
Uczciwie mówiąc, Nędzy filozofii Karola Marksa czytać się dziś nie daje, ale i nie sposób przebrnąć przez krytykowaną w tej pracy Filozofię nędzy Proudhona. Podczas gdy Proudhon jest już właściwie zapomniany, myśl marksowska nadal pokutuje na salonach arystokracji ducha. Ciekawe, jak za sto lat patrzyć się będzie na dzieła dzisiejszych postmodernistów, a to w niemałym stopniu zależy od tego, jak daleko zajdzie dewastacja humanistyki i jak głęboki będzie wpływ tego intelektualnego barbarzyństwa na życie społeczne. Idee uwodzą, a arystokraci ducha, podobnie jak biskupi, czerpią swój sens życia ze świadczenia usług pasterskich. Są owce, ambitni pasterze się znajdą.
Helen Pluckrose badała średniowieczne teksty religijne — te o kobietach i te pisane przez kobiety. Lewicowa feministka, której nazwisko stało się głośne, kiedy wraz z dwoma kolegami przez pewien czas wysyłała kompletnie absurdalne teksty do pism naukowych. Prowadzona przez blisko rok prowokacja pod kryptonimem Grievance_studies miała na celu pokazanie, że szacowne naukowe pisma nie mają żadnych solidnych kryteriów oceny nadsyłanych materiałów, a system recenzji nie odgrywa oczekiwanej roli sita odcedzającego śmieci. Autorzy tej prowokacji zostali przez środowisko „naukowe” odsądzeni od czci i wiary. Helen Pluckrose jest dziś naczelną magazynu „Areo”, gdzie właśnie opublikowała esej pod tytułem How_French „Intellectuals” Ruined_the_West:_Postmodernism_& Its_Impact.
Nie jest to ani pierwsza, ani ostatnia krytyka postmodernizmu, warta jednak odnotowania, gdyż pokazuje zagrożenie, jakie „niewinna” filozofia może stanowić dla całej zachodniej cywilizacji.
Postmodernizm stanowi zagrożenie nie tylko dla liberalnej demokracji, ale dla nowoczesności jako takiej. Może to brzmieć jak przesadne, a nawet absurdalne twierdzenie, ale w rzeczywistości postmodernizm jako zbiór idei i wartości zniszczył granice uniwersyteckiej nauki i zdobył ogromną kulturową siłę w zachodnich społeczeństwach.
Autorka zwraca uwagę na fakt, że, mimo iż postmodernizm jest często krytykowany, wielu nie rozumie, jaki właściwie jest etos tego ruchu. Wynika to z faktu, że cała filozofia postmodernizmu opiera się na sprzecznościach, na niespójnym myśleniu i zaprzeczeniu istnienia rzeczywistości oraz negowaniu rzetelnej, obiektywnej wiedzy naukowej. Fundament tego etosu postmodernizmu możemy jednak odtworzyć i pokazać, jak bardzo postmodernizm podważa wiarogodność lewicy i grozi powrotem do kultury irracjonalizmu i plemiennej przednowoczesności.
Postmodernizm – przypomina autorka – narodził się w latach 70. we Francji jako ruch filozoficzno-artystyczny. Nawiązywał do awangardy surrealizmu i filozofów takich jak Nietzsche i Heidegger. Odrzucał filozofię opartą na etyce, rozumie i logice, oskarżając ją, że jest produktem zachodnich klas średnich i patriarchatu. W pierwszym rzędzie postmodernizm zaatakował naukę i jej cel definiowany jako dążenie do obiektywnej wiedzy o rzeczywistości, która istnieje niezależnie od naszego postrzegania. Postmoderniści uznali tę obiektywną wiedzę za konstrukt ideologii burżuazyjnej.
Czy postmodernizm to reakcja na modernizm (ruch w sztuce i filozofii) czy na nowoczesność? (Zygmunt Bauman wolał nazwę ponowoczesność od postmodernizmu). Helen Pluckrose uważa, że jest to raczej ruch skierowany przeciw nowoczesności, a tę definiuje przez zdarzenia związane z renesansowym humanizmem, oświeceniem, rewolucją w nauce i rozwojem liberalnych wartości oraz praw człowieka. Stulecia, podczas których zachodnie społeczeństwa stopniowo zaczęły cenić wyżej rozum i naukę niż wierzenia i przesądy, jednostka zaczęła być zaś postrzegana jako istota zasługująca na wolności i prawa, a nie tylko jako część kolektywu w hierarchicznym społeczeństwie, w którym role były przypisane dziedzicznie.
