Minister Antoni Macierewicz, jest człowiekiem wielkiej wiary – aż tak wielkiej, że uwierzył, iż zna się na wojnie. Mało tego: zna się aż tak, że tworzy nowatorskie wizje organizacji wojska.
Tylko niestety te wizje nie są nowatorskie. Wręcz pachną naftaliną i drastycznie mijają się z dzisiejsza rzeczywistością. Obrona terytorialna w wojsku polskim już istniała, nie jest niczym nowym. W 1969 roku brała nawet udział w manewrach Odra-Nysa na poligonie Drawskim. Później z tej formacji zrezygnowano z powodu jej znikomej przydatności.
Nie jestem wojskowym, nie chcę pouczać mądrzejszych od siebie, ale mam pewne doświadczenia życiowe. Po pierwsze, w przeciwieństwie do Macierewicza odbyłem dosyć porządną służbę wojskową, nie studencką, tylko w pierwszorzutowej jednostce liniowej. Po drugie, jako podróżnik i reporter widziałem z bliska parę zagranicznych wojen i innych działań militarnych. Jako dziennikarz śledziłem dość uważnie doniesienia o przebiegu współczesnych konfliktów zbrojnych. I wreszcie, jako mistrz i trener wschodnich sztuk walki, wiem, jaki typ psychiczny człowieka nadaje się na wojownika, a jaki nie (facet z „grupy rekonstrukcyjnej”, ganiający z drewnianym karabinem i wołający: pa, pa, pa… się nie nadaje). Resztę powinni już dopowiedzieć fachowcy od wojska, więc aby nie udawać mądrzejszego niż jestem, na wszelki wypadek skonsultowałem moją opinię z trzema zawodowymi oficerami.
Antoni Macierewicz ogłosił ostatnio, że aerokluby będą wspierać obronę cywilną z powietrza. Aerokluby się ucieszyły, bo myślą że dostaną kasę. Antoni jednak, jak z jego wypowiedzi wynika, ma koncepcję raczej odwrotną – on narzuci aeroklubom zadania, zaś kasę mają sobie sami znaleźć od sponsorów.
Koncepcja wspierania obrony cywilnej przez szybowce i cesny jest dość zabawna. Przypomina mi to pewien epizod z mojej ulubionej powieści Piotra Wojciechowskiego „Czaszka w czaszce”. Był tam pewien generał, który wybudował w Karpatach wielkie pochylnie do walki kawalerii z zeppelinami. To się jednak działo w szyderczej fikcji literackiej, zaś Antoni jest w realu. A szkoda, bo pomysł „kawalerią na zeppeliny” jest z tej samej bajki, co „motolotnią na czołgi”.
Cała koncepcja obrony terytorialnej (w takim kształcie) jest mocno archaiczna. Może to było dobre, gdy toczono wojny pozycyjne i budowano kilometry okopów. Ale już od II wojny światowej, działania zbrojne wyglądają inaczej, i czym bliżej dnia dzisiejszego, tym bardziej inaczej. Najnowsze konflikty zbrojne, to wojna manewrowa, punktowe uderzenia samodzielnych dywizji lub co najmniej brygad, dalekie rajdy w głąb terytorium przeciwnika.
Czy partyzantka leśnych dziadków, jest w stanie zatrzymać takie natarcie? Z pewnością nie. W takim punktowym uderzeniu biorą udział setki czołgów, wspierane potężną artylerią i lotnictwem. Tylko ktoś, kto nigdy nie widział (jak Antoni), jaką siłę ognia ma helikopter Mi-24 lub Apacz, kto nigdy (jak Antoni) nie był w prawdziwym wojsku, może sobie wyobrażać, że gromadka kiepsko wyszkolonych cywilów z kałaszami, może tu coś zdziałać. To nie te czasy, kiedy można było zwalczać czołgi butelkami z benzyną. Budowana wedle koncepcji Macierewicza formacja w razie poważnej wojny po kilku godzinach przestanie istnieć, a jej żołnierze zasilą szeregi poległych, nie zadawszy niemal żadnych strat przeciwnikowi.
