19.05.2026
Są takie momenty w historii, kiedy człowiek zaczyna podejrzewać, że świat został oddany pod zarząd ludziom przypadkowym. Nie geniuszom strategii. Nie mężom stanu z marmurowych podręczników. Raczej osobliwym figurantom epoki telewizji, ego i politycznego kabaretu. Człowiek patrzy wtedy na wiadomości, miesza herbatę i ma wrażenie, że oto cywilizacja atomowa została powierzona ludziom, którzy jeszcze dwadzieścia lat temu reklamowaliby garnki na lokalnym festynie albo otwierali kasyno przy autostradzie.
Donald Trump jest właśnie takim człowiekiem. Wygląda jak nadmuchany pomnik własnej próżności ustawiony pośrodku Ameryki. Człowiek o psychice obrażonego milionera i politycznej wrażliwości właściciela pola golfowego, któremu ktoś nadepnął na świeżo przystrzyżony trawnik. Im dłużej obserwuje się jego zachowanie wobec Europy, tym bardziej człowiek rozumie, że największe mocarstwo świata zaczyna przypominać luksusowy hotel zarządzany przez recepcjonistę, który codziennie zmienia regulamin w zależności od humoru.
I właśnie ten człowiek decyduje dziś o bezpieczeństwie Europy.
To jest prawda od której robi się człowiekowi chłodno nawet w maju.
Przez dekady Zachód budował przekonanie, że NATO jest czymś trwałym. Czymś przewidywalnym. Że za tym wszystkim stoją procedury, strategie, wieloletnie plany i rozsądni ludzie w mundurach, którzy rozumieją różnicę między geopolityką a emocjonalnym napadem furii. A potem przychodzi Trump i okazuje się, że kilka krytycznych słów niemieckiego kanclerza może wystarczyć, by w Pentagonie zaczęto nerwowo przestawiać żołnierzy niczym pionki na planszy. To już nie wygląda jak polityka wielkiego mocarstwa. To zaczyna przypominać dwór obrażonego cesarza, który podczas uczty rzuca talerzem, bo ktoś miał czelność spojrzeć na niego bez odpowiedniego zachwytu.
Najbardziej ponure jest jednak to, że Putin dokładnie o takim świecie marzył. Na Kremlu siedzi przecież człowiek wychowany w kulcie siły, cynizmu i imperialnej pogardy wobec słabszych narodów. Putin od lat powtarza światu jedną prostą wiadomość: Zachód jest miękki, skłócony i wcześniej czy później zacznie się rozpadać od środka. Każda awantura w NATO, każdy chaos w Waszyngtonie, każda polityczna histeria Trumpa działa na niego jak kieliszek dobrego koniaku dla starego gangstera wspominającego dawne sukcesy.
I trudno dziś nie odnieść wrażenia, że amerykański prezydent momentami naprawdę realizuje marzenie Kremla. Nie dlatego, że jest rosyjskim agentem, jak lubią krzyczeć internetowi wariaci od teorii spiskowych. To byłoby zbyt proste. Trump jest po prostu człowiekiem całkowicie zakochanym w sobie. A ludzie zakochani wyłącznie we własnym ego bywają najbardziej niebezpieczni, bo nie uznają żadnych zasad poza własnym nastrojem.
Dlatego Europa zaczyna się dziś bać. Nie tylko Rosji. Także Ameryki. I właśnie tutaj zaczyna się polski kabaret. Bo polska prawica przez lata budowała mit Trumpa niczym prowincjonalna sekta polityczna. Wystarczy przypomnieć te wszystkie pielgrzymki do Waszyngtonu, te wzruszone twarze polityków PiS pozujących przy amerykańskich flagach, te opowieści o wyjątkowej przyjaźni i specjalnych relacjach. Człowiek patrzył na to czasem jak na grupę turystów pod hotelem w Las Vegas, którzy po wspólnym zdjęciu z iluzjonistą uwierzyli, że zostali współwłaścicielami kasyna.