Jeśli istotą nowoczesności jest rozwój nauki i racjonalizmu, jak również humanizmu i powszechnego liberalizmu, postmodernizm jest jej przeciwieństwem – stwierdza Helen Pluckrose. Korzenie tego ruchu są polityczne i rewolucyjne, a więc destrukcyjne. Nowoczesność burzyła struktury władzy feudalizmu, Kościoła, patriarchatu, imperiów. Postmodernizm idzie w odwrotnym kierunku. Czy rzeczywiście tak jest? Autorka omawianego eseju przypomina początki tego ruchu.
Sam termin „postmodernizm” użyty został po raz pierwszy przez Jean-François Lyotarda w wydanej w 1979 roku pracy:La Condition postmoderne: rapport sur le savoir (polskie wydanie Kondycja ponowoczesna, 1997), gdzie definiował postmodernizm jako „niedowierzanie metanarracjom”, zaś metanarracje to szerokie i spójne wyjaśnienia wielkich zjawisk. Religie i ideologie totalitarne są metanarracjami, próbującymi wyjaśnić sens życia i wszystkie bolączki społeczne. Propozycja Lyotarda zmierzała do zastąpienia metanarracji mininarracjami, zawierającymi mniejsze i bardziej osobiste prawdy. Ten atak na metanarracje dotyczył jednak nie tylko chrześcijaństwa czy marksizmu, ale również nauki. W efekcie Lyotard dosłownie nawoływał do relatywizmu i przedkładania indywidualnych doświadczeń nad empiryczne dowody. Naukowy konsensus i etyka liberalnej demokracji są tu prezentowane jako autorytarne i dogmatyczne. Ta idea staje się kamieniem węgielnym postmodernistycznej myśli.
Michel Foucault, kolejny z ojców założycieli tego ruchu, skoncentrował swoją uwagę na języku i relatywizmie. Spory i dyskusje przyjęły postać „dyskursów” kontrolowanych przez zinstytucjonalizowaną władzę. W jego ujęciu wiedza jest bezpośrednim produktem władzy. Ludzie są konstruktem kultury. Jak pisze Pluckrose, Foucault praktycznie nie pozostawia miejsca dla jednostkowej motywacji i autonomii. Dla niego średniowieczny feudalizm i nowoczesna liberalna demokracja są równie opresyjne, i zachęca do atakowania instytucji władzy, aby je obnażyć. Ludzie dzielą się na uciskających i uciskanych. Język jest narzędziem ucisku i przemocy, a liberalizm jest równy z uciskiem.
Trzeci z ojców tej filozofii bełkotu to Jacques Derrida, który wprowadził ideę „dekonstrukcji” i wstąpił na barykadę, wznosząc sztandar kulturowego konstruktywizmu i kulturowego oraz jednostkowego relatywizmu. To również wielki językoznawca, przekonujący ludzkość, że nie ma żadnych obiektywnych stwierdzeń. Żaden autor tekstu nie jest autorytetem w kwestii tego, co właściwie napisał. Czytelnik jest równie uprawniony do nadania rozumienia danego tekstu. Ukuł nawet pojęcie différance, głoszące, że znaczenie słów nigdy nie jest ostateczne, że wyłania się ono ze sprzeczności i przeciwieństw. Słowa odzwierciedlają hierarchię, więc dekonstrukcja prowadzi do jej odwrócenia, pozwala nadawać pojęciom o negatywnym zabarwieniu zabarwienie pozytywne i ujawniać znaczenie kulturowo konstruowanych pojęć i arbitralnej natury postrzeganych przeciwieństw w ich nierównym konflikcie. (Autorka tego nie pisze, ale dodajmy w tym miejscu, że jest to piękne i zrozumiałe dla każdego, kto uważa, że bełkot jest wartością w sobie i dla siebie).
Helen Pluckrose zwraca uwagę, że Derrida pociągnął jeszcze dalej relatywizm zarówno kulturowy, jak i epistemologiczny, wciągając swoich wyznawców w politykę tożsamości. Odmawia on uznania, że różnice nie muszą być przeciwieństwami i odrzuca wartości oświecenia zmierzające do przezwyciężania różnic i koncentracji na powszechnych prawach człowieka, na jednostkowych swobodach i możliwościach rozwoju. Widzimy tu odmowę dążenia do jasności przekazu i klarowności argumentów i unikania nieporozumień. Intencje mówiącego/piszącego nie mają żadnego znaczenia, ważny jest tylko sam odbiór przekazu. Nic dziwnego, że na tym gruncie rozkwitły idee „mikroagresji”, nieporozumienia w rozumieniu takich pojęć jak gender, rasa, lub seksualność.