A może jednak zapobiegną inwazji „zielonych ludzików”, jak w Donbasie? Też nie. Te „zielone ludziki” to byli komandosi z doborowych rosyjskich jednostek, zawodowcy wojny, wyszkoleni na poziomie zbliżonym do żołnierzy naszego „Gromu”. Tymczasem, wedle projektu, obrona terytorialna Antoniego M. ma odbyć tylko krótkie, kilkutygodniowe szkolenie wojskowe…
I tu skorzystam z mojego doświadczenia trenerskiego. Aby wyszkolić wojownika, czy to żołnierza, czy to zawodnika sztuki walki, trzeba minimum 2-3 lat intensywnych ćwiczeń. Taki wojownik szkolony przez rok jeszcze niewiele umie, a po szkoleniu przez miesiąc nie umie nic. Nie ma nawet elementarnej sprawności fizycznej. Owszem, może nauczy się strzelać z kałasza na strzelnicy, ale niemal na pewno w nic nie trafi na polu walki. Strzelnica to wygodna pozycja, nieruchoma tarcza, stała odległość od celu i spokój. Nic nie wybucha, nic się nie wali na głowę, żadne pociski nie lecą w naszą stronę.
Realna walka to zupełnie co innego. Nawet w walce sportowej na treningu można wspaniale wykonywać techniki, uderzenia, kopnięcia, rzuty – ale na macie czy na ringu podczas walki to już zupełnie inna bajka. W środowisku sportów walki są dwa istotne powiedzenia: „worki nie oddają uderzeń” i „zrobić można wszystko, tylko trzeba umieć i trzeba zdążyć”. Obydwa dotyczą też wyszkolenia wojskowego.
Reasumując, niewyszkolona „cywilbanda”, słabo uzbrojona, wspomagana przez lotnie i awionetki, ma walczyć z czołgami, Mi-24, lub komandosami z jednostek specjalnych. W dodatku ma podlegać bezpośrednio Macierewiczowi, czyli człowiekowi, który nie ma pojęcia o dowodzeniu. Nawet jeśli po drodze będą zwodowi oficerowie, to mają wykonywać jego rozkazy nie konsultowane ze sztabem generalnym. Czyli wiódł ślepy kulawego na komendę pijanego. Wojskowi, z którymi rozmawiałem, zgodnie uważają całe to przedsięwzięcie za czyste marnowanie czasu i pieniędzy, których brakuje na dozbrojenie i unowocześnienie armii.
Ale to nie jest jeszcze komplet poczynań ministra.
- Nocne najście na komórkę kontrwywiadu NATO i mianowanie jej szefem niejakiego Misiewicza, 26-letniego chłoptasia bez żadnego wykształcenia (tym bardziej w sprawach wywiadu wojskowego);
- Zerwanie kontraktu na śmigłowce bojowe i pomysły zastąpienia ich cywilną wersją innych śmigłowców (bez nawigacji nocnej, noktowizji i całej zaawansowanej technologii wojskowej, na która zgodę musi wyrazić Senat USA, a raczej nie wyrazi), śmigłowców o których budowie i zakupie nawet nie zaczęto jeszcze rozmowy;
- Rewelacje z sufitu o przekazaniu Mistrali Rosji przez Egipt „za jednego dolara” (nawet nie trzeba sprawdzać, jaki interes miałby biedny Egipt w tym, by kupować okręty za olbrzymie pieniądze i przekazywać je za darmo państwu, które wcale nie jest jego sojusznikiem?). Bzdura tak wielka, że żaden rząd nie raczył nawet na poważnie jej zdementować;
- Wypowiedzi na temat kompetencji niejakiego Berczyńskiego, który miał ponoć „badać tysiące katastrof lotnictwa wojskowego w USA” (według instytucji amerykańskich nie badał żadnej). Aby to było możliwe, musiałby badać kilkadziesiąt katastrof rocznie i żyć sto lat.
- Rozgonienie Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i zastąpienie ich „fachowcami” od obłędu w oczach, gotowania parówek i zgniatania puszek.
- Przedziwna wypowiedź o „broni elektromagnetycznej” testowanej ponoć na Polakach w Zachodniopomorskim, czym ponoć MON „się zajmuje”.
- I tak dalej, i tak dalej…
Jeśli dodamy do kompletu postępowanie Antoniego po katastrofie w Smoleńsku (najpierw idzie do restauracji na obiad, a później wyjeżdża pociągiem, w którym karze zasłaniać okna)…
Aż strach wyciągać wnioski.
