Marek Jastrząb: O niereformowalnych8 min czytania

()

01.06.2022

Za onych dni panowało się na niewielkim obszarze, bo duże – wycofano z obiegu. Tam właśnie wysadzano się na wielkie czyny, odbywano jarmarki, poutykano ugory, ponure miedze i swawolne grusze, tam też odbywały się igrzyska połączone ze wciskaniem ciemnoty. W krainie z owej bajki czego nie było, zaraz robiono, a czyniono solidnie, wygodnie i za nic mając forsę. Sąsiednie kraje ściskało w dołku i skręcało z wściekłości to w lewo, to w prawo, a także na całkiem pośrednie sposoby.

Przykładowo, staw aktualnego królewicza dobrzy ludzie przykryli brezentem, gdyż w smętnych porywach wiosny przybywała Sroga Zima Zła. Ryby łapały kurcze, wędki, przywidzenia. Udało się wyperswadować zakładanie sumom kagańców, ale nie dało rady zmusić sędziwego raka do założenia nocnej koszulki. Kategorycznie oświadczył, że zima – nie – zima, w zwyczajach raków nie leży ciepły przyodziewek i co to za porządki, a w ogóle, czy nie ma już większych zmartwień?

Na takie słowa ludziom się sposępniało i nie wiedząc, jak rakowi odrzec, żeby mu weszło w pięty, chyżo, a z respektem przestępowali z nogi na nogę. Gdyż w samej rzeczy zmartwień mieli do znudzenia, a co jedno, to poważniejsze od drugiego. Poszli więc do królewicza, ten zaś wygłosił referat i utwierdził się w przekonaniu, że na zimę staw trzeba będzie wysłać do cieplejszych krajów.

O pracowitych

Wśród akuratnych krasnoludków pojawił się leniwy bęcwał, którego nikt nie mógł zapędzić na drogę wyznaczoną prawdziwym krasnoludkom, co to każdą robotę odwalą chętnie, składnie i za frajer. Zakała – zgodnie orzekły duszki, bo taki margines działa na innych jak zaraza. Trzeba go wychowywać, pobłażać mu, mieć oczy na zawiasach, co kwartał zmieniać obwolutę… Ale ten krasnal wyrósł na tęgiego formatu naukowca i czego się nie chwycił, od razu było uważane za ósmy cud świata. Taki był zajadły, że nawet prototypy wychodziły mu od razu ulepszone: kosiarka na topiony smalec, bronchit z ulęgałek, paskudne kaczątko z dziobem do natychmiastowej wymiany, buty bez kota i żelazny wilk z plastikową kitą. Wynalazki te budował w pocie czoła po to, aby się wszystkim jakoś majtało.

Któregoś jednak roku pod ludzkie domostwa zbliżyła się odwilż, więc skrzaty przeleciały się po umysłach i wykombinowały, że trzeba zmienić porę roku. I tak się stało; zamiast wiosny, nastąpiły wykopki. Lecz że nie było co kopać, na początek wywalono z posady krasnala – wynalazcę, by sobie za dużo nie myślał.

O strachliwych

W pewnym kraju, przed wiekami, żył sobie potwór. Nikt się go nie bał, dlatego musiał bać się sam. A wiodło mu się bardzo pierwszorzędnie, dopóki nie wyszedł rozkaz, że wszystkie potwory należy udomowić. Chwyciła go wielka rozpacz i żeby się nieco wzmocnić na żołądku, poczłapał do mlecznego baru, gdzie zjadł kluski z paragonem i poleciał na rozmowę ze szwagrem. Ukrył się bardzo sumiennie w krzakach. Tam też czekał na krewnego, który przyczaił się dosyć niedbale, w związku z czym ucapili go tamtejsi krajanie, a złowiwszy go w sieć, odesłali na najbliższy koniec świata.

Tymczasem nasz cwany bohater, widząc, co się święci, zaparł się pochodzenia i przystał na służbę do lokaja. Miał u niego jedzenie, smycz, własne pchły, a zimą – futro ze szwagra.

Z życia wyższych sfer

Za górami, ale i za lasami, żył sobie smok wielce potężny. Tak wielce, że z wyjątkiem królewicza Zagryzka wszyscy się go lękali. Królewicz był zupełnie zadowolony z tego, że smok pożywia się jagódkami, a nie jego poddanymi i nie pragnie niczego więcej, aniżeli być smokiem, który w bajkach straszy dzieci, kiedy nie zjadły kaszki. Kaszka jest pożywna, zwłaszcza gdy nie ma wyjścia i trzeba ją zjeść, o czym wiedzą wszystkie smoki oraz wszystkie mamusie.