Tych trzech francuskich myślicieli stworzyło podstawy postmodernizmu, a ich idee łączą innych wpływowych „teoretyków”, którzy stosują je coraz szerzej w różnych dziedzinach nauk społecznych i w całej humanistyce. Moralność jest względna i zależy od kultury, dowody empiryczne są podejrzane, podejrzana jest cała oparta na dowodach nauka. Efektem jest chaos i zamieszanie, ludzie, którzy przez całe swoje życie byli liberałami i chcą podtrzymać wartości liberalizmu, stają się konserwatystami, a broniąc się przed takim napiętnowaniem, wchodzą w sojusz z irracjonalizmem i wrogami liberalizmu.
Podczas gdy pierwsi postmoderniści przeciwstawiali jeden dyskurs innemu dyskursowi, dzisiejsi aktywiści postmodernizmu stali się znacznie bardziej autorytarni. Wolność słowa jest coraz bardziej zagrożona, słowa zostały uznane za tak niebezpieczne, że broni się prawa do reagowania przemocą na słowa. Dążenie do prezentacji racjonalnych argumentów jest coraz częściej zastępowane przez odwołania do tożsamości i demonstrację wściekłości.
Mimo wszystkich dowodów na to, że rasizm, seksizm, homofobia, transfobia i ksenofobia mają dziś w zachodnich społeczeństwach poziom niższy niż kiedykolwiek, lewicowi nauczyciele akademiccy i aktywiści społecznej sprawiedliwości prezentują fatalistyczny pesymizm, ciągle wzmacniając postmodernistyczne praktyki „odczytywania”, które faworyzują efekt potwierdzenia. Autorytarna władza postmodernistycznych nauczycieli akademickich oraz aktywistów jest dla nich samych niewidoczna, ale staje się coraz bardziej oczywista dla wszystkich innych. Jak powiedział o intersekcjonalności Andrew Sullivan: ‘Przedstawia klasyczną ortodoksję, która ma wyjaśniać wszelkie ludzkie doświadczenie – i przez którą wszystko musi być filtrowane… Podobnie jak purytanizm, niegdyś tak rozpowszechniony w Nowej Anglii, intersekcjonalność kontroluje język i wszystkie warunki dyskursu.’ Postmodernizm stał się metanarracją Lyotarda, opresyjnym dyskursem Foucaulta i uciskającą hierarchią Derridy’ – pisze Helena Pluckrose.
Coraz szerszy krąg wzajemnie cytujących się postmodernistów to kasta ludzi całkowicie odpornych na krytykę i niezdolnych do jakiegokolwiek dialogu.
Jak poważnym zagrożeniem jest postmodernizm dla nauki? Postmoderniści walczą dziś o „dekolonizację nauki”, powtarzają swoje mantry, że nauka „zawsze była wykorzystywana do legitymizacji rasizmu, seksizmu, homofobii” itp., że ukrywa się za popieranymi przez rządy racjonalnymi faktami, ale nie ma prawdziwych faktów.
Masy progresywnych studentów powtarzających za swoimi nauczycielami, że nauka to tylko to, czego cię uczą, że masz akceptować, zaczynają dominować na uczelniach, terroryzując każdego, kto odmawia zaakceptowania ich ideologii.
Nauka nie może zaakceptować relatywizmu i „alternatywnych metod poznania”. Można jednak podkopać zaufanie do nauki. W największym zagrożeniu są nauki społeczne, które zostały już zmienione nie do poznania. Antropologia, socjologia, gender studies zostały niemal całkowicie zdominowane przez moralny i epistemologiczny relatywizm. Podobnie jest z literaturoznawstwem, gdzie (przynajmniej jeśli idzie o literaturę angielską), nauczanie podporządkowane jest postmodernistycznej ortodoksji. Filozofia jest nadal podzielona, historia również.
Niebezpieczeństwo postmodernizmu nie jest jednak ograniczone do nisz społecznych skupionych na uniwersytetach i wokół ruchu sprawiedliwości społecznej. Idea relatywizmu, nadwrażliwości na słowa, koncentracja na tożsamości, przedkładanej nad ludzkość i jednostkę, zdobyły dominujący wpływ na szersze społeczeństwo. Znacznie łatwiej powiedzieć co czujesz niż rygorystycznie sprawdzać dowody. Wolność „interpretowania” rzeczywistości zgodnie z twoimi odczuciami skłania do bardzo ludzkiej tendencji poszukiwania potwierdzenia wcześniejszych opinii i emocjonalnego rozumowania.
