13.12.2024
W świecie zwierząt nie miał odpowiednika. Zresztą, co tu dużo gadać, pewnie też w całej ożywionej przyrodzie. A przynajmniej nauka jeszcze czegoś takiego nie wywlokła na światło dzienne z niezbadanych dotąd mroczności. To i nie dziwota, że również w gromadzie ludzkiej ze świecą by szukać podobnego dziwoląga. Choć unikatowy, jak drogocenna czarna perła, nieporównywalnie odrażającej był jakości.
*
Szpiegowanie i donosicielstwo szły z nim w komitywie przez dorosłe życie wespół z pragnieniem wyrównywania z nawiązką, będących projekcją własnego jeszcze z młodości zakompleksienia, krzywd doznanych i wydumanych. Prawdopodobnie dziergał w sobie wizję siebie jako karzącego palca nie uwzględniającej apelacji wyroczni. Jako prawem boskim i ludzkim pomazanego reformatora działającego z poruczenia emerytowanego wskrzesiciela narodowego ducha. Faktycznie zaś był samozwańczym mścicielem tępiącym według własnego widzimisię wszystko, co dla jego psyche niestrawne.
Bardzo pragnął wybujałe swoje zamiary ucieleśnić, ale… Ale na to trzeba by być co najmniej mentalnym sterydowcem gotowym do pojedynku oko w oko, może jakimś ekranowym niezniszczalnym hero porywającym tłumy, a nie celującym z ukrycia zasmarkańcem. Jako zbyt cienki bolek upośledzony wrodzoną niesamodzielnością, już lata temu obrzucony wiele mówiącą ksywą Nulo, związał się był z bandą kombinujących kaczorów. Na dosyć krótko. W 2011. wykopany bez pardonu spod kaczych skrzydeł za próby gmatwania zastanego układu, odrzuceniem tym psychicznie dość sponiewierany, ze świeżo skiełkowanym pragnieniem zemsty, plątał się tu i tam łapiąc wszystko co popadło, by, nadal furmaniąc garstce swoich zaufańców, przeżyć jakoś w zespoleniu z nabitymi w czerep wywrotowymi ideami i rojącymi się nerwowo niespełnieniami. Pomóc mu w tym miało związanie sprzymierzeńców statutem założonej rok później partii. Pierwsza i druga dekada nowego tysiąclecia były burzliwym okresem jego działalności: zasiadania w różnych gremiach, piastowania rozmaitych odpowiedzialnych stanowisk, ubiegania się o kolejne. A także stawania przed wymiarem sprawiedliwości i wyślizgania się próbom postawienia go przed Trybunałem Stanu za podejmowanie niezgodnych z prawem działań przeciwko osobom zajmującym odpowiedzialne stanowiska, a skażonym, według niego, niewłaściwą postawą polityczną. Sprawy te, jego szczęściem, kończone były różnie motywowanymi umorzeniami.
*
Kaczy megaloman, dzięki własnym politycznym kalkulacjom rozbudzonym wyborczym zwycięstwem, przywrócił tego moralnego płazińca do łask pchany patologicznym apetytem, sądząc, że przy okazji ten odwali za niego kawał brudnej roboty, do której, jak mało kto, był akuratny. Nie mylił się. Odwalił. Ale i błąd to był wielkiej wagi, gdyż dotknięty rozdętą nieomylnością strateg nie przewidział, że z czasem, ów ze wzgardą traktowany popychel, umościwszy się w Ministerstwie Sprawiedliwości i Prokuraturze Generalnej oraz liznąwszy deko więcej arkanów pokrętnej sztuki wodzenia za nos, będzie chciał ponownie poszczerbić sprawnie funkcjonujący team partyjnych funkcjonariuszy, poczynając od beznadziejnie słabego pierwszego przybocznego, łgarza co się zowie, i przy najbliższej nadarzającej się okazji wysiudać go z siodła na amen. No a potem zasiewane za plecami bossa ziarna puczu pielęgnować techniką nacisków z pogranicza zakulisowego, chwilami prawie otwartego, szantażu. Bo, po prawdzie, zaślepiony mściciel nigdy nie powinien być przygarnięty pod opiekuńcze skrzydła. Tym bardziej mieć do czynienia z prawem i sprawiedliwością. Tymi sztandarowymi wartościami przypisanymi demokratycznej cywilizacji, a nie szmatławym partyjnym sloganom służącym do ucierania zakłamanej gęby. Tak oto chorobliwa zachłanność kaczego demiurga położyła na łopatki kolejno: praworządność, opiekę zdrowotną i społeczną oraz gospodarkę kraju średniej światowej klasy. W komplecie zarzutów same braki: wyobraźni, szczerych intencji, dobrej woli. I przede wszystkim zarzut główny: najsurowszej kary godne wybiórcze ignorowanie praw i obowiązków z najwyższej półki, w tym obowiązującej ustawy zasadniczej.
