WaszeR Londyński: Patchworkowe poświęta – Nowetosamo i zapodziany Jezus13 min czytania

()


11.01.2026

… i po świętach. Wszystkich. 

Tego należało się spodziewać: czar prysł jak koty pod łóżko po pierwszej kanonadzie sylwestrowych fajerwerków, a magia, odprawiając AI/Atlas (ano, trafiła się akurat, jakby reinkarnacja betlejemskiej) w bezkres Kosmosu, wydębiła bezterminowe – zda się – wolne. W zapadłych ciemnościach ludzkiej pokrętnej świadomości gdzieś zapodziało się również Dzieciątko. Trzej Królowie lekko pobłądzili bez naturalnej kosmicznej nawigacji, choć, zgodnie z najnowszą tradycją, tłumnym orszakiem na czas przemaszerowali gdzie trzeba. A bydlęta rozpierzchły się po okolicy. Ostało się jeno żłóbkowe sianko, którym to mogą i powinni wypchać się ci nieliczni wielcy, uzurpujący sobie prawo dyktowania własnych przekonań i realizacji wszystkim pozostałym. Aha, jedynie trzymająca jeszcze fason strojna choinka udaje, że wszystko o’kay. 

Wraz z nastaniem nowego roku wdarło się jednak na wydrę NOWETOSAMO. Z pewnymi typowymi dla tu i teraz aktualizacjami. 

Jeśli chodzi o koty, to zmaterializowały się ponownie w centrum zainteresowania wymiaukując noworoczny głód i potrzebę szusowania po nie za głębokim śniegu. Onegdajsza magia natomiast skamforowała do imentu ustępując miejsca tak realnej, jak zakichanej prozie. 

Dzieciątko? Jest! Będzie! Kosmiczne wcielenie, być może. Ale tym razem to Sławosz i Aleksandra Uznańscy-Wiśniewscy właśnie ogłosili radosną nowinę.  

Trzej Królowie-Magowie objawili się w posylwestrowej wyobraźni jako zaprzeczenie tych legendarnych, jako trzej jeźdźcy apokalipsy na imperialistycznych rydwanach: Ruski morduje i niszczy od kilkunastu lat w Ukrainie i rzęzi cyrylicą o własnej mocarstwowości. Amerykański gdzie może tam wysyła groźby i marines. Od lat filując na gorącą jak wulkan wyspę z kontynentalnymi jej państwowymi sąsiedztwami, właśnie zagiął parol na Wenezuelę, co, pomijając obraz tego jako polityczne bandyctwo, znawcy przedmiotu określili militarnym majstersztykiem, nawiązując do znanego partactwa Rosjan. Chiński ostrzy pazury prowadząc wojnę psychologiczną, na razie strasząc i ćwicząc elementy operacji desantowej na Tajwan tkwiący nadal pod interesownym amerykańskim parasolem. Czym oni się różnią? Nawet język komunikacji mają wspólny – to w obiegowej opinii język Putina. W walce o światową hegemonię (niektórzy mówią putinizację świata) gotowi podzielić glob na strefy wpływów. Ale to nie jest sytuacja zero-jedynkowa. Amerykanie nie zrezygnowali z apetytu na Kanadę, Panamę i Grenlandię, którą to właśnie niedyplomatycznie – bądźmy brutalnie konkretni: po chamsku – dociskają. Trump już spełnia kryteria do bycia międzynarodowym mega gangsterem bez skrupułów, a prywatnie – maniakalnym militarnym surrealistą. Chińczycy łypią na całą południowo-wschodnią Azję i rosyjską wschodnią Syberię – tam nieoficjalna aneksja od lat postępuje metodą małych kroków gospodarczych i osiedleńczych, z chwilowymi nieporozumieniami typu drzewiej nad Ussuri. Co zamyśla Rosja wie chyba każdy myślący Polak. Te ich roszczeniowe apetyty na cudzą ziemię i skryte w niej bogactwa zazębiają się ze sobą kumulując potencjał sporny, wszystkie warianty rozwoju lokalnych konfliktów grożą w każdej chwili ogólnoświatową zawieruchą. 

Bydlęta – bez obrazy prawilnie ułożonych, stajenkowych, jako się wcześniej rzekło, rozpierzchły się po szerokim świecie i… rozmnożyły. Jest ich mnóstwo. Tych najbardziej niebezpiecznych, tych wśród populacji ludzkiej. 

Nikt w tym kipiszu nie wie gdzie skrył się nieuchwytny zmysłami od dwóch tysiącleci Jezus, który z martwych powstał, jak głosi Pismo. Syn Boży, Pan Świata. Ten, którego tropią i mentalnie prześladują kolejne pokolenia oprawców, do dziś spieniężają Judasze; którego mistykę kradną fałszywi prorocy, a zniekształcają wyrachowani uzurpatorzy i samozwańcy. No a którego bezgranicznie zaślepiony lud rokrocznie swą ludyczną wiarołomnością uwielbia. Może poszukajmy Go wokół siebie.

