10.06.2026
Jest coś niezwykle osobliwego w sposobie, w jaki Polacy rozmawiają dziś o historii. Nie chodzi nawet o to, że się o nią spierają. Narody zawsze się spierają. Francuzi od dwóch stuleci kłócą się o Napoleona, Amerykanie o własną wojnę secesyjną, Brytyjczycy o imperium, którego już nie ma. Problem zaczyna się wtedy, gdy historia przestaje być próbą zrozumienia przeszłości, a staje się magazynem amunicji do bieżących politycznych strzelanin.
Wtedy przeszłość przestaje być nauczycielką życia, a zamienia się w magazyn broni.
Patrząc na polską debatę o Ukrainie, Wołyniu, UPA, relacjach polsko-ukraińskich czy współczesnej wojnie za naszą wschodnią granicą, coraz częściej mam wrażenie, że uczestniczymy właśnie w takim procesie. Nie rozmawiamy już o historii. Rozmawiamy o wyobrażeniu historii. O micie historii. O historii, która została wielokrotnie przepuszczona przez propagandę sanacyjnych pułkowników, komunistycznych aparatczyków, nacjonalistycznych publicystów, telewizyjnych demagogów i internetowych wojowników, aż w końcu przestała przypominać samą siebie.
Najbardziej fascynujące jest przy tym to, że niemal wszyscy uczestnicy tego sporu są przekonani, że bronią prawdy.
Jedni widzą wyłącznie niewinnych Polaków i wyłącznie zbrodniczych Ukraińców. Drudzy próbują odpowiedzieć na tę narrację równie uproszczonym obrazem świata. Jeszcze inni wykorzystują historię jako pałkę do okładania politycznych przeciwników. Każda ze stron posiada własny zestaw świętych, własny zestaw demonów i własny katalog tematów, o których wolno mówić.
A przecież prawdziwa historia niemal nigdy nie przypomina moralitetu.
Prawdziwa historia przypomina raczej stary las. Im głębiej w niego wchodzimy, tym mniej wyraźne stają się ścieżki. Coraz trudniej odróżnić sprawców od ofiar, przyczyny od skutków, początek od końca. W pewnym momencie odkrywamy, że wydarzenia, które przez dziesięciolecia opowiadano nam jako proste i oczywiste, w rzeczywistości były skomplikowane, wielowarstwowe i często tragiczne dla wszystkich uczestników.
To właśnie dlatego tak trudno rozmawiać o relacjach polsko-ukraińskich.
Bo są one opowieścią o dwóch narodach, które przez stulecia żyły obok siebie, czasem razem, czasem przeciw sobie, a niemal zawsze w cieniu większych imperiów. Rosyjskiego, austro-węgierskiego, niemieckiego, sowieckiego. Każde z tych imperiów pozostawiało po sobie nie tylko granice, ale również pamięć, urazy i lęki.
Gdy dziś słyszymy polityków tropiących „nie dość polskie” nazwiska albo zastanawiających się, czy w polskich instytucjach nie pracuje zbyt wielu Ukraińców, trudno nie odczuwać niepokoju. Nie dlatego, że podobne słowa pojawiają się po raz pierwszy. Właśnie dlatego, że pojawiały się już wcześniej.
Historia posiada bowiem pewną niepokojącą cechę. Bardzo rzadko wraca w identycznej postaci. Zwykle wraca przebrana.
Nigdy nie zaczyna się od wagonów i obozów. Zaczyna się od podejrzeń. Od pytań o pochodzenie. Od analizowania nazwisk. Od zastanawiania się, kto jest „naprawdę swój”, a kto tylko chwilowo udaje. Od przekonania, że istnieje jakaś czysta wspólnota, którą należy ochronić przed wpływem obcych.
Każde pokolenie uważa, że jest zbyt mądre, aby powtórzyć błędy poprzednich. Każde pokolenie później odkrywa, że mechanizmy ludzkiego strachu są niemal nieśmiertelne.
Tymczasem rzeczywistość wokół nas zmienia się szybciej niż polityczne emocje.
Za naszą granicą trwa wojna, która z perspektywy historyka prawdopodobnie okaże się jednym z najważniejszych wydarzeń XXI wieku. Ukraińcy od ponad czterech lat walczą z państwem, które otwarcie neguje ich prawo do istnienia jako narodu. Rosja nie prowadzi przeciwko Ukrainie zwykłej wojny o terytorium. Prowadzi wojnę o pamięć, język, kulturę i tożsamość.
A my w tym samym czasie coraz częściej zachowujemy się tak, jakby największym problemem Europy było ustalenie, kto komu powinien postawić pomnik i kto komu powinien odebrać order.
To nie oznacza, że historia Wołynia nie ma znaczenia.
Przeciwnie. Ma znaczenie ogromne. Każda niewinna ofiara ma znaczenie. Każda rodzina ma prawo do pamięci. Każdy naród ma prawo domagać się prawdy o własnych zmarłych.
Problem pojawia się wtedy, gdy pamięć przestaje służyć zrozumieniu, a zaczyna służyć mobilizacji. Bo pamięć może być mostem. Ale może być również murem.
Rosja od dawna doskonale rozumie tę różnicę. Współczesne wojny nie są prowadzone wyłącznie za pomocą rakiet, czołgów i dronów. Coraz częściej prowadzi się je za pomocą emocji. Za pomocą urazów. Za pomocą historycznych traum, które wyciąga się z archiwów, odkurza i wrzuca do mediów społecznościowych niczym granaty.
Nie trzeba wtedy nikogo podbijać. Wystarczy sprawić, by ludzie zaczęli nienawidzić się nawzajem.
To właśnie dlatego najbardziej niepokoi mnie nie sam spór o historię, ale ton, w jakim coraz częściej jest prowadzony. Ton pewności. Ton moralnej wyższości. Ton ludzi przekonanych, że posiadają całą prawdę.
Historia uczy czegoś dokładnie odwrotnego. Uczy pokory. Uczy, że ludzie są zdolni zarówno do bohaterstwa, jak i okrucieństwa. Że narody potrafią być jednocześnie ofiarami i sprawcami. Że pamięć bywa zawodna. Że propaganda potrafi przetrwać całe pokolenia. Że najgorsze decyzje bardzo często podejmują ludzie szczerze przekonani o własnej racji.
Być może największym problemem współczesnej Polski nie jest więc to, że zapominamy historię. Być może problem polega na czymś dokładnie odwrotnym. Pamiętamy ją zbyt wybiórczo.
Tak wybiórczo, że coraz częściej nie widzimy już ludzi ukrytych za datami, pomnikami, nazwiskami i sztandarami. Nie widzimy mieszkańców spalonych wsi. Nie widzimy dzieci zabitych przez wojny i nacjonalizmy. Nie widzimy rodzin rozdzielonych przez granice i deportacje.
Widzimy jedynie własne emocje, a kiedy naród zaczyna bardziej kochać własne emocje niż prawdę, historia zwykle szykuje mu bardzo kosztowną lekcję. Być może właśnie dlatego najważniejszym zadaniem nie jest dziś obrona jednej czy drugiej wersji przeszłości. Najważniejszym zadaniem jest obrona zdolności do myślenia, bo od tego zawsze zaczyna się wolność. I od tego zawsze zaczyna się jej utrata.
Krzysztof Bielejewski
