30.10.2025
Karol i Piotr mieszkali na innych piętrach i nie byli zżyci, choć widywałem ich codziennie: w pracowni, czasem na telewizji, podczas oglądania występów naszych skoczków.
W przeciwieństwie do rozhukanego Piotra, Karol był człowiekiem, którego czas przenicował na modłę poczciwiny. Długa chandra wytrzęsła z niego dawne kanony. Stracił dziewictwo przekonań. Żył w czasie wyciśniętym ze złudzeń i w sprawach podtatusiałych, lecz na widok nieprzerwanej euforii Piotra, odzyskał ochotę do ponownego zmierzenia się z Kismetem.
*
Wzajemny obszar doznań polegał na odrębnych fascynacjach. Obejmował PIĘKNO, ZŁO, PRAWDOMÓWNOŚĆ i DOBRO; widoczne było, że choć o pewnych dygresjach woleli nie mówić, choć wyrażali się niby tym samym językiem, to przecież, nie mogąc dojść do ładu z określeniem jego głównych właściwości, zaplątywali się w rozbieżnościach i doskwierała im różnorodność uznawanych TECHNIK ŻYCIA.
Co jedna, to wydawała im się lepsza, mądrzejsza, trafniejsza od pozostałych. Podczas gdy pierwsza bębniła o niewątpliwym upadku człowieka i jego zanikającej roli w świecie, to druga, odlakierowana i ufryzowana zgodnie z obowiązującą modą, wskakiwała na opuszczone miejsce z chwilą, gdy zmieniał się wiatr.
W zależności od samopoczucia, pojęcia takie, jak EUTANAZJA, prosperowały w wyznaczonej scenerii; podagra decydowała o kształcie świata, wytyczała mu głębię, zakreślała granicę intelektualnych dociekań. Wtedy, przez ułamek sekundy, wydawało im się, że orbitują w tym samym kierunku. W hołubcach wokół jakiejś doktryny, dochodzili więc do wspólnych przemyśleń.
Lecz gdy zbliżała się pora na obiektywne sądy, Piotr, dykteryjkami, przaśnymi abstrachowaniami, starał się rozwiać niespójne poglądy Karola. Ten nie zostawał mu dłużny, a więc mnożyli zbędne dialogi, a więc szermowali oskarżeniami, wdawali się w spory, zacietrzewienia i niekończące się zagrywki poniżej pasa, by, na koniec, wybuchnąć śmiechem, by, w rezultacie, unicestwić powód do gniewu. A jako że brak idei, też jest ideą, uznali, że zwózka drzew do lasu będzie tematem całkowicie bezpiecznym.
Pogodził ich wspólny rechot na myśl o wydarzeniach, które zostały za nimi, o wrażeniach wypreparowanych z pamięci: – och, Atlantyk nocą – mawiał Piotr, – och, Pacyfik oglądany z wodnego roweru – wtórował mu Karol.
I zanosili się nieszczerym entuzjazmem, niemal wyciem do księżyca, co pozwalało im się odprężyć, opamiętać, co pozwalało im mieć „potąd” owych wspomnieniowych wzruszeń, roztkliwień i emocjonalnej kolki, bo przytrwożyła ich wizja przyszłości, bo jakoś nie byli przekonani o tym, że świat, z którego się wypisali, powlecze się bez nich dalej, bo męczyły ich prognozy na najbliższe zaś. Toteż, krztusząc się i parskając stereotypami, czekali na zmianę nastroju, na kieszonkowy cud, znak, który by umożliwił im rejteradę z codzienności, ucieczkę w stan, w którym na serio, mogli by poharcować wśród słów i zdań tak wydezynfekowanych z metafor i aluzji, jak rosołowe z kością, czy mleko prosto z krowiego cycka.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