*

Gdzieś w mazowieckiej głuszy, w mateczniku jak na ironię skrzętnie ukrytym w centrum owocowego zagłębia; gdzie rozległą, nieregularną nieckę po niegdysiejszym zapewne żwirowisku z pełnym miłosierdziem ogarnęła, choć nieproszona, ale starowna i zmyślna przyroda; gdzie granicami, patrząc po przekątnych, był skraj ni to lasu, ni zagajnika oraz spora plama zakrzaczonego zadrzewienia vis-à-vis, a skrzyżowaną z tym drugą linię układu stanowiła, do bezludzia ornego pola z naprzeciwka z pogardą odwrócona plecami sołtysowa stodoła. Na jednej ze skarp tego rozległego dołu tliło się jeszcze niedawno zadaszone bida życie. 

Ktoś tam mieszkał swego czasu w niefachowo samoskleconym i eksploatacją pokiereszowanym już domostwie, bez doprowadzeń i odprowadzeń czegokolwiek, a nowi właściciele, sporym kosztem, stopniowo uczynili z tego całkiem zgrabny domek z koniecznymi przyległościami, podłączeniami i niezbędnym do życia dopieszczeniem kątów. Z komfortem emeryckiego „do końca życia”. Kominek wnet począł trzaskać rytmicznie płomieniem, udomowione czworonogi wymrukiwać własne ody do radości, a ich ogony zataczać piruety i kreślić ósemki. I kiedy już można było odsapnąć i rozpromienić się, kiedy ciepło rozlało się po świadomości docierając wreszcie aż do koniuszków palców stóp, nieboskłon nad enklawą zaciągnął się grafitem. Złota jesień zaczęła skłaniać się ku przedzimowej plusze, ta zaś sinusoidalnymi wahaniami temperatury ciągnęła do chłodu mrożącego serca. Koty, czujnie kontrolujące wszystko spod przymkniętych powiek, wyczuły pierwsze – pan ostatnio zbyt często bezsilnie polegiwał, pani jakoś posmutniała; psiaka zaś nadal trapiły podkulone domysły. 

*

Czwarte piętro pod stropodachem, czyli to posocjalistyczne przekleństwo starością i cierpieniem naznaczonych. Cyklicznie prześladujące w tym oszczędnościowym betonowym meblu z mieszkalnymi odgałęzieniami wyrastającymi wprost z rdzenia komunikacyjnej kalwarii, a właściwie z wyświechtanej w niej poręczy. Tak, poręczy, gdyż to właśnie po tej arterii, jak po ratowniczej linie, najporęczniej było raz czy dwa w tygodniu wciągnąć na wierzchołek siebie z bagażem chleba naszego powszedniego. Lub zestawem aptecznych rarytasów. Z odsapkami na skalnych półkach półpięter. Wspomaganie? Czasem usłużny szerpa z tej samej klatki. Oto himalaiści z konieczności. Ryzykanci bez wyboru. Czwartopiętrowcy w podeszłym wieku w drodze na swój dach świata, bez szans na normalność. 

Jeśli ktoś myśli, że to całe utrapienie szczęśliwych onegdaj zdobywców wysokogórskich dziupli mieszkalnych, jest w błędzie. Starcza niewydolność głębiej zweryfikowała owo „szczęście”. 

Cwany sąsiad dwa piętra niżej, posiadający albo jakieś koneksje w administracji, albo charakter bezczelnego brutala, zrobił był sobie dosyć kapitalny remoncik dotyczący między innymi zasad wentylowania pomieszczeń. Wentylowania wymuszonego, co niezgodne z blokowiskowymi przepisami. Zapewnił tym samym samotnej, chorej kobiecie wgląd w swoje preferencje kulinarne, tudzież obcowanie z łazienkowymi fragransami. A także opiniami na tematy dowolne, aktualne tam w tamtej chwili. Monity i skargi tylko pogarszały obiegową opinię o bogu ducha winnej lokatorce, a administracyjne kontrole (być może wyprzedzone uprzedzeniem) niczego nie wykazywały. Ale to jeszcze nie wszystko. Z wejściem przez sąsiednią klatkę patologiczne sąsiedztwo przez ścianę. I w roli medium betonowa membrana swobodnie przenosząca dźwięki w obu kierunkach. Z tej więc strony strachem wyciszone rozmowy i treści telewizyjnych propozycji, stamtąd odgłosy sypialnianej szamotaniny, niewybredne komentarze i rynsztokowe słownictwo. To wszystko jako ekstra dodatek dla wyeksploatowanego fizycznie i psychicznie organizmu, jeszcze próbującego utrzymać się na powierzchni człowieczego istnienia. 

