20.05.2026
Ameryka zawsze miała talent do produkowania rzeczy wielkich. Wielkich mostów, wielkich samochodów, wielkich hamburgerów i wielkich idiotyzmów politycznych. Europa przez lata patrzyła na Stany Zjednoczone jak ubogi kuzyn patrzy na bogatego wujka z Chicago. Z mieszaniną podziwu, zazdrości i lekkiego przerażenia. Bo Ameryka potrafiła jednocześnie wysłać człowieka na Księżyc i wyprodukować telewizję, w której milioner w złotym krawacie zwalniał ludzi dla rozrywki publiczności.
A potem przyszedł Donald Trump i okazało się, że cała amerykańska demokracja jest trochę jak kasyno w Las Vegas. Wszystko świeci, gra muzyka, ludzie krzyczą o wolności, konstytucji i ojcach założycielach, ale wystarczy chwila nieuwagi i człowiek odkrywa, że właściciel wyniósł właśnie sejf tylnym wyjściem.
Najnowsza historia z dokumentem mającym zapewnić Trumpowi, jego rodzinie i biznesowemu imperium praktyczną nietykalność federalną brzmi już nie jak polityka, ale jak scenariusz napisany przez pijanego producenta Netfliksa po maratonie „Ojca chrzestnego” i wrestlingu. Według amerykańskich mediów dokument podpisany przez pełniącego obowiązki Prokuratora Generalnego Todda Blanche’a miałby na zawsze blokować federalne śledztwa, audyty i postępowania wobec Trumpa, jego synów oraz powiązanych firm. Na zawsze. Wiecznie. Amen.
To słowo „na zawsze” jest tutaj szczególnie piękne. Pachnie monarchią. Pachnie cesarstwem. Pachnie człowiekiem, który siedzi w złotym fotelu i powoli zaczyna wierzyć, że konstytucja została napisana głównie po to, żeby go przepraszać.
Todd Blanche to zresztą postać idealna dla naszych czasów. Jeszcze niedawno był osobistym adwokatem Trumpa. Dziś kieruje Departamentem Sprawiedliwości. To trochę tak, jakby ochroniarz mafiosa został komendantem policji i tłumaczył obywatelom, że teraz będzie wyjątkowo uczciwie, bo zna środowisko od środka.
W Stanach Zjednoczonych przez lata opowiadano światu, że nikt nie stoi ponad prawem. To był fundament amerykańskiej mitologii. Kowboj, konstytucja, wolność i sprawiedliwość. Tymczasem Trump od dawna zachowuje się jak obrażony właściciel pola golfowego, który uznał, że skoro wygrał wybory, to może już wszystko. Może pardonować uczestników szturmu na Kapitol. Może rozdawać stanowiska własnym prawnikom. Może stworzyć fundusz dla ludzi skazanych za próbę podważenia wyniku wyborów. I może jeszcze oczekiwać oklasków.
Sam pomysł utworzenia funduszu dla uczestników 6 stycznia jest zresztą czymś absolutnie niezwykłym. Oto państwo miałoby wypłacać miliardy dolarów ludziom, którzy wcześniej demolowali Kapitol i bili policjantów drzewcami od flag. To trochę tak, jakby po napadzie na bank państwo organizowało później galę dobroczynności dla rozczarowanych rabusiów.
Trump od dawna przypomina człowieka, który pomylił urząd prezydenta z immunitetem dla własnego ego. On nie chce być politykiem. On chce być nietykalny. Chce funkcjonować ponad systemem, ponad instytucjami, ponad prawem. Jak późnorzymski cesarz, który po ciężkiej nocy wydaje dekret, że od jutra podatki płaci już tylko plebs i kelnerzy.
Miliony Amerykanów nadal patrzą na niego z zachwytem. Trump jest dla nich czymś więcej niż politykiem. Jest zbiorową fantazją o zemście na elitach. Wielkim wujkiem z Florydy, który mówi prosto, obraża wszystkich i obiecuje, że rozwali cały system. Problem polega na tym, że kiedy ktoś naprawdę rozwala system, bardzo rzadko kończy się to tanim paliwem i niższym podatkiem od pickupów.
Europa patrzy dziś na Amerykę z coraz większym niedowierzaniem. Bo przez dekady to właśnie Stany Zjednoczone pouczały świat o demokracji, praworządności i standardach państwa prawa. A teraz wyglądają trochę jak bogaty krewny, który podczas rodzinnego obiadu przewrócił stół, obraził ciotkę i jeszcze schował srebrne sztućce do kieszeni.
Polacy powinni patrzeć na tę historię szczególnie uważnie. Bo trumpizm i pisizm są kuzynami. Oba ruchy karmią się gniewem, poczuciem krzywdy i opowieścią, że tylko silny lider uratuje naród przed zdradzieckimi elitami. Kaczyński robił to bardziej po sarmacku, z obrażonym doktorem historii w tle. Trump robi to jak handlarz nieruchomościami po trzech whisky i pięciu wpisach na Truth Social.
Ale mechanizm jest identyczny. Najpierw przekonuje się ludzi, że instytucje są skorumpowane. Potem obsadza się je swoimi ludźmi. Następnie ogłasza się, że jedynie wódz reprezentuje prawdziwy naród. A na końcu człowiek budzi się w kraju, w którym prokurator generalny podpisuje dokument przypominający królewski akt łaski dla dynastii.
I właśnie wtedy demokracja zaczyna przypominać stary hotel nad morzem poza sezonem. Jeszcze stoi. Jeszcze działa recepcja. Jeszcze ktoś odkurza korytarze. Ale wszyscy już czują zapach wilgoci i wiedzą, że konstrukcja od dawna gnije od środka.
Trump i jego wyznawcy ciągle opowiadają o wolności. O wolności przed państwem. O wolności przed elitami. O wolności przed systemem. Tymczasem ich wymarzony świat wygląda coraz bardziej jak prywatny folwark jednego człowieka i jego rodziny.
Putin zrobił z Rosji mafijną twierdzę. Orban budował Węgry dla swoich oligarchów. Trump najwyraźniej marzy o Ameryce, w której prezydent może wręczyć sam sobie dożywotni immunitet jak kupon rabatowy na hamburgery.
I tylko zwykli ludzie nadal chodzą rano do pracy. Kupują kawę. Stoją w korkach. Płacą podatki. Włączają wiadomości i widzą kolejny dzień świata, w którym miliarder próbujący zostać cesarzem tłumaczy obywatelom, że wszystko robi dla demokracji.
To jest właśnie najdziwniejsza cecha współczesnej polityki. Demokracja nie umiera dziś od huku armat. Ona umiera od bezczelności. Od ludzi, którzy patrzą obywatelom prosto w oczy i mówią: „tak, chcę być ponad prawem”. A potem połowa społeczeństwa odpowiada: „świetny pomysł, byle dowalił naszym przeciwnikom”.
I może właśnie dlatego XXI wiek tak bardzo przypomina kiepski serial polityczny. Scenariusz jest absurdalny. Bohaterowie narcystyczni. Dialogi idiotyczne. A mimo to wszyscy oglądają kolejne odcinki z niezdrową fascynacją, jak pasażerowie statku obserwujący człowieka wiercącego dziurę w pokładzie.
Krzysztof Bielejewski