Coraz częściej widzimy, jak również skrajna prawica używa polityki tożsamości i epistemologicznego relatywizmu w podobny sposób jak lewicowi postmoderniści. Oczywiście akcenty są inne, ale irracjonalizm i zamiłowanie do „alternatywnych faktów” są bardzo podobne.
Ta wiązka idei — pisze Pluckrose — cofa nas do czasów sprzed Oświecenia, kiedy poleganie na rozumie było traktowane nie tylko jako coś gorszego niż wiara, ale również jako grzech. Także teolodzy zauważyli atrakcję postmodernizmu. Jak pisał chrześcijański teolog i profesor filozofii, James K. A. Smith, w książce pod znamiennym tytułem: WHO’s Afraid of Postmodernism? Taking Derrida, Lyotard, and Foucault to Church:
Uważne spojrzenie na postmodernizm pozwala odważniej spojrzeć w przeszłość. Widzimy, że wiele z tego, co dzieje się pod sztandarami postmodernistycznej filozofii, kieruje się ku średniowiecznym źródłom i stanowi znaczące odzyskiwanie przednowoczesnych metod poznania, tożsamości i działania.
Końcówka eseju Helen Pluckrose jest swego rodzaju apelem do lewicy, która jej zdaniem powinna „obawiać się tego, co produkuje nasza strona”. Oczywiście niecałe zło jest efektem postmodernizmu. Jednak odzyskanie wiarygodności lewicy wymaga powrotu do logiki i liberalizmu.
Nasz obecny kryzys — pisze w ostatnim akapicie Pluckrose — nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, to konflikt logiki, rozumu, pokory i uniwersalnego liberalizmu z językowym bałaganem, irracjonalizmem, fanatyczną pewnością i plemiennym autorytaryzmem. Przyszłość wolności, równości i sprawiedliwości jest mroczna, jeśli ponowoczesna lewica i oddana postprawdzie prawica zwyciężą w tej wojnie. Ci z nas, którzy cenią sobie wartości liberalnej demokracji, owoce oświecenia i rewolucji naukowej oraz nowoczesności jako takiej, muszą przedstawić lepszą opcję.
Samozwańczy arystokraci ducha nie pierwszy raz przewodzą w buncie przeciw wartościom oświecenia. Modernizm był zbiorczą nazwą awangardowych ruchów w filozofii, literaturze i sztuce na przełomie XIX i XX wieku. Fryderyk Nietzsche wzbudzał podziw, a jego pogarda dla zwykłych ludzi niekłamany zachwyt.
Wizje pisarzy takich jak D.H. Lawrence pojawiły się na dziesięciolecia przed Auschwitz:
Gdyby to ode mnie zależało, zbudowałbym śmiercionośną komorę, wielką jak Pałac Kryształowy. Przed nią stałaby wojskowa orkiestra, grająca łagodną muzykę, i jasno oświetlony kinematograf; poszedłbym do zaułków i na główne ulice i przywiódłbym ich wszystkich, wszystkich chorych i kulawych i okaleczonych; prowadziłbym ich spokojnie, a oni rzucaliby mi uśmiechy w zmęczonym podziękowaniu: a orkiestra grałaby łagodnie »Alleluja«.
W.B. Yeats, na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej, pisał:
Rozwój rolnictwa i przemysłu grożą dostarczeniem każdemu środków do życia, co usunie ostatnią tamę nadmiernego rozmnażania się niepodatnych na edukację mas […]. Obowiązkiem klas wykształconych będzie zagarnięcie kontroli nad jednym lub większą liczbą tych środków. Wytresowane i pokorne masy mogą się temu poddać, bardziej prawdopodobna jest jednak wojna domowa, w której zwycięstwo przypadnie oświeconym, zdolnym dosiadać swych maszyn tak, jak średniowieczni rycerze dosiadali swoich zbrojnych koni.
To nie był jakiś bełkotliwy język, przesłanie było bardzo wyraźne i zostało przyjęte przez miliony.
Dziś hasło „sprawiedliwości społecznej” jest dla studentów jak kici kici, kiedy się już zbiegną, można im powiedzieć, że nienawiść jest po stokroć ciekawsza niż nudna i wymagająca starannego definiowania pojęć logika oraz wymagająca metodologicznych rygorów empiria.
