25.06.2026
Polska przypomina właściciela kamienicy, który od rana kłóci się z sąsiadem o kolor płotu, podczas gdy przed jego drzwiami właśnie zatrzymała się ciężarówka z materiałami do budowy całego nowego osiedla. Z jednej strony Gdańsk staje się na dwa dni politycznym i gospodarczym centrum Europy, bo przyjeżdżają premierzy, komisarze, bankierzy, inwestorzy, szefowie największych firm i ludzie, którzy będą decydować o wydaniu setek miliardów euro na odbudowę Ukrainy. Z drugiej – my z zapałem godnym średniowiecznych scholastyków spieramy się, czy Ukraina powinna wejść do Unii Europejskiej, kto komu oddał order, kto komu nie podał ręki i czyje emocje są bardziej patriotyczne.
Nie ma chyba drugiego narodu, który z równą pasją potrafiłby jednocześnie stać przed największą gospodarczą szansą od wejścia do Unii Europejskiej i zastanawiać się, czy przypadkiem nie lepiej byłoby odwrócić się do niej plecami.
Konferencja Ukraine Recovery Conference w Gdańsku nie jest przecież kolejnym europejskim zjazdem ludzi w garniturach, którzy przez dwa dni będą wymieniać się uprzejmościami, a potem rozjadą się limuzynami do swoich stolic. Tym razem stawką są konkretne pieniądze, konkretne kontrakty i konkretna przyszłość. Według najnowszych szacunków Banku Światowego, Komisji Europejskiej i władz Ukrainy koszt odbudowy kraju liczony jest już w setkach miliardów dolarów, a potrzeby rosną z każdym kolejnym rosyjskim atakiem.
To nie jest abstrakcyjna suma. To są drogi, mosty, elektrownie, linie kolejowe, szpitale, szkoły, porty, magazyny, sieci energetyczne, centra logistyczne i tysiące inwestycji, które ktoś zaprojektuje, ktoś sfinansuje i ktoś na nich zarobi. Historia rzadko rozdaje takie karty. Jeszcze rzadziej rozdaje je państwu, które leży dokładnie obok miejsca, gdzie wszystko będzie odbudowywane.
Polska ma w tej układance przewagę, której nie kupi się żadnym funduszem europejskim. Jest geografią. Jest logistyką. Jest doświadczeniem. Jest językiem, który dla milionów Ukraińców nie brzmi obco. Jest przedsiębiorcami, którzy od lat działają po obu stronach granicy. Jest portami, drogami, kolejami i magazynami. Coraz więcej ukraińskich firm nie patrzy już na Warszawę czy Gdańsk jak na przystanek w drodze do Berlina, lecz jak na bramę prowadzącą na cały unijny rynek. Dla nich Polska przestaje być krajem tranzytowym, a staje się adresem biznesowym, miejscem certyfikacji produktów, budowania wiarygodności i zdobywania europejskich klientów.
To akurat bardzo dobra wiadomość i właśnie dlatego tak bardzo zadziwia mnie równoległa rzeczywistość, którą sami sobie budujemy.
Bo niemal równocześnie publikowany jest sondaż pokazujący, że blisko sześciu na dziesięciu Polaków sprzeciwia się członkostwu Ukrainy w Unii Europejskiej. To nie jest margines. To już nastroje społeczne, z którymi każdy polityk będzie musiał się liczyć. Można je tłumaczyć zmęczeniem wojną, obawami o rolnictwo, konkurencję gospodarczą, bezpieczeństwo czy zwyczajnym przesytem tematem Ukrainy. Wszystkie te argumenty zasługują na poważną rozmowę, a nie na moralizowanie. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy emocje zastępują rachunek ekonomiczny. Bo gospodarka ma wyjątkowo irytującą cechę – nie przejmuje się nastrojami sondażowymi.