*

Ona i on. Poznali się w miejscu, gdzie rodzą się i umierają nadzieje. Oboje już w sile wieku. Oboje dokuczliwie odczuwający niezrozumienie otaczającego świata. Ona, wtedy zbliżająca się czterdziestka, po traumatycznym związku i okrzepłym już rozwodzie; on, poszarpany życiowymi problemami wysysającymi wszelką energię, ponad dekadę starszy, na radykalne rozwiązanie zdecydowany, choć bez efektu ziemi spalonej. Za nimi dorosłe już dzieci. 

Po dziesięciu tygodniach eksperymentalnej terapii w wiodącej klinice nerwic, opuścili z ulgą bezduszny w niej system prania mózgu, nie znajdując u siebie jakiejkolwiek klinicznej przemiany. Bo pewna zmiana jednak w nich zaszła: postanowili otóż, z głupia frant, przedłużyć w nieskończoność dopiero co skiełkowane, wzajemne na siebie oddziaływania terapeutyczne. Równie ryzykowne pod względem efektywności, jak i środowiskowej akceptacji, ale… kto nie ryzykuje… 

W pewnym sensie końcowa klapa tego eksperymentu była do przewidzenia. Po ponad dwudziestu latach poniewierania się we wszelkich granicach i poza nimi, zajmowaniu się mało istotnymi błahostkami, po fiaskach wielokrotnych prób rozwalania głową muru bezmyślności, a nie rozwiązywaniu problemów głównych, po narodzinach wreszcie już za ich ery kilkorga wnucząt, ustawiczne zderzanie się jej dwubiegunowości z jego racjonalnością i permanentną potrzebą świętego spokoju dało efekty związek ich korodujące. Głównie polegające na braku współdziałania, zrodzenia niezdrowej rywalizacji oraz nie zawsze sprawiedliwej oceny, bardziej wzajemnego krytykanctwa. I psychicznej ucieczki od rozmów, odwiedzin, od rodzinnego bycia. Jakoś przędą, choć nie za bogato i bez nadmiaru szczęścia. Z dawno zatartym pierwotnym celem. 

*

Przedsiębiorczy rodzice w średnim wieku, wykształcenie wyższe, choć specyficzne, zbieżne z wyznawanym światopoglądem. Oboje prowadzący osobne, lecz wspólnie uzupełniające się biznesy związane z edukowaniem przez zabawę, w tym rozpoznaniem i kształtowaniem możliwości i zdolności psychomotorycznych maluchów w wieku prawie-że od 0 do… plus nieskończoności. 

Niegłupie dzieci. Pierworodny, już osiemnastolatek, krok przed maturą (zaczynał edukację jako sześciolatek), o niesprecyzowanych zamierzeniach; uzdolniona uczennica średniej szkoły muzycznej, oczko w głowie jako realizatorka niespełnień muzycznych tatusia i pierwszoklasista, rozpieszczany beniaminek z czupryną Harpo Marxa, choć niewątpliwie bystrzejszy i zdecydowanie bardziej od niego wygadany. Takie żywe, rozkapryszone srebro zwiększonej troski od pierwszego w życiu haustu powietrza. Nad podziw zdolny składacz skomplikowanych zestawów LEGO. 

Rodzina zorganizowana według najpopularniejszego chyba w społeczeństwie melanżu religijno-racjonalistycznego, ze wskazaniem na to pierwsze, podparte jednak życiowym realizmem. Bardzo blisko Kościoła – dosłownie, choć nie w znaczeniu dystansu do sakralnej budowli, biorąca czynny udział we wszystkich parafialnych uroczystościach i zamierzeniach dzięki rozsądnemu dyrygowaniu parafią przez długoletniego jej proboszcza. Spełniają się, daje im to dużo radości i satysfakcji. Życzliwi i pomocni z potrzeby serca, przez to lubiani i szanowani w środowisku. Ciekawi świata, dzięki czemu dostrzegają i rozumieją jego różnorodność poza religijnymi dogmatami i przekazami liturgicznymi. Choć bywa, że łączą naukową fizyczność tego co ich otacza z mistyką boskiej sprawczości, już to w czasie licznych turystycznych wędrówek, już to pielgrzymek czy ekumenicznych zlotów. Zaliczają wszelkie parafialne czuwania i pokutne medytacje, ale też  i gromadnie odwrzeszczane w świątyni radosne uwielbienia. Ich to świat, forma przeżywania pozbawiona tępego fanatyzmu, naturalna potrzeba utrwalana od urodzenia. 