Dla Nula był to jednak dyskomfortowy układ. Niby bezpiecznie dryfował na ministerialnym stołku u boku zdyscyplinowanej partii władzy, wprowadzając w tryby jej organizmu rządzenia swoich partyzantów; niby mógł, to z jawnym poparciem, to z cichym przyzwoleniem, realizować swoje niszczycielskie w sferze praworządności mrzonki, ale przeważnie były to manewry z kresów wydolności tolerancyjnej patrona i podskoczyć nie dało się wyżej podsufitki prezesa bez dyscyplinującego pacnięcia w najlepszym wypadku. Albo zabójczego wystrzelenia z wasalskiej orbity, równającego się politycznej zapaści. A tu jeszcze trzeba było wyhamowywać żądzę krwi sfory różnego autoramentu, skundlenia i wyszczekania kamratów. Dla jego wysokopiennych ambicji sytuacja była wielce niesatysfakcjonująca. Nie poprawiały jej nawet sprzyjające jego sprawie konwulsyjne diagnozy i takież ordynowane zalecenia doktora nauk prawicowych, najwyższego zwierzchnika narodowych spraw zaprzepaszczonych. Pat padł na patologiczny blat rozgrywek międzyfrakcyjnych w prawicowym łonie.
I takie patowe nic w żadną stronę przeniosło się w amoku niedowierzania do opozycji w efekcie zeszłorocznych październikowych wyborów, kiedy partyjne zwycięstwo jedynie słusznych idei nie przełożyło się na pobożnożyczeniową sejmową większość. Nadprezes nie zdołał pozbyć się gangreny z własnego łona, gangrena nie wybiła się ponad skostniałe przetrwalnikowe schematy. Oba ciała dotknął syndrom pełnych gaci i związany z tym bezdech przeplatany czkawką. Ale już kraj, ten kraj, który ta swołocz przez lata z rechotem deptała, nie został zmuszony do ziobrania na europejskich progach po zdegradowaniu do roli pariasa. Wolą niespotykanej dotąd obywatelskiej mobilizacji odzyskał zrównoważoną młodą sylwetkę i twarz o kobiecych rysach. A nawet stanął na rozprostowanych nogach, by zacząć tępić chwasty w obejściu. Nadciągające czarne chmury bez cienia wątpliwości wieszczyły problemy, te w konsekwencji i tak zdołały przerosnąć ostrożnie skalkulowane trudy jednych, drugich zaś niedoszacowane przewidywania zwapniałej logiki. Zbliżał się oto czas audytów i rozliczeń.
*
Minister od uznaniowego rozdzielania sprawiedliwości i nadgorliwych oskarżeń, alfa i omega sądownictwa i prokuratury, kolejny raz potknął się o sprawiedliwość dziejową, tym razem solidniej. Tym razem wpadł bowiem jak śliwka w kompot, żeby tu określeń adekwatnych dla przydomowego zbiornika na nieczystości nie wymieniać. Wyborcza roszada, będąca faktycznie prawicowym kolapsem, razem z matką żywicielką podtopiła wszystkie pasożytnicze polipy. Ucieczka w trudną do wyleczenia chorobę, której złowrogi cień położył się na nim nagle, była jak ratujący życie nadzwyczajny akt łaski, w kąt bodaj chwilowego nieistnienia spychający nadal realne zagrożenie. Chwycił się jej desperacko, a licząc na korzystny lifting twarzy, wyraźnie odzyskał przygaszony ostatnio wigor. Ochoczo podparł się też mętnym ale wciąż pulsującym optymizmem osieroconych kamratów. Pozytywne nastawienie, nie wykluczając efektów chirurgicznych manipulacji poprawiających cielesną konstrukcję, musiało zaowocować gejzerem witalności. Utrzymując drożność lawiranckich kanałów ewakuacji, zintensyfikował swoją aktywność w social mediach, poczynając umieszczać celne riposty na pojawiające się co i rusz w jego sprawie newsy, których cechą naczelną – a jakże! – była wszechobecna w prawicowym obozie amnezja w szemranych sprawach, nierozerwalnie występująca z arogancją i szczerzeniem kłów. W przestrzeni pojawiły się przebąkiwania o rychłym jego powrocie do czynnej, politycznej działalności.
Lecz oto parlamentarne komisje do spraw wywąchiwania nieprawidłowości, szwindli, wykroczeń i opasłych przestępstw, a także zaniechań, zaniedbań, zachachmęceń, również niewytłumaczalnych niedoszacowań i przekalkulowanych szacunków, jako i powiązań rodzinnych lub towarzyskich, bądź też przepływu fruktów o jakiejkolwiek wartości w jakimkolwiek kierunku itd. itp. już rozpoczęły prace w majestacie przywróconego prawa. Dość niespiesznie zrazu, aby tę robotę wykonać poprawnie i – nie daj bóg! – nikogo nie urazić pominięciem. I by bezpiecznie przetrawiać ten ogrom ewentualnych dla umysłu kontrolujących niestrawności i trucizn wydobywanych czasem ze zmyślnych schowków, mających dotąd opinię bezpiecznych i nie do odkrycia.