Pewien stary doktor mawiał: „jak się słyszy głosy, to się ich nie powtarza”. Nic dodać, nic ująć.
Nie to jednak jest w tej sprawie najgorsze.
Po pierwsze istnieje podejrzenie, że wojska obrony terytorialnej mają być w rzeczywistości partyjnymi bojówkami PiS rekrutowanymi spośród najbardziej radykalnej prawicy, w tym organizacji jawnie faszystowskich. To dlatego nie mają podlegać sztabowi generalnemu, tylko politykowi.
Po drugie, od dwóch lat obserwujemy narastanie napięcia na linii Rosja-NATO i narastanie zagrożenia wojną. W tej sytuacji minister Macierewicz po prostu demoluje polską armię. Wyrzuca kompetentnych oficerów, zastępując ich karierowiczami, marnuje pieniądze potrzebne na unowocześnienie uzbrojenia, właśnie pozbawił wojsko nowoczesnych śmigłowców; sprawia, że jako minister nie jest w NATO traktowany poważnie.
Ten człowiek, niezależnie od przyczyny takiego postępowania, jest dla Polski po prostu niebezpieczny.
Gdyby Putin chciał umieścić w MON dywersanta, to chyba lepszego by nie znalazł.



Najbardziej prawdopodobna wojna to nie Rosja-NATO, tylko PiS-Polska. W tej wojnie wierne oddziały AM będą bezcenne.
Dobry tekst, gratulacje.
Jedno mnie tylko męczy, o tych żółtych papierach często wspominano i po prawej i po lewej.
I co? Od 1969 roku idioci byli tolerowani przez władzę bo pełnili szeroko rozumianą rolę użyteczną.
Wszyscy wiedzieli kto jest kto a nic im nie przeszkodziło aby robili kariery polityczne.
Śmiem zauważyć, że W.Putin trzydzieści lat temu był nikim a panowie i panie z żółtymi papierami chodzili w glorii destruktorów socjalizmu w wydaniu ZSRR..
I tak zostało, dokopać ruskim nawet z opcją zagłady czy utraty państwowości.
Bo komu potrzebna jest na świecie Polska?
Zawsze kłopoty…
Ja się zwolniłem siłą rozpaczy. Mój młodszy brat – nie. Więc jak on wrócił ze szkolenia, jako rezerwista-podporucznik, opowiedział mi, co to było OTK. Wg. niego normalna armia to byli Greczkowcy, czyli wojska Układu Warszawskiego. Natomiast OTK (Obrona Terytorialna Kraju) to było słabsze uzbrojenie i wyszkolenie, natomiast ciekawszy był skład osobowy. Istniało więc jakieś narzędzie selekcji odsyłające do OTK kryminalistów. Bo oni, jako przyzwyczajeni do „mokrej roboty” i mordobicia, lepiej się (rzekomo) nadawali do starcia z wojskami specjalnymi wroga. Ta kusząca, ale przypuszczalnie uznana za błędną koncepcja, doprowadziła zapewne, jako jeden z argumentów, do likwidacji OTK. Teraz to odżywa, nie mam jednak wątpliwości, że A.M. zamierza wystawić mi naprzeciw tych dorodnych patriotów na ulicy, gdy protest społeczny zacznie wymagać stłumienia siłą.
Nie jakimś zielonym ludzikom, tylko właśnie nam. Stąd jałowe jest roztrząsanie, jaką siłą bojową oni rzeczywiście dysponują. Na mnie i naszych mają wystarczyć. Macierewicz oczywiście nie widzi dalej, niż jeden ruch naprzód.
Jeśli ktoś był w wojsku w Ustce to wie co to było tzw. „Kongo”. To było wojsko. Prawdziwe wojsko w ramach Układu Warszawskiego. Pozostałe jednostki do pięt im nie dosięgały wyszkoleniem.
I kadra była jakaś taka normalna. Żadnej fali i innych głupot. Nie było na to czasu. Szkolenie tyle go zajmowało, że nikt z nudów nie myślał o pierdołach. W Marynarce siedziało się trzy lata, a kiedy wychodził taki dobrze wyszkolony marynarz to go na wszystkie sposoby proszono żeby został na zawodowego. Nie dziwię się, tam naprawdę trzeba było coś umieć, a wyszkolenie nowych to kolejne trzy lata. Pamiętam też jak oganiano się od ochotników, bo zgłaszali się z reguły ci co najmniej pojmowali. Dowódcy z reguły mieli inne zdanie kto się nadaje na zawodowego żołnierza.