Związanych z rodziną dwoje starszych ludzi wykończonych przedświątecznym przygotowywaniem czegokolwiek, niepostrzeżenie przekształconego w szykowanie czegoś na coś i bóg wie po co w ilościach XXL, wykręciło się od wyjazdu na rodzinną wigilię grożącego jednym lub dwoma noclegami poza domem, z czego najbardziej zadowolone były uratowane od chwilowego  osierocenia dwie zwariowane kotki i chałupa, której przestało grozić nadmierne wyziębienie. Starzy osiągnęli decyzją stan odprężenia, posilili się zgodnie z obyczajem tym co przygotowali, a ich wywalczony spokój trwał aż… do po śniadania pierwszego świątecznego dnia. 

– Przyjeżdżamy do was – groźnie od dzieci z dziećmi zawiało rano w telefonie i już było wiadomo, że jako zmotoryzowani, to mogą być w każdej chwili i albo będą siedzieli do późnej nocy, albo zostaną z noclegiem. I szyby będą drżały a dach podskakiwał od czynionego rejwachu. I święty będzie mieszał w garze z bigosem, a spokój odsmażał na dwóch patelniach rybę i pierogi. A relaks gospodarzy? Przy zmywaniu sterty garów. 

*

Miałem i ja przecież w tym roku swoje okołoświąteczne subtelne uwielbienia. Nie religijne bynajmniej – ja z innej bajki, choć też z pewną wiarą związane. Z wiarą w istnienie piękna. Jak zwykle był to Noworoczny Konkurs Filharmoników Wiedeńskich. Tym razem po raz pierwszy batutę dzierżył kanadyjski maestro, dyrygent i pianista Yannick Nézet-Séguin. Piękno pod każdym względem: kompozycji muzycznych wielkich twórców, kunsztu muzyków i grupy baletowej, a także cudownych aranżacji florystycznych dekorujących Złotą Salę Musikverein. Również radosnemu wysiłkowi i pomysłowości samego dyrygenta, który wprowadził do spektaklu niewystępujące dotąd elementy. W tym przede wszystkim żartu rozbawiającego publiczność i zaskarbiającego jej sympatię. 
O wiele klas – ale nie dziwota – niższy poziom dwóch lokalnych koncertów, emocjonalnie mi bliski ze względu na udział w nich pewnej piętnastoletniej wiolonczelistki, która już w pierwszych miesiącach pobytu w szkole muzycznej rzucona została na głęboką wodę zespołowej orkiestrowej gry. Czeka ją dużo pracy i  samozaparcia, może podoła. Oba wydarzenia-spektakle oparte tematycznie na kolędach i pastorałkach, jedno w świątyni, drugie w sali koncertowej szkoły muzycznej, na poły charytatywne, zorganizowane przy ogromnym zaangażowaniu armii ludzi ze szkołą związanych nie tylko zawodowo, w tym rodziców. Szkoła przed koncertem głównym umieściła w programie promocję osiągnięć uczniów, a tam oprócz niezłego poziomu, miłe dla ucha brzmienia rozmaitych grup muzycznych, ciekawe aranżacje, a nawet choreografie, jak na przykład we wspaniałym baletowym spektaklu świetlnych postaci przy wygaszonych światłach. 
Lubię muzykę, może mi towarzyszyć okrągłą dobę, nawet we śnie. Ale słuchać na żywo prowadząc obserwacje zachowań muzyków, rozróżniać brzmienia poszczególnych instrumentów, ich wejścia do akcji i dochodzenie do zabawnych konstatacji typu „najmniej zajęcia miał pan od fletu piccolo” – to zupełnie co innego. Moje zadowolenie w pięknym stylu pokonało różnego pochodzenia zmęczenie. 

*

Oto misz-masz, taka poświąteczna niemitologiczna szopka. Życiowa, do bólu realna. Czy jest tam gdzieś, bodaj wychłodzone już, miejsce po narodzonym dwa tysiące lat temu dziecku uznanym po latach za Zbawiciela? Same tylko prawa nauki mówią, że być nie może. Jednak podobno to wiara czyni cuda. Przykre, że najczęściej w formie rozegzaltowanej hipokryzji. Ale nawet jeśli Jezus zdążył już się gdzieś zapodziać poświątecznie – spokojnie: wróci za rok w różnorodnościach i kolorystykach szopek. Tylko pierwej trzeba będzie Go zdradzić, umęczyć i upokorzyć. Ukrzyżować, by odśpiewać radosne Alleluja na cześć zmartwychwstania. Wróci, kiedy koło wiary zatoczy kolejny krąg. 

Najwyższy czas odpocząć. 

A tu esemesy bombardują przypomnieniami czekających rozkoszy: u pulmonologa, u urologa, w tulei tomografu. 

Gdzieś w jakiejś szczelinie między nimi wypadałoby przyszpilić kilka ad hoc zrodzonych a prowokujących zdań i po ucywilizowaniu odesłać dalej. Czy się uda? 

Życie… 

WaszeR Londyński 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. Bungo 11.01.2026