Jeżeli Polska nie będzie chciała uczestniczyć w odbudowie Ukrainy, to zrobią to Niemcy, Francuzi, Turcy, Koreańczycy, Amerykanie i dziesiątki innych państw. Beton nie obraża się na polityków. Dźwigi nie głosują. Kontrakty nie mają poglądów.
Tymczasem zamiast rozmawiać o tym, jak zdobyć jak największy kawałek tego gigantycznego tortu, od tygodni obserwujemy festiwal narodowego obrażania się.
Najpierw spór o UPA. Potem Order Orła Białego. Następnie kolejne oświadczenia, odpowiedzi na odpowiedzi i komentarze do komentarzy. Wołodymyr Zełenski nie przyjeżdża do Gdańska, delegacji przewodzi premier Julija Swyrydenko, a konferencja, która miała być świętem współpracy, odbywa się w cieniu dyplomatycznego chłodu. Donald Tusk próbuje studzić emocje, podkreślając, że interes Polski wymaga zachowania współpracy z Ukrainą mimo historycznych sporów.
Najbardziej zadowolony z całego przedstawienia wydaje się, jak zwykle, Kreml. Ukraińskie służby ostrzegają nawet, że rosyjski wywiad może próbować wykorzystać polską symbolikę do prowokacji właśnie podczas konferencji w Gdańsku, licząc na dalsze pogłębianie konfliktów między Warszawą a Kijowem. Jeżeli to prawda, to trzeba przyznać, że Rosjanie wykazują się wyjątkową znajomością naszej psychiki. Wiedzą, że wystarczy podrzucić odpowiedni historyczny lont, a resztę wykonamy własnymi rękami.
To jest chyba najbardziej przewrotna cecha współczesnej polityki. Mniej trzeba używać czołgów, wystarczy więcej emocji.
Historia jest ważna. Bardzo ważna. Wołyń nie przestaje boleć dlatego, że komuś jest akurat politycznie niewygodny. Ale równie prawdziwe jest to, że geografia nie daje się zmienić uchwałą Sejmu. Ukraina nie zniknie z mapy, tak samo jak Polska nie przestanie być jej najbliższym sąsiadem.
Można oczywiście prowadzić politykę obrażonego kuzyna, który przy każdym rodzinnym spotkaniu przypomina wszystkim wydarzenia sprzed osiemdziesięciu lat i wychodzi od stołu przed deserem. Pytanie tylko, czy po takim spektaklu dostanie jeszcze zaproszenie na kolejne spotkanie.
Największą ironią całej sytuacji jest to, że odbudowa Ukrainy będzie trwała zapewne kilkanaście, a może kilkadziesiąt lat. Politycy, którzy dziś wymieniają złośliwe wpisy na platformie X, dawno odejdą na emeryturę. Partie zmienią nazwy, koalicje się rozpadną, ministrowie napiszą wspomnienia, a koparki nadal będą pracować. Dźwigi nadal będą stawiały mosty. Pociągi nadal będą woziły stal i cement.
Historia ma znacznie dłuższą perspektywę niż kadencja parlamentu. Dlatego patrząc dziś na Gdańsk, widzę dwa równoległe obrazy.
Pierwszy to Polska ambitna, przedsiębiorcza i świadoma swojej geopolitycznej roli. Polska, która może stać się gospodarczym centrum odbudowy największego europejskiego projektu od czasu planu Marshalla.
Drugi to Polska, która z uporem godnym kolekcjonera znaczków analizuje każde historyczne potknięcie, każde obrażone ego i każdy polityczny gest, nie zauważając, że obok właśnie rozgrywa się partia, której stawką są następne dwadzieścia lat rozwoju całego regionu.
Obawiam się, że przyszłe pokolenia nie będą nas rozliczały z liczby konferencji prasowych ani z długości internetowych awantur. Zainteresuje je raczej jedno pytanie.
Kiedy świat odbudowywał Ukrainę, czy Polska była przy stole, czy tylko komentowała menu?
Krzysztof Bielejewski
