Stanisław Obirek: Fatalne dziedzictwo12 min czytania

()

07.09.2018

Recenzując w 1995 roku świetną książkę Ewy Wipszyckiej Kościół w świecie późnego antyku, wydaną rok wcześniej ks. Marek Starowieyski pisał: „Czy więc książka nie jest zemstą stereotypów na ich bezlitosnej tropicielce? Słusznie bowiem ostrzega Autorka przed śmiertelnym niebezpieczeństwem stereotypów – sama, jak się zdaje, padła ich ofiarą”.

Zaś główną słabość jej badawczej metody dostrzegł w braku zrozumienia teologii patrystycznej: „Podstawowym mankamentem jest niezrozumienie przez Autorkę teologii patrystycznej i jej ewolucji, a bez niej historii Kościoła starożytnego uprawiać się nie da”.

Czyżby? Wszak poznanie starożytnego Egiptu nie jest warunkowane znajomością teologii egipskiej ani dziejów Indii przyjęciem skomplikowanej, jedynie hindusom znanej teologii. Zapewne podobny zarzut znakomity teolog patrystyczny skieruje pod adresem błyskotliwej książki Petera Browna poświęconej dość szczególnej antropologii Ojców Kościoła.

Peter Brown, Ciało i społeczeństwo. Mężczyźni, kobiety i abstynencja seksualna we wczesnym chrześcijaństwie, tłum. Ireneusz Kania, wyd. homini, Kraków 2006, „Odra”, 2 (2008), ss. 85-87.

Peter Brown bowiem zdaje się „zupełnie nie rozumieć wzniosłej teologii abstynencji seksualnej” głoszonej i praktykowanej przez katolickich teologów pierwszych wieków, wprost przeciwnie, zdaje się znajdywać perwersyjną uciechę w tropieniu ich dziwactw, a nawet dewiacji.

Na szczęście katoliccy teologowie nie decydują, co może się pojawić na rynku księgarskim. I dzięki Bogu. Możemy bowiem zapoznać się wreszcie (oryginał angielski ukazał się w 1988 roku) z klasyczną już pozycją na temat rozumienia przez wczesne chrześcijaństwo ludzkiej seksualności, a zwłaszcza z jego szczególną ewolucja pod wpływem określonych koncepcji filozoficznych, często dalekich od źródłowej nauki Jezusa z Nazaretu.

Peter Brown, protestancki teolog pochodzący z katolickiej Irlandii nie jest obcy polskiemu czytelnikowi. W 1991 roku ukazał się jego barwny fresk Świat późnego antyku. Od Marka Aureliusza do Mahometa, a dwa lata później biografia najsłynniejszego bodaj z zachodnich Ojców Kościoła Augustyna z Hippony. Obie pozycje należą do wczesnych prac Browna i stanowią przykład znakomitego użytku z imponującej erudycji, która służy rozumieniu właśnie.

Ciało i społeczeństwo to próba spojrzenia na początki chrześcijaństwa z perspektywy najbardziej bodaj intrygującej – z pozycji cielesności poddanej dość szczególnej reinterpretacji, której skutki odczuwalne są do dzisiaj. Jest rzeczą ciekawą, iż to nie nauczanie Jezusa lecz Pawła należy uznać za fundament chrześcijańskiego spojrzenia na ludzkie ciało i na seksualność w ogólności. Nie dziwi więc, iż to właśnie autor Corpus Paulinum zajmie poczesne miejsce w historycznej wykładni.

Książkę Browna cechuje szczególne połączenie oświeceniowego racjonalizmu i ironicznego dystansu wobec wybujałości chrześcijańskiej pobożności omawianego okresu. Przy okazji warto zaznaczyć, iż polski tłumacz znakomicie sprostał owej stylistyce ofiarując polskiemu czytelnikowi prawdziwą ucztę językową. Język Ireneusza Kani nie tylko wiernie oddaje myśl autora lecz pozwala autentycznie radować się smakowitymi figurami retorycznymi określającymi zarówno styl jak i życie bohaterów Ciała i społeczeństwa. Ich życie stanowiło osobliwe połączenie wiary w zbawcze działanie Jezusa Chrystusa z przekonaniem, iż ludzka odpowiedź winna rozsadzać zastane formy życia społecznego. Tak zrodził się mnisi ideał ucieczki od grzesznego świata – fuga mundi – który stanowił realne zagrożenie dla życia miejskiego zwłaszcza. Stąd konieczność zakreślenia ostrych granic pomiędzy grzesznym miastem i anielską pustynią.