Dziś ci wszyscy niedorobieni wojacy mają swój czas.
https://www.youtube.com/watch?v=7FmDhXPF-W4
To co w tym (i w innych) filmiku zdumiewa, to publiczne opowiadanie o szkoleniowcach z Legii Cudzoziemskiej. O ile mnie pamięć nie myli udział obywatela polskiego w tego typu jednostkach jest złamaniem prawa. Tylko kto to egzekwuje? O ostatniej próbie słyszałem na początku lat 90tych, a dziś jak się okazuje – to cieszący się estymą fachowcy.
Co do chwili i zakresu ich użycia nie mam najmniejszej wątpliwości. Pytanie tylko czy po ew. zmianie władzy (w przypadku gdyby jednak były kolejne wybory) ktoś to g***o ruszy. Przez ostatnie lata dojrzewało to w piwnicach i nikt nawet nie próbował niczego z tym zrobić. A wcale się nie tajniaczyło.
@ J.LUK – tak się składa, że w okresie 1973-1975 byłem w CSSMW wówczas im. Franka Zubrzyckiego w Ustce. Służyłem co prawda tylko 2 lata w jednostce szkolnej, ale coś niecoś wiem o KONGO – na terenie jednostki szkolnej była jednostka rakietowa. Gdy jesienią zorganizowano w szkole alarm bojowy (zapowiadany miesiąc wcześniej) polegający na nocnym ataku desantu z morza, kadra zawodowa miała pełne portki męstwa i zwiała do swoich mieszkań w Ustce. W jednostce bronili się tylko oficerowie dyżurni oraz żołnierze poborowi, z sukcesami zresztą. To co napisałem dotyczyło jednostki szkolnej a nie tej liniowej, poważnej.
* * *
Organizowanie OTK przez MON polega, jak można wyczytać z róznych doniesień, na integracji ochotników, głównie narodowców i kiboli, oraz entuzjastów militariów wszelkiej maści. Szkoleniem mają zająć się profesjonaliści, oby nie tacy jak z tego filmu, który Pan przytoczył. Taki zwolennik spiskowej teorii dziejów nie jest przygotowany nawet do warunków pola walki z pierwszej wojny światowej. To, naturalnie nie będzie żadne wojsko, a zwykłe, słabo wyszkolone jednostki paramilitarne. Sam pomysł zorganizowania oddolnie się rozwijających grup pseudo wojskowych pozwoli je przynajmniej zewidencjonować. Nie mam naturalnie wątpliwości po co są tworzone, ale znając twórcę jestem dziwnie spokojny o ich skuteczność. Nie będą one w stanie odegrać roli policji politycznej z wielu powodów, o których można by wiele, począwszy od Napoleona: „po pierwsze nie mamy armat”. To co jest nieuchronnie związane z takim systemem OTK to naturalnie wiele indywidualnych nieszczęść ludzkich na skutek porachunków, rewanżu czy wskutek fundamentalizmu, fanatyzmu czy chorób psychicznych. Tego rzeczywiście przez ostatnie kilkanaście lat nikt nie próbował ani kontrolować ani zneutralizować. Teraz przynajmniej będzie to jakoś umiejscowione.
* * *
Pomysł na stworzenie 16 brygad OTK, (średnio po 3 tysiące osób jedna), po jednej na każde województwo ma także aspekt pragmatyczny. Czas niezbędny na stworzenie takiej organizacji znacznie przekracza horyzont jednej kadencji. Chyba, że chodzi o wyniki papierowe – papier jest cierpliwy i wszystko wytrzyma. Nie obawiam się o brak wyborów, bowiem tempo w jakim obecne władze aktywizują różne grupy społeczne w proteście przeciwko głupocie wymusi zmiany dużo szybciej niż się spodziewamy.
Też przeżyłem w Ustce parę alarmów. Odbywało się to tak jak pan opisał.
Miło słyszeć tym bardziej, że to nie jedyne zbieżności jakie nas dotyczyły. Mnie do Ustki oficerowie z RKU zesłali „na złość” w intencji wyrwania mi 3 lat z życia. Gdyby wiedzieli jak bardzo się pomylili i jaką przysługę mi robią zesłaliby mnie pewnie na jakiś komunistyczny księżyc. A tak zafundowali mi jedną z najciekawszych obserwacji uczestniczących jakich doświadczyłem.