Kiedy Karol Marks pisał swoją Nędzę filozofii, nie wiedział (i nie mógł wiedzieć), że marksizm będzie produkował dosłowną nędzę i góry trupów. Absolutna równość, wolność i sprawiedliwość to utopia, ale liberalizm i prawdziwa nauka pozwalają się do tych wartości przybliżać, podczas gdy rewolucyjne wrzenie nieodmiennie od nich oddala.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

Dawno nie czytałem tak wyważonej, spokojnej i jednocześnie ,,miażdżącej” krytyki postmodernizmu. Wielkie podziękowanie dla Autora, że przybliżył treść eseju Helen Pluckrose.
Od wielu lat miałem narastające przeświadczenie, że ten kierunek myślowy to humbug. Tekst Andrzeja Koraszewskiego omawiający tezy H. Pluckrose, pomógł mi to uporządkować i nazwać. W moim otoczeniu zawodowym, roi się od pseudomędrców, którzy głośno identyfikują się z postmodernizmem, nawołują do pluralistycznego patrzenia na rzeczywistość, a jednocześnie są w tych poglądach wyjątkowo zawężeni. Używają ciągle modnego terminu, do legitymizacji swojego nieznośnego egocentryzmu.
„co jest rzeczywiste jest rozumne a co jest rozumne jest rzeczywiste” to zdanie interpretowane przeciwnie tj. dla uzasadnienia i zastanego porządku i dla racjonalizacji jego podważania staje się dialektycznym ćwiczeniem i samym w sobie heglowską dialektyką, a jeżeli syntezą pozostać by wtedy miała jedynie świadomość potrzeby, ona sama dopowie o ścieżkach rozwoju. Przełożony na język społecznej potrzeby tak kiedyś rozwinął się marksizm, zaś wcześniej polskie odwołania do mesjanizmu miały się, zdaje się, całkiem nieźle we właśnie takim otoczeniu, być może jakieś nawroty?
Czy odniesień do zastawanego stanu rzeczy należałoby więc szukać w jakości mi bliżej nie znanej, post moderny? czy tylko wystarczy nazwać znów podobne procesy społecznej syntezy nieodmiennie naznaczone charakterystyką reaktywności podmiotu.
By rzecz nazwać bez zbędnego patosu: wyżej d. Waść u nas nie podskoczysz.
Lecz mamy przecież nie tylko Baumana, także Poppera który być może rzekłby: trybalistów było wielu.., już od Platona, całkiem spokojnie rzecz rozwoju istotnego pozostawiając regule rozumu w indywidualności jednostki.
Jedynie czasu szkoda, dopowiedziałby pewnie jakiś zapętany w pobliże socjolog, tylko komu?
To powiedział jeden malarz, ale tu też pasuje : ” najbardziej konserwatywni są awangardziści”.
Trudno nie odnieść wrażenia, że nasza prawica z Kaczyńskim na czele są modelowymi produktami postmodernizmu. To mi też wyjaśniło dlaczego krytycy tacy jak Zygmunt Bauman byli przez nich wściekle atakowani. Sam postmodernizm w mojej opinii wydaje się być produktem przemożnego dążenia intelektualistów epoki gwałtownej ekspansji konsumpcjonizmu do wyróżnienia się i zaistnienia, i z pewnością było to wówczas świeże i inspirujące. Konsumpcjonizm w sferze intelektualnej? Dlatego, jak przypuszczam, postmodernizm podzieli los gumy do żucia. Można też dostrzec pozytywną rolę postmodernizmu. Stworzył on współczesne, swoiste tło, na tle którego błyszczą ponadczasowe wartości ludzkiej myśli – racjonalizm, logika, metodologia, odpowiedzialność za słowo. Jak czytam teraz, współczesna, ponowoczesna myśl lewicowa wróciła na szczęście na tory odpowiedzialności za słowo. Współczesna prawica, szczególnie w wersji tzw. populistycznej pławi się w najlepsze w postmodernizmie, w jego postprawdzie i relatywizmie. Dzięki Autorowi wiele obserwacji ułożyło mi się w spójną całość.