Mrówcza praca dochodzeniowych gremiów niebawem zaowocowała pierwszymi wezwaniami, różnie skutkującymi zarówno stawiennictwem, jak i ochotą do konstruktywnej współpracy przy wyjaśnianiu meandrów, przepustów i katarakt płynącej szerokim nurtem zawiłej politycznej rzeczywistości ostatnich lat. I jak zwykle w takich sytuacjach nie obyło się bez dyscyplinowania wezwanych, nakładania stosownych kar, czy też występowania o pozbawienie nietykalności osób immunitetem chronionych. Pozwaniem w charakterze świadka zaszczycony został również były minister, co jak feniks z popiołów objawił się w przestrzeni publicznej cały i zdrowy, z nienaganną, jak na człowieka onegdaj ciężko chorego, prezencją i wielką ochotą do szarży w nie tylko swojej sprawie. Oczywiście zignorował kilka zaproszeń, na niektóre tylko przedstawiając wymagane przepisami usprawiedliwienia. Ale gdy okazało się, że nie tacy spece tracą przywilej nietykalności i zaczynają być doprowadzani ciupasem przed oblicze komisji, objawił przyspieszoną ochotę do wyprzedzenia służb werbalną agresją przypominającą desperacki kontratak zagonionego w ślepy zaułek szczura. Tyle że z tego rozpędu nie wziął pod rozwagę kwalifikacji i uprawnień dociskającego go do muru szczurołapa. W co gra, ten magister inwigilacji i represji o skłonnościach sadystycznych, perwersyjny konfabulant rozmarzony powrotem ancien régime’u?
Jakże by się chciało usłyszeć wkrótce, w nowym kontekście, zdanie buńczucznie wygłoszone przez niego w bardziej niż te dramatycznych okolicznościach: Już nikt nigdy przez tego pana…
WaszeR d. Londyński

Znakomity tekst o bardzo miałkiej postaci, którą rodacy nazwali ZERRO. Przy całej miałkości okazał się szkodnikiem nie lada, choć chciałbym podobnie jak Autor wierzyć, że najbardziej zaszkodził samemu sobie. W trakcie lektury artykułu cały czas w tyle głowy miałem takiego mema sprzed paru lat, ale teraz nie mogłem go znaleźć. Na obrazku, wyglądający groteskowo, w łachmanach włóczęgi po wyjściu z pierdla ZERRO próbuje odgrywać rolę sędziego na Sądzie Ostatecznym. Tak pewnie sam się widział oczyma wyobraźni. A obecnie jego zastępca „niewinny” się ukrywa przed aresztem … i mleko się wylało.
*
Innym obrazem jaki za mną „chodzi” jest scenka sprzed 51 laty. Wiosna 1973, Teatr Rozmaitości w Łodzi, przedwojenna YMCA – gościnne przedstawienie „Piwnicy pod Baranami”. Chętnych 10-krotnie więcej niż sprzedanych biletów – samo wejście z biletami zajęło nam pół godziny. Kiedy już byliśmy na szczycie schodów, koledzy podsadzili znanego nam wiecznego studenta na pierwszą balustradę tychże schodów, aby w imieniu pokrzywdzonych bez biletów zabrał głos. Ten karzeł niższy niż naszczalnik zwrócił się do rosłych ochroniarzy z kategorycznym: „Zwalniam was”. Tak właśnie wygląda rzeczywistość domorosłych satrapów – ludzi „mężnych i okrutnych” kiedy mają odrobinę władzy. Kiedy jej zabraknie – pełne portki męstwa.
A ja, Panowie, nie poświęcał bym tej 'miałkiej postaci’ tak 'znakomitego tekstu’… Kiedy pis dostał władzę w roku 2015, na ulicy Sławkowskiej (w Krakowie) spotkałem byłego rektora Akademii Medycznej. Rozmawiamy o tym, co się stało, a znany medyk mówi tak: 'od lat namawiam moich kolegów psychiatrów, by zdiagnozowali tych ludzi, z Kaczyńskim na czele, ale żaden nie ma odwagi..’. Teraz, po zniszczeniach, jakie spowodowali, pozostaje nam tylko literatura kryminalno-sensacyjna.
Łza się w oku kręci. W latach 1992-1993 mieszkałem w Krakowie na rogu Długiej i Basztowej i codziennie rano chadzałem do pracy na Św. Tomasza. Zazwyczaj Sławkowską, Pijarską, Św. Jana do Tomasza a czasami plantami do Szpitalnej, koło już wóczas wspaniale odnowionego teatru Słowackiego. Dla człowieka zanurzonego w lekturach historycznych i detalach z przeszłości to była nie lada gratka. Kiedy tylko miałem trochę czasu zmieniałem trasę spaceru przed i po pracy, czasami na zupełnie odległą od obydwu miejsc. I pomyśleć, że z tego miasta pochodzi zarówno Zerro jak i Duda, że już o pomniejszych szkodnikach nie wspomnę.
Niektórzy nawet UJ-ot kończyli.
O, wstydzie!
I Szydło, co wyszło z worka…
Takie kreatury trzeba opisywać bo są jeszcze tacy, do których to nie dociera, że to kreatury i szkodniki wielkie, które uciekają się do dziecinnych forteli (symulacja chorób) by uniknąć odpowiedzialności. A więc jednak mają świadomość co ich czeka i drżą. I dobrze, niech drżą.