Karol Nawrocki wygląda dziś szczególnie groteskowo. Jeszcze chwilę temu jego obóz polityczny opowiadał obywatelom o wielkich kontaktach z Trumpem, o osobistych relacjach i politycznym zaufaniu. Tymczasem okazało się, że decyzje dotyczące amerykańskich wojsk spadły na Warszawę równie nagle, jak deszcz na ludzi wracających bez parasola z grilla majowego.
Ale prawica nigdy nie pozwoli rzeczywistości zepsuć sobie dobrej propagandy. Dlatego natychmiast pojawiły się opowieści o winie Tuska, o Niemcach, o złej atmosferze i o niewłaściwych wypowiedziach premiera. Człowiek czasem słucha tych polityków i ma wrażenie, że gdyby Trump jutro postanowił sprzedać Alaskę Marsjanom, PiS nadal tłumaczyłby obywatelom, że wszystkiemu winien jest zbyt mało entuzjastyczny ton Donalda Tuska podczas konferencji prasowej.
To już nie jest polityka. To jest stan psychiczny. Najbardziej dramatyczne jest jednak to, że świat naprawdę robi się coraz bardziej niebezpieczny. Putin dalej prowadzi swoją imperialną wojnę i zamienia Rosję w wielką fabrykę strachu oraz propagandy. Trump coraz częściej traktuje sojusze jak biznesowe układy możliwe do zerwania po jednym napadzie gniewu. Europa dopiero uczy się myśleć o własnym bezpieczeństwie bez amerykańskiej opieki.
A Polska stoi pośrodku tego wszystkiego jak człowiek, który przez lata mieszkał w domu przekonany, że fundamenty są wieczne, po czym pewnego dnia usłyszał pierwszy niepokojący trzask pod podłogą. I właśnie dlatego tak bardzo irytuje mnie ten polski patriotyczny teatrzyk. Te wszystkie wielkie słowa o honorze, zdradzie i suwerenności wygłaszane przez ludzi, którzy przez lata mylili dyplomację z osobistym kultem Trumpa. Błaszczak tropiący niemieckie spiski nawet w prognozie pogody. Przydacz wyglądający jak uczeń donoszący wychowawczyni, że koledzy źle mówią o Ameryce. Nawrocki pozujący na światowego lidera po jednym telefonie do człowieka, który prawdopodobnie następnego dnia ledwo pamiętał jego nazwisko.
Patrzy człowiek na tę polityczną kompanię i myśli sobie, że największym problemem współczesnej polityki nie jest nawet głupota. Głupota była zawsze. Najgroźniejsza jest dziś infantylność. To przekonanie, że wielkie mocarstwa działają jak kibice piłkarscy i będą lojalne wobec tych, którzy najgłośniej śpiewają ich hymn. Tymczasem geopolityka jest brutalna, zimna i całkowicie pozbawiona sentymentów. Wielcy gracze nie mają przyjaciół. Mają interesy. A Trump jest człowiekiem, który własne emocje traktuje czasem jak interes strategiczny.
Dlatego, naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia próbował dogadywać się z Putinem ponad głowami Europy. Nie dlatego, że ma jakiś wielki plan. Raczej dlatego, że uwielbia rolę człowieka rozdającego karty. Uwielbia poczucie, że od jego kaprysu zależą losy świata.
To właśnie jest najbardziej przerażające. Nie chłodny cynizm.
Nawet nie rosyjska brutalność. Tylko fakt, że bezpieczeństwo Europy coraz częściej zależy od emocji człowieka, który wygląda, jakby prowadził geopolitykę pomiędzy rundą golfa a wpisem w mediach społecznościowych.
Historia bywa okrutna, ale ma też wyjątkowo parszywe poczucie humoru. Czasem całe narody budzą się nagle i odkrywają, że ich bezpieczeństwo przez lata opierało się bardziej na złudzeniach niż na realnej strategii, a wtedy jest już za późno na patriotyczne selfie, wzruszone przemówienia i opowieści o wielkiej przyjaźni z cesarzem z Florydy.
Krzysztof Bielejewski