Nie były to wszak przestrzenie całkowicie odseparowane, wprost przeciwnie, istniał cały system wzajemnych odniesień, który przydawał życiu w mieście osobliwego smaku (zawsze można było z niego uciec!), a mieszkańcom pustyni – „naszym aniołom” – istnienie miast uświadamiało wzniosłość ich powołania. Brown kreśli barwną panoramę owych napięć istniejących pomiędzy tymi dwoma światami w porządku chronologicznym i z uwzględnieniem różnic geograficznych. Jest to o tyle ważne iż powstające chrześcijaństwo z trudem i stopniowo tylko przenikało do struktur miejskich, przez wieki współżyjąc nader zgodnie z pozostałościami świata pogańskiego, a nawet więcej, zyskiwało na znaczeniu dzięki adaptacji tych pozostałości do własnych celów.

Przy tym niemal na każdej stronicy Peter Brown przypomina Czytelnikom jak bardzo te odległe czasy współkształtują oblicze dzisiejszego chrześcijaństwa.

Możemy dodać, iż zapewne nie jest dziełem przypadku, że teolog Joseph Ratzinger w tak przemożnym stopniu określający ostatnie dziesięciolecia doktrynę katolicką, w jednym z najbardziej wpływowych Ojców Kościoła Zachodu widzi swego mistrza – w Augustynie z Hippony.

Jest więc rzeczą ważną, iż książka Browna pokazuje jak bardzo boskie nauczanie Augustyna uwikłane jest w niezmiernie ludzkie ograniczenia. A wszystko zaczęło się od fatalnego dziedzictwa Pawła z Tarsu, od niego więc zaczyna swoją opowieść Brown. Ale może przed tym bardzo trzeźwa uwaga z zakończenia książki: „Powinniśmy wszelako pamiętać, że śledzimy losy szczupłej i krzykliwej mniejszości w łonie społeczności społeczeństwa starożytnego, zmieniającego się bardzo powoli. Nawet mniejszość była podzielona w swych opiniach. Wczesny Kościół był tak twórczy dlatego, że jego najbardziej elokwentni przedstawiciele nader często nie zgadzali się z sobą nawzajem”.

Jest to uwaga o tyle istotna, że zwykliśmy postrzegać początki chrześcijaństwa poprzez idealizujące okulary; bądź to przez pryzmat męczenników ginących na arenach ku uciesze pogańskiej gawiedzi, bądź z perspektywy subtelnych teologicznych dysput. Jedno i drugie niewątpliwie było częścią tej historii, ale było jej marginesem. Podobnie kontrowersje wokół seksualności emocjonowały mniejszość. Zdecydowana wielkość była ich całkiem zwyczajnie nieświadoma. Podobnie jak to się dzieje i dzisiaj.

Tak więc św. Paweł był u początków. Peter Brown nie tylko poświęca mu sporo uwagi w swojej książce, ale ciągle wskazuje na nawiązania i kontynuacje Pawłowych koncepcji. Paweł z Tarsu, podobnie zresztą jak i Jezus z Nazaretu, był do gruntu przeniknięty  judaizmem ówczesnej Palestyny, ale jednocześnie w sobie tylko właściwy sposób wskazał na osobliwe rozdarcie człowieka poddanego woli Bożej: „Żaden żydowski autor nigdy z taką udręką jak Paweł (w słynnym rozdziale swego Listu do Rzymian) nie wyczuwał nagiej siły oporu wobec Bożej woli, zakumulowanego w ludzkich sercu. Przedstawiał je on jako do gruntu stwardniałe, w stopniu, jakiego współczesny mu judaizm nawet nie podejrzewał”. A swoje intuicje przedstawił w sposób tak skondensowany, iż z łatwością poddawał się interpretacjom bardzo różnym.

Krótko mówiąc każdy mógł w listach Pawła wyczytać, to co chciał w nich znaleźć.

Nie dziwi więc, iż można w nich „nakreślić przyszły bieg myśli chrześcijańskiej na temat osoby ludzkiej”. A tyczyło to w sposób wyjątkowy pojęcia cielesności, które po Pawle nie było już pojęciem neutralnym, ale koniecznie kojarzyło się z czymś ułomnym i napełniającym lękiem.