Sławek – zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Mam znajomych zajmujących się w wolnym czasie ostrzeliwaniem sie plastykowymi kulkami ASG. Chłopaki na wizus sprawiają piorunujące wrażenie ale z rozpędu to sam rozgoniłbym to towarzystwo gołymi rękami. Pan Goryński pisze o ciekawym składzie osobowym OTK. I ma rację – bo to właśnie były jednostki tego typu. Ich głównym zadaniem było wzięcie w ryzy najbardziej skryminalizowanewgo elementu, którego nie było za co w danym momencie zamknąć. Jak widać – koncepcja padła na ryj – z przyczyn oczywistych. Nie da się z bandy indywidualistów zrobić oddziału wojskowego. To samo czeka pomysł Maciorewicza. Ale on ma gumowe papiery i ubzdurał sobie, że to Misiewicze i Janningery. Słusznie prawi Sławek, że najpewniej doprowadzi to do jakiejś ilości indywidualnych tragedii, ale SA z tego nie będzie. Ma to natomiast jeden dość poważny plus – pozwoli na zewidencjonowanie tej bandy świrów bez uciekania sie do działań operacyjnych prowadzonych przez policję. W wojsku jest całe mnóstwo Żołnierzy takich jak Płk Adam Mazguła. Więc trochę optymizmu.
Pozdrawiam
Kto powiedział, że te nowe wojsko macierewiczowe ma być użyte w wojnie?
Przecież jak drut „stoi napisane”, że ma chronić państwo przed dezinformacją, demonstracjami i „wrogiem wewnętrznym”…
Już widzę jak ta formacja strzela do manifestacji np. KOD, albo opozycyjnej partii…
Obym się mylił porównując tę przyszłą organizację paramilitarną do ORMO… oby nie SA lub SS…
po prostu smutne
Wyszkolenie.. a predyspozycje. Obrona terytorialna to jeden z dowcipów obecnego wieku.
Czytałem w książce o sztukach walki, jak to w policji NYC pojawiła się dziewczyna niezwykła
Babka na matę kładła niemal wszystkich mężczyzn. Poszła na ulicę pierwszy raz na patrol, po jakimś czasie zaczepił ją motocyklista taki jak na filmach, potwór wytatuowany z bliznami..
Zaczepił ja w bandycki sposób, zaczynając od bluzgów. Kobitka zemdlała a motocyklista okazał się podstawiony przez policję aby sprawdzić koleżankę w boju.
Gdzieś przeczytałem, że tylko 5% populacji mężczyzn na świecie bez wahania jest w stanie zabić innego człowieka.
Ja zawsze trenowałem biegi krótkie.. kilka razy w młodości przydało się.
Do „osiągnięć” Pana Ministra dodałbym koniecznie jego występ kilka lat temu, jak opowiadając „to był zamach” krzyczał, wymachując rękami, że „to jest wojna!”. Widziałem to w wiadomościach telewizyjnych, żałuję, że żadna ze stacji tego obrazka nie przypomina.
Nie byłem w Ustce. Służyłem w 1 Praskim Pułku Zmechanizowanym w stanie wojennym i wiem, jak wygląda wojsko. Nieco inaczej niż wyobrażają sobie „żołnierze” z grup rekonstrukcyjnych i wielbiciele wyklaków (wyklaki to mój neologizm, krótsza forma 'żołnierzy wyklętych’, nie ukrywam, że stworzona na wzór 'świeżaków’ z Biedronki). Chwilami zastanawiam się, czy błędem nie była rezygnacja z powszechnej, obowiązkowej służby wojskowej. Gdyby taki rekonstruktor wyszorował kible, posprzątał „rejon”, dwie godziny czyścił broń, nie dostał żarcia na czas, usłyszał od oficera „3 kroki żołnierzu” i przespał się na skrzynkach z amunicją w Skocie, to inaczej spojrzałby na romantyczną tradycję i na te wszystkie pierdy o poświęceniu i ofierze i dałby sobie spokój z udawaniem powstańca.