Dołączam się do podziękowań dla Autora za przybliżenie treści eseju Pluckrose i komentarze. „Dziś hasło „sprawiedliwości społecznej” jest dla studentów jak kici kici, kiedy się już zbiegną, można im powiedzieć, że nienawiść jest po stokroć ciekawsza niż nudna i wymagająca starannego definiowania pojęć logika oraz wymagająca metodologicznych rygorów empiria.” – to świetne podsumowanie stanu polskich młodych umysłów. Niestety, niestety, dzięki rozwojowi ekonomicznemu wyszliśmy z biedy ale nie uniknęliśmy pułapek konsumpcjonizmu. A awersji do PRL zawdzięczamy głęboką niechęć do wszystkiego co ma w nazwie „lewica, lewicowe” i bezkrytyczne dojrzewanie w atmosferze правильный prawicowości.
Kiedyś porównałem wypowiedzi biskupów i postmodernictów (w tym Zygmunta Baumana) na temat konsumeryzmu, (Chyba nie muszę dodawać, że trudno było je odróżnić od siebie). Kiedy mój sąsiad ma w sklepie wózek pełnijeszy niż ja nie tylko nie widze w tym niczego złego, ale mam wrażenie że patrzę na coś wspaniałego. Czy ci ubodzy konsumujący zbyt wiele moga mądrzej wydawać swoje pieniądze? To zależy od jakości przedszkoli (czyli od tego, czy inteligencja kiedykolwiek dorośnie do swojej roli warstwy nauczycielskiej). To, że mój sąsiad ma lepszy samochód niż ja mnie nie boli, próbuję (już teraz czas przeszły) nauczyć jego dzieci fascynacji książkami.
Odczytuję Baumana jako krytyka, a nie apologetę postmodernizmu. Nie czytałem jego prac ale zapamiętałem go po obejrzeniu i przeczytaniu kilku wywiadów, gdzie jawi się jako głęboki humanista. Chyba daleko mu było do aprobaty instrumentalnego traktowania ludzi. I tutaj być może tkwi różnica pomiędzy jego poglądem na konsumpcjonizm (consumerism), a poglądami biskupów, dla których konsumpcjonizm to konkurencja.
Śmieszna sprawa z tymi zakupami. Mniejszą uwagę zwracam na wypełnienie koszyków, a większą na oznaki umęczenia na twarzach ludzi. Myślę, że sklepy spożywcze nie są najlepszymi miejscami do studiowania konsumpcjonizmu 🙂 . Dla mnie konsumpcjonizm to marnotrawienie energii i zasobów naturalnych. Cokolwiek Pan o mnie pomyśli, nie jestem w stanie racjonalnie uzasadnić sensu kupowania kolejnego przedmiotu o tej samej funkcji, np. odkurzacza, tylko dlatego, że mnie na to stać. Albo kupowania luksusowego dobra, z którego skorzystam góra 3 razy w roku po 2 dni (np. jachtu) tylko dlatego, że taka jest presja środowiska, w którym mieszkam. Nie, ja nie posiadam jachtu ale mieszkam w pobliżu mariny i prowadzę obserwacje socjologiczne 🙂 . Dla mnie konsumpcjonizm to jadanie w fast foodach i wychowywanie dzieci na jedzeniu fastfoodowym. To jest oddanie nie tylko pieniędzy ale też swojego zdrowia i zdrowia własnych dzieci w ręce biznesu, który produkuje jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem. Presja marketingu i promocji jest tak ogromna, że na dobrą sprawę należałoby prowadzić szkolenia i treningi odwykowe dla ludzi, którzy stali się niemal niewolnikami sterowanej konsumpcji. A to w USA sprawa już wielu pokoleń. Jeśli wychowany w tym Amerykanin ciężką pracą wyzwoli się z tych wytresowanych nawyków konsumenckich, to właściwie automatycznie staje się wolnym myślicielem, świadomym siebie i swoich praw. Otoczenie zniechęca go jednak do podróżowania zagranicę, bo tam jest niebezpiecznie (autentyczne!) i może zostać owładnięty jakimiś herezjami. Zacząłem w USA rozumieć amerykańską (państwową) skłonność do izolacjonizmu. Na początku swojej zagranicznej przygody każdy Amerykanin pójdzie zjeść do macdonalda nawet w lokalnej mekce wyrafinowanej kuchni – mam w pamięci zdjęcie panów wychodzących z jednej z najlepszych w Paryżu restauracji z hamburgerami na wynos :). Tak, to jest dla mnie konsumpcjonizm w tej nieoczywistej swojej postaci. Człowiek jako przedmiot, ogniwo pośrednie w trybie kapitalistycznej gospodarki. Uważam, że konsumpcjonizm to etap, na którym już nie człowiek steruje swoją konsumpcją, to konsumpcja steruje człowiekiem.