Oczyma Pawła będzie patrzył zarówno Wschód jak i Zachód, miasto i pustynię, bogatych i nędzarzy; nikomu nie uda się wymknąć spod jego uciążliwego ciężaru. Sposoby pokonywania ciała i jego pokus będą jednak różne, zależne od miejscowych tradycji i konkretnych możliwości.

Na Wschodzie, gdzie pustynia zdawała się przeważać doszły do głosy sposoby nader egzotyczne i budzące na zorientowanym praktycznie Zachodzie, po prostu i zwyczajnie, zgorszenie.

Zarówno Ambroży jak i jego uczeń Augustyn potrafili wprząc seksualność w służbę społeczeństwa, nieodwołalnie kojarzonego z dobrem Kościoła. Zwłaszcza Ambroży, jako nieodrodny syn rzymskiej arystokracji i zapewne dzięki wewnętrznej znajomości społecznej struktury Imperium Romanum, potrafił narzucić nowy ład, również cesarzom: „W zamian za posłuszeństwo nakazom Kościoła podsuwał cesarzom ponętny miraż zachodniorzymskiego społeczeństwa zjednoczonego w niezachwianej lojalności wobec jednej, potężnej sprawy – Chrystusa i Jego prawdziwego, katolickiego Kościoła.

Była to surowa i defensywna wizja świata, ale aż nadto dobrze trafiająca w nastroje jakie panowały w północnej Italii w okresie 380-390 r., kiedy to pękła rubież dunajska, a seria wojen domowych wtrąciła cały region w stan permanentnej mobilizacji”.

Zresztą równie ważne były predyspozycje osobiste samego Ambrożego, który dość skutecznie przeobraził się ze skutecznego gubernatora Ligurii w latach siedemdziesiątych w charyzmatycznego biskupa Mediolanu w latach osiemdziesiątych czwartego wieku. Postrzegał on świat jako zespół dychotomii, w których chrześcijanin musiał się odnaleźć: „Mamy do czynienia z człowiekiem, którego świat wyobrażony był systemem napięć. Tworzyły go serie potężnych antytez – chrześcijańskie-pogańskie, katolickie-heretyckie, prawda Biblii – ‘świeckie’ domysły, Kościół-saeculum,, dusza-ciało.

Wszystko obmyślił sobie tak, że każda próba zatarcia bodaj jednej z antytez czy przełamania bodaj jednej bariery, tyczącej się nawet najdrobniejszych szczegółów małomiasteczkowego życia, jak choćby beztroskiej tolerancji dla mieszanych małżeństw na przedgórzach Alp, wprawiała całą resztę w rezonans w jego umyśle.

Bycie chrześcijaninem katolikiem oznaczało podtrzymywanie absolutnego charakteru tych antytez; godzenie się na ‘domieszki’ było kalaniem ciała własnego i ciała Kościoła”.

Jakże swojsko brzmią te antytezy, czyż we współczesnej wersji nie odnajdujemy ich w wizji „cywilizacji miłości” proklamowanej przez Kościół przeciwstawianej „cywilizacji śmierci” jakiej oddaje się świat poza Kościołem? Jej korzenie można odnaleźć u energicznego biskupa Mediolanu w IV wieku.

W tym samym czasie gdy Ambroży zarządzał Mediolanem synod rzymskiego duchowieństwa wydalił z miasta dalmatyński księdza Hieronima. Nawet jeśli powody nie są zbyt jasne, to wydaje się, iż nazbyt złośliwe pióro ascety wystarczyło, aby się go pozbyć po śmierci papieża, który go osłaniał. I trudno się dziwić, poglądy Hieronima widocznie daleko odbiegały od pragmatycznie nastawionego kleru. Poza tym, zupełnie wyjątkowy sukces duszpasterski pośród bogatych matron rzymskich nie wszystkim się podobał.