Swego czasu na studiach usłyszałem od wykładowcy co to zaliczył był zdobywanie Berlina
określenie oficer biurkowy, p pułkownik już emeryt, objaśnił że to są wszystkie szarże co siedzą za biurkiem i wydają rozkazy, nawet najbardziej idiotyczne, A jak potem uzasadniają..
Obecnie największym zagrożeniem są cywile-debile wydający rozkazy wojsku .
Pobór powszechny spełniał wszystkie wymogi OTK.
Obsłużenie kałacha zajmuje kilka godzin, czołgu czy wyrzutni rakietowej już nie, trzeba mieć wykształcenie i należy umieć toto obsłużyć plus predyspozycje psychiczne.
Od ruskiego anegdota..
ZSRR – główna kwatera wojsk rakietowych, Natalia Palowana ściera kurz z konsoli.
Naraz odzywa się syrena i zapala czerwone światło. Obecny tam major zrywa się z za biurka i krzyczy..
Paszła w pizdu!! Już ide, już ide woła Natalia Pawłowna..
Nie ty!! Filadelfia!!
Nie bardzo rozumiem, czemu nie używamy określeń: agent wpływu, zdrada polskiego interesu narodowego. To nie hejt, tylko opis sytuacji. Zapytajmy prokuratorów wojskowych, oczywiście tych, którzy nie podlegają panu Zbyszkowi a mieli do czynienia z przypadkami działania na szkodę obronności.
@ Mariusz Malinowski
„czemu nie używamy określeń: agent wpływu (…)”.
Zapytam ja (i to także nie hejt): czemu przede wszystkim nie używamy słowa „świr”?
Całkowicie zgadzam się z oceną działalności i szkodliwości Pana Ministra. Pytanie, kim właściwie jest Antoni Macierewicz i dlaczego robi to, co robi, jest intrygujące. Trzeba jednak także pamiętać, że przecież ten człowiek nie mianował się sam na stanowisko, które zajmuje. Ktoś decyduje o składzie rządu — i przecież tym kimś nie jest nawet Pani Premier, która w kampanii wyborczej nieprzekonująco próbowała rekomendować do MON Jarosława Gowina. Ktoś wpuścił lisa do kurnika; ktoś toleruje kolejne szaleństwa Antoniego. Ten ktoś jest niedużego wzrostu i kiedyś miał brata bliźniaka. Jeśli Macierewicz jest szkodnikiem, to jego mocodawca jest królem szkodników. Gdyby Putin chciał mieć w Polsce naczelnego dywersanta, kto pasowałby do tej roli?
Ustkę wprawdzie znam z terenów położonych po prawej stronie wejścia do portu, ale także i tam docierały wieści o tym co się działo na terenach zamkniętych dla osób postronnych. Od zawsze wiedziałam, że w moim miasteczku (nie w Ustce) nie dochodząc do płotu jednostki OTK należy przejść na drugą stronę ulicy z powodu zachowań mało rycerskich skoszarowanych osobników. Wojsko znam tylko ze studium wojskowego i ćwiczeń OC (a jakże, zdążyłam zaliczyć obydwie „formacje”). Nieco bardziej jednak mnie niepokoi ta próba rekonstrukcji (niby)OTK. Bardziej niż żółte papiery pana ministra. Bardziej może dlatego, że co nieco widziałam w jednym z urzędów, gdzie (niby)OTK otrzymała pomieszczenia dla swoich organizatorów (braci założycieli), a może dlatego, że kiedy czytam lub słyszę o planach utworzenia zawsze mi się one kojarzą z NJW i ich rolą przypisaną w 1992 r. po ogłoszeniu list Macierewicza. Wiem, tamte wojska były specjalistycznymi jednostkami, ale skąd pewność, że jednym rozkazem nie będzie można kadrowo i sprzętowo zasilić (niby)OTK w jedną noc? Tym bardziej, że i wtedy i dzisiaj rozkazy odwołujące lub mianujące dowódców wydawane są z godziny na godzinę. Wtedy sytuacji zapobiegli oficerowie z BBN, przekazując niczego nie podejrzewającemu Milczanowskiemu (w końcu to jemu podlegały NJW przez zaledwie kilka dni po odwołaniu z MSW Macierewicza) tajny szyfrogram, dzisiaj chyba nie byłoby takiej możliwości.
*
Ot, takie sobie rojenia baby niewojskowej – tylko nie zabijcie mnie Panowie śmiechem.