Na przykład Zagryzek, choć był tylko królewiczem z nominacji, a nie z urodzenia, w rezultacie pilnego jej zjadania, został porządnym człowiekiem, który nie czytał gazet przy obiedzie, odpisywał na listy, wynosił śmieci i przynosił chlubę. Smok za to nie mył uszu, bo miał trzy głowy i na każdej po parze, co mu się myliło i trudno mu było się połapać, które z nich są już czyste, które zaś jeszcze nie.

A że był smokiem nie bardzo rozgarniętym i szybko się zniechęcał, i we wszystkich trzech głowach naraz miał taki młynek – musiał coś zjeść. Ale co tu zjeść, kiedy jagódki zabrali źli ludzie? Podrapał się smok w swoje trzy głowy, ale nic poczciwego nie wymyślił, tylko zalał się łzami.

Z tego zalania powstała rzeka, w której pluskał się Zagryzek. Codziennie to robił i jego poddani również. Nie pływali wszelako, tylko taplali się od strony płytkiej, ponieważ głębia zajęta była przez Marszałka Dworu, który dysponował miejscówką na wielodzietną rodzinę. Marszałek, z powodu próżniactwa, uczynił się bardziej tłusty, niż mądry, co mu nie przeszkadzało nurkować we łzach smoka i złorzeczyć na swój los. Właśnie jego los, gdyby nie był taki het zły, byłby z pewnością o niebo lepszy.

Wracając do smoka, to wypada rzec: iż siał on spustoszenie i był już tak gruby, że wśród innych smoków odróżniał się fałdami na swoich trzech paszczach. Zamiast ogni z siarką, wychodziły mu z jadaczki krótkie serie pogodnych płomyków, a chcąc być potworem z prawdziwego zdarzenia, przerzucił się z jagódek na godziwe żarcie poddanych królewicza. Jeszcze żywi byli zastraszeni, a nadgryzieni – do niczego, toteż chodził po pałacu jak struty i nie mógł znaleźć sobie miejsca.

Z początku szedł mu ten zwyczaj na zdrowie i szedłby mu tak dalej, gdyby nie Zagryzek, który wypuścił z głowy rezolutną myśl polegającą na tym, by go zniechęcić do wyżerki ludzi z tej okolicy i przekonać do podróży w okolice całkiem odległe, gdzie mógłby swobodnie pastwić się nad mieszkańcami innych krain.

W tym celu wysłał do niego parlamentariusza, który wrócił nie zanadto kompletny, ale rozradowany, gdyż okrutnik zamiast głowy zjadł mu tylko parę złudzeń i na koniec rzekł: – sprzykrzyło mi się być postrachem w tym rejonie, gdyż dostałem faks od szwagra, również smoka, ale jarosza, który prosi, bym nauczył go ziać ogniem piekielnym, co mu ostatnio nie wychodzi, jako że w epoce lotów kosmicznych nikt nie chce się bać bez wyczerpującego uzasadnienia. My, ziemskie straszydła, jesteśmy teraz dobroduszne i jeżeli ktoś w nas wierzy, to raczej z litości, a nie wewnętrznej potrzeby.

Zasmucił się, lecz smutku nie przerywając, tak dalej mówił: – dawniej straszyło mi się jak po maśle. Byłem kudłaty i rosochaty, miałem jagódek w bród, a nie durne zaświadczenia o ich przejściowej nieobecności. A co mam dzisiaj? Oto Zagryzek nasyła mi żylastego typa! Jesteś niestrawny, a ja nie znoszę gotowanych posłów!

Rozżalił się i potarmosił wysłańcem, ten zaś ledwie żywy z niepokoju, powiedział: – szanowny panie smoku, wiem ci ja, że jesteś anachroniczny i lada jakie UFO potrafi cię wyrolować ze zgrozy, ale, chociażeś przestarzały, to daj sobie zaszczepić trochę obwodów scalonych, a wyjdziesz na nowoczesne straszydło.

Żebym tak zdrów był – ucieszył się smok znienacka i nabrał w płuca powietrza, aż się las przerzedził, a rzeka wybrzuszyła. Lecz za chwilę zwiesił środkową głowę, czułki po sobie położył i zamamrotał cieniutko: – a co, jak mi wysiądą baterie?

Umyślny ręce rozłożył i czując, że smok się wzdyma od podejrzliwości, począł cmokać, bo mu nic lepszego nie przyszło do głowy. Stracił fantazję, lecz cudem nie stracił kontenansu i rzekł: – to i co, luba maszkaro? Jeżeli tak się stanie, to podłączymy cię do zapory na rzece z twoich łez i wszystko będzie cycuś. A bodaj cię, stary zbereźniku, ty to masz fart – powiedział i pocwałował do innej bajeczki, gdzie na złotym tronie siedział zakatarzony Morał.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM