nataci i widzieliśmy po drodze, że krowy się w najlepsze pasły. Podobno generał powiedział: maksimum bezpieczeństwa, minimum paniki. Wobec tego ludzie się nie przestraszyli i nie uwierzyli w przestrogi. Baśka Pietkiewicz była w terenie w jakimś małym miasteczku, ludzie w sklepie mówili, że chłopom nie opłaca się produkować mleka, to w Warszawie wymyślili jakąś awarię. Dopiero po paru dniach, kiedy wracaliśmy z Mazur krowy z pól znikły.

Mleka nie pijemy na wszelki wypadek, chociaż do końca nie wiadomo kogo słuchać. Urban, w imieniu rządu jak rozumiem, demonstrował telewidzom z jakim apetytem zjada świeżą sałatę. Miała to być odpowiedź na plotki o zagrożeniach. I jeszcze gromił kraje zachodnie, że nie kupują naszej żywności. O napromieniowaniu, rzecz jasna, nie wspominając.

Nie jestem panikarą, jednak kiedy po tej awarii grzebałam w ziemi w Nataci, bo pieliłam grządki, miałam potem na dłoniach wysypkę, a nigdy dawniej to się nie zdarzało.

Po „chmurze przyjaźni” jest pełno dowcipów: – Co to jest licznik Geigera? – Przyrząd do mierzenia przyjaźni polsko-radzieckiej.

— Czy ZSRR wypłaci nam odszkodowanie? — Tak, w tegorocznych zbiorach z Ukrainy.

— Przychodzi baba do lekarza – co pani taka rozpromieniona? — Bo wracam z Kijowa.

— Będzie nowy serial: dawka większa niż życie.

A w związku z zapowiedzią Urbana, że wyślemy do Ameryki śpiwory dla bezdomnych, ogłoszenie: — Zamienię M-4 w Warszawie na śpiwór w Nowym Jorku.

20 maj 1986

Byłam parę dni w Brnie na Targach, zwiedzałam tamtejsze zakłady szklarskie. Robotnicy mnie pozdrawiali i mówili – „dzierżymy za Wałęsu, to dobry chłop”.

Zdenerwowałam się dziś, bo kolejny już raz zadzwonił do Andrzeja ubek, żeby „zaprosić” na rozmowę. Głównie wypytują go o opinie w sprawie stosunków polsko-amerykańskich. Niby nic w tym groźnego, Andrzej kontaktuje się z Amerykanami, ale nigdy nie wiadomo jaki oni myślą z tych rozmów zrobić użytek.

Idziemy dziś wieczorem „Pod Egidę”, jest nowy program Pietrzaka, nagramy dla naszej młodzieży i przez kogoś wyślemy.

Agnieszka Wróblewska

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.