W środę 24 maja 2017 o godz. 8.30 Franciszek gościł zwycięskiego rywala Sandersa, Donalda Trumpa. Z Sandersem, mimo bliskości poglądów, Franciszek zamienił tylko kilka zdań. Z prezydentem Trumpem, mimo radykalnych różnic, rozmawiał przez pół godziny. Oczywiście takie są wymogi protokołu dyplomatycznego: kandydat na urząd, to nie pełniący już ten urząd.
Mimo wszystko różnicę warto odnotować. Wszak nie tylko o poglądy chodzi. Trudno o większy kontrast tych dwu osobowości i różnice w spojrzeniu na praktycznie wszystko. Są one powszechnie znane, więc nie będę się nad nimi rozwodził.
To, co mnie zastanowiło – to fakt, że ci dwaj panowie, tak różni, potrafili jednak znaleźć coś, co ich łączy – troska o pokój na świecie. Tak, wiem, to tylko słowa, dyplomatyczna ściema, ale czy naprawdę? Czy nie warto uwierzyć, że Trump rzeczywiście przeczyta, choćby z nudów, jeśli nie z ciekawości, przekazane mu przez papieża teksty? A i Franciszek pewnie będzie ostrożniejszy w rzucaniu uwag w stylu „człowiek, który buduje mury nie jest chrześcijaninem”.
A Trump być może mniej chętnie będzie nadstawiał ucha swemu głównemu strategowi Steve’owi Bennonowi (ciekawe, że zabrakło go w delegacji do Watykanu, mimo że był w poprzednich krajach; być może stało się tak ze względu na jego wrogie komentarze wobec Franciszka).
Oczywiście, że było to inne spotkanie niż z Barakiem Obamą, który w 2014 złożył kurtuazyjną wizytę w Watykanie (Obama też obiecał, że będzie czytał teksty papieskie). Jednak wydaje mi się, że warto odnotować sam fakt spotkania między tak różnymi ludźmi jak Trump i Franciszek i okazywany sobie wzajemny szacunek. Każdy z nich pozostał przy własnych poglądach, a zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nie sądził, że będzie inaczej. A jednak morał z tego taki, że warto rozmawiać i się spotykać.
Najgorsze jest sekretne knucie i przypisywanie innemu jak najgorszych intencji. Może warto czasem wymienić grzeczności – choćby po to, by nie demonizować przeciwnika politycznego? To może się przydać w chwili, gdy rządzący przejdą do opozycji. Co prędzej czy później jednak się stanie. Jakże by się nam przydał ten program minimum w Polsce i to nie tylko w polityce.
I na koniec słowo o kobietach. Najpierw o pierwszej damie – Melanii Trump. W Arabii Saudyjskiej występowała z odkrytą głową, manifestując swoją niezależność i godność kobiety. W Watykanie, jako katoliczka, poddała się protokołowi i ubrana na czarno przysłoniła głowę welonem, a papieża poprosiła o pobłogosławienie różańca. Potem odwiedziła szpital pediatryczny im Dzieciątka Jezus.
I o córce Ivance Trump, która odwiedziła wspólnotę Sant’Egidio znaną z zaangażowania na rzecz uchodźców. Godzi się przypomnieć, że Wspólnota Sant’Egidio jest m.in. odpowiedzialna za inicjatywę tzw. korytarzy humanitarnych, w ramach której do Włoch, Francji i Hiszpanii mogą dotrzeć najbardziej potrzebujący uchodźcy z Bliskiego Wschodu i Afryki – bez konieczności udawania się w niebezpieczną podróż przez Morze Śródziemne. To ważne gesty przypominające, że symbole kształtują naszą wyobraźnię i myślenie o innych.
Stanisław Obirek


Czytałem niedawno książkę o życiu Trump’a: „Trump Revealed: An American Journey of Ambition, Ego, Money, and Power” napisaną przez Michael Kranish and Marc Fisher. Trudno mi uwierzyć że Trump mógłby zmienić się aż tak bardzo i pójść za sugestią papieża. Myślę że to spotkanie to tylko dobra zagrywka polityczna.
Nie mam tyle optymizmu co Pan Profesor. Trump to dla mnie, delikatnie rzecz ujmując, nadęty bufon ( o ile doniesienia mediów dotyczące jego zachowania m.in. wobec kobiet są prawdziwe), często mijający się z prawdą, zapatrzony w siebie populista.
Nie sądzę, żeby Trump był zainteresowany czytaniem przekazanych przez papieża tekstów. Prezydent to miłośnik krótkiej formy (twitter) , a do mediów przeciekają informacje, że z niechęcia czyta (lub w ogóle) adresowane do niego przez administrację opracowania i informacje.
Nie wiem, jakie Trump ma intencje, jednak jego zachowanie nie nastraja mnie optymistycznie.
Mam również mieszane uczucia, co do jego „pierwszej wizyty”. Nie jest zapewne przypadkiem ani nieznaczącym faktem, że dotyczy trzech wielkich i ważnych religii. Dlaczego ta kolejność?
Melania Trump; i tu mam problem. Z jednej strony demonstruje niezależność i godność nie zakładając okrycia głowy w Arabii Saudyjskiej, z drugiej strony nakłada mantylkę w Watykanie. Rozumiem, że kobiety w Europie nie mają ograniczonych praw, a papież nie jest dyktatorem, więc zgoda na nałożenie mantylki nie powinna być odczytywana, jako aprobata nieprzyjaznego kobietom systemu. Coś mi tu zgrzyta.
Nie zawsze spotkania muszą prowadzić do zmiany własnego światopoglądu. Wystarczy jeśli przyczyniają się do lepszego poznania drugiej strony. W tym wypadku właśnie na ten wymiar kontaktów międzyludzkich chciałem zwrócić uwagę. Stereotypy i postawy fundamentalistyczne oparte są przede wszystkim na ignorancji i niechęci poznania. Postawy wobec uchodźców w Polsce to klasyczny przykład właśnie takiej zawinionej ignorancji, którą rząd (vide wczorajsze wystąpienie premier Szydło) przedstawia jako postawę prawdziwego patriotyzmu i obrony tożsamości narodowej.
„Każdy z nich pozostał przy własnych poglądach”.
Szkoda. Fajnie by było gdyby – jak w filmach o zamianach osobowości – panowie zamienili się poglądami. Papież by wiele zyskał u większości swoich współwyznawców, którym brakuje celebry, twardości szefa i ostrych wypowiedzi o „innych”. Trump pewnie zmieniłby język, co by wielu przyjęło z ulgą, ale przecież jak wszyscy prezydenci USA nie zmieniłby polityki.