A jednak to poglądy tego krewkiego miłośnika samotności zdominowały myślenie chrześcijaństwa o ciele: „Ludzkie ciało było dla Hieronima mrocznym lasem, pełnym ryczących dzikich bestii, dającym się kontrolować jedynie poprzez ścisłą dietę i rygorystyczne unikanie okazji do podniet seksualnych. Żaden, bodaj największy trud ascetyczny, żadne też wspólne intelektualne uniesienia nie mogły tego faktu przesłonić” I to właśnie Hieronim: „Poprzez swą egzegezę Apostoła [Pawła S.O.] przyczynił się, w stopniu większym niż którykolwiek inny współczesny mu autor łaciński, do ostatecznej seksualizacji Pawłowej koncepcji cielesności. Ciągle tak samo żywe odczucie seksualnego niebezpieczeństwa, tkwiące głęboko w cielesnej osobie, zaćmiewało wszystkie inne sensy cielesności”.

Przy okazji Brown koryguje dość rozpowszechnione przekonanie, iż to Augustyn stał się głównym autorytetem w nieufnym spojrzeniu na cielesność. Praktyka okazała się zupełnie inna. Jako biskup w Hipponie, Augustyn okazywał znacznie więcej zrozumienia dla ludzkiej słabości (również seksualnej), niż by to wynikało z jego pełnych pasji oskarżeń jakie kierował pod własnym adresem w niezapomnianych Wyznaniach: „W odróżnieniu od krewkiego Hieronima, a nawet od Ambrożego, Augustyn z wyjątkową ostrożnością starał się w częstych, cierpliwych egzegezach listów Pawła wykazywać, iż cielesność to nie całkiem po prostu ciało; cielesnością jest wszystko, co wiedzie ludzką jaźń do przedkładania własnej woli nad wolę Boga”.

W każdym razie jakże daleko jesteśmy od harmonijnej wizji listu anonimowego autora Listu do Diogeneta z II wieku, który dostrzegał świat jako ziemię obcą, a jednak jedyną w jakiej przyszło chrześcijaninowi żyć. Wiek IV będzie miał ambicję nie tylko przemiany tego świata, ale stopniowego podporządkowania go Miastu Boga.

Jeszcze inną strategię przyjmie Wschód, któremu Brown poświęcił centralny rozdział swej pracy. Jest on też najobszerniejszy (124 strony!). Jest rzeczą ciekawą, iż to nieszczególnie negatywne spojrzenie na seksualność było przyczyną wagi, jaką do niej przywiązywano na Wschodzie, to raczej dostrzeżenie w ciele swoistej tajemnicy skrywającej klucz do rozumienia życia jako takiego obudziło falę zainteresowania, i to właśnie ono, jak się wyraził Jan Klimak, było „gliną podnoszoną przez człowieka na tron Boga”.

Podobnie legendarny mizogynizm służył utrwaleniu podziałów pomiędzy miastem i pustynią. Brown widzi tu element szerszej strategii, pozwalającej na usytuowanie potężnego ruchu ascetycznego w późnorzymskim społeczeństwie.

Ale może zatrzymamy się tutaj zachęcając do sięgnięcia po Ciało i społeczeństwo, kreślące z takim rozmachem miejsce mężczyzn i kobiet we wczesnym chrześcijaństwie, którzy w samej rzeczy, zgodnie z życzeniem Autora, odzyskują swe żywe rysy, rozgrzewając „lodowe nuty”, którymi zupełnie niesłusznie obrosły tematy wyrzeczenia seksualnego, wstrzemięźliwości, celibatu i dziewictwa.

Dzięki przywróceniu bogatego kontekstu historycznego i kulturowego bohaterowie tamtej epoki przemówili do nas własnym głosem, nieprzytłumionym konfesyjnym czy apologetycznym filtrem: „Historycy musza im przywrócić należną im miarę gorącej czerwonej krwi. Badając dokładny społeczny i religijny kontekst tych idei, uczony może na powrót przydać im nieco owej ludzkiej wagi, jaka w swoim czasie miały. Gdy taką ofiarę złożymy zimnym cieniom, być może przemówią one znów do nas – może też łagodniej, niż się spodziewaliśmy – dziwnym językiem dawno zagubionego chrześcijaństwa”. Stało się tak w samej rzeczy.

Peter Brown, Ciało i społeczeństwo. Mężczyźni, kobiety i abstynencja seksualna we wczesnym chrześcijaństwie, tłum. Ireneusz Kania, wyd. Homini, Kraków 2006.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. janwojciech 08.09.2018
    • jacekm 10.09.2018
  2. MarekJ 10.09.2018