Elżbieta Sawicka: Poezja i duch perfekcji13 min czytania

()

Barańczak przy oknie2015-01-06.

Wspomnienie o Stanisławie Barańczaku (13.11.1946 – 26.12.2014)

Był instytucją w naszym życiu kulturalnym. Wybitny poeta, niezrównany tłumacz, eseista, krytyk literacki. Człowiek o wielkiej wrażliwości moralnej i obywatelskiej. W czasach PRL-u twórca zaangażowany, uczestnik opozycji demokratycznej, działacz Komitetu Obrony Robotników, współorganizator prasy podziemnej, członek zespołu „Zapisu”. Aktywny działacz wielkopolskiej „Solidarności”. Wreszcie, na emigracji w Stanach Zjednoczonych, profesor Uniwersytetu Harvarda. Tytan pracy mimo ciężkiej choroby, która uszczuplała jego siły.

Od Simica do Keatsa

Z okazji pięćdziesięciolecia poety, przypadającego w roku 1996, Czesław Miłosz napisał: „Stanisław Barańczak jest przedmiotem podziwu nas wszystkich. Takie sprzężenie talentów poety, tłumacza i znawcy dzieł literackich zdarza się niezmiernie rzadko”.

Nie ma chyba nikogo, kto nie zgodziłby się z tą opinią.

Przez lata przyglądałam się imponującym osiągnięciom autora Sztucznego oddychania z podziwem, ale z daleka. Poznaliśmy się osobiście dopiero w czerwcu 1993 roku, kiedy Josif Brodski odbierał w Katowicach doktorat honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. To właśnie Barańczak przetłumaczył na polski lwią część twórczości autora Znaku wodnego i, rzecz jasna, nie mogło go podczas katowickich uroczystości zabraknąć.

Udało mi się wówczas namówić poetę na współpracę z dodatkiem „Rzeczpospolitej”  „Plus Minus”. Oczywiście najważniejsze były dla niego „Zeszyty Literackie”, ale od czasu do czasu i nam coś kapnęło – o co razem z ówczesnym sekretarzem pisma, Januszem Drzewuckim, bardzo zabiegaliśmy.

W tym czasie, w połowie lat dziewięćdziesiątych Stanisław Barańczak zajęty był głównie przekładami z poezji angielskiej i amerykańskiej, toteż wkrótce z dumą drukowaliśmy w naszym dodatku wiersze Charlesa Simica,  Łowy na Snarka. Męczarnię w ośmiu Konwulsjach Carrolla Lewisa (autora Alicji w Krainie Czarów), Wielkanoc George’a Herberta, Kobieto, puchu marny Ogdena Nasha, czy obszerny esej Niezwykłość Keatsa, który ukazał się później jako wstęp do 33 wierszy Johna Keatsa wydanych w 1997 roku w Biblioteczce Poetów Języka Angielskiego pod redakcją (oczywiście) Stanisława Barańczaka.

Właśnie skleciłem nowy tomik

Przyszedł też w końcu dzień, kiedy poeta dał nam do druku swoje własne wiersze.  Był rok 1998, styczeń, zbliżała się druga rocznica śmierci Josifa Brodskiego, wysłałam więc do Barańczaka liścik mailowy z pytaniem, czy nie dałby nam jakiegoś swojego przekładu poezji Brodskiego. A może coś z własnej twórczości?  Odpowiedź zatytułowana była „Brodski i in.”:

„Droga Pani Elżbieto,

Dzięki za list i bardzo przepraszam za kilkudniowe opóźnienie odpowiedzi – zatopiony w jakiejś pilnej robocie, nie włączałem chyba z tydzień e-mailu. Co do Brodskiego, oczywiście z wielką chęcią. Najbardziej polecałbym wiersz tylko jeden, ale za to nieco dłuższy, mianowicie „Odpowiedź”.

Nb. trafiła Pani na dobry moment, bo niedawno właśnie skleciłem nowy tomik wierszy własnych, z których kilka mam jeszcze szansę umieścić w pismach takich jak „Rzeczpospolita”, tzn. wychodzących dostatecznie szybko, aby zdążyć przed ukazaniem się całej książki (w Wydawnictwie a5, podobno pod koniec lutego). Co Pani powie np. na załączony („załączam” go faksem, bo boję się, że e–mail coś pokręci w układzie graficznym) wierszyk na aktualny choć ponury temat?

Będę wdzięczny za sygnał, a na razie załączam serdeczności post–noworoczne.

Stanisław Barańczak”

Wkrótce faks cicho zaszumiał i spłynęła z niego biała kartka z wierszem Nowe zarazy. Odpisałam natychmiast, że proszę o więcej, najlepiej cały tuzin. Odpowiedź („Nowe zarazy i nowe wiersze”) też przyszła szybko:

„Droga Pani Elżbieto,

skoro można aż tyle, to posyłam jeszcze dwa, krótsze i powiązane wspólną tematyką filmową. Cieszy mnie, że Zarazy się Pani podobały. Przy okazji: będę bardzo wdzięczny za zwrócenie uwagi komu należy, że w ostatnich dwóch słowach Zaraz „tylko-człowieka, ma być właśnie taki zapis: z krótkim dywizem, nie myślnikiem, i bez pauz.

Wiersze będę faksował za jakieś 15 minut. Najserdeczniejsze wyrazy łączę,

Stanisław Barańczak”

Tymi dwoma dodatkowymi wierszami były KasetyŁzy w kinie, które weszły do zbioru Chirurgiczna precyzja. Elegie i piosenki z lat 1995–1997, uhonorowanego w 1999 roku nagrodą Nike.

Niech nikt się nie waży poprawić!

Czy był perfekcjonistą? Oczywiście. Na każdym polu i w każdym calu. Redakcji patrzył na ręce z niezrównaną precyzją. Pedantycznie dbał o korektę i kształt graficzny wierszy. W listach uprzejmie ale stanowczo nalegał, abyśmy byli szczególnie uważni. Latem 1995 roku pisał do Janusza Drzewuckiego:

„Szanowny i Drogi Panie,

(…) Nie miałem dotąd powodów do niezadowolenia z jakości korekty dokonywanej w Waszym piśmie, ale akurat w tekście „Turystychów” jest tyle rzeczy, które może przeoczyć nawet najuważniejszy korektor (a jedna literówka może tu odebrać sens całemu wierszykowi), że byłbym bardzo wdzięczny, gdybym mógł dostać faksem odpowiednie szpalty i dokonać  swojej własnej autorskiej korekty. W najbliższym czasie nigdzie nie wyjeżdżam, więc korektę odesłałbym natychmiast. Czy jest to jeszcze możliwe?”

Było, więc po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że na stronie 8 ma być „koniecznie „zasiągu”, bo chodzi o rym: niech też, broń Boże, nikt się nie waży poprawić w ostatniej chwili „rekinu” na „rekina” w tym samym wierszu”.

Nie ważyliśmy się. Korekta dała z siebie wszystko, wyszło idealnie.

Zaś w lutym 1997 roku poeta pisał:

„Droga Pani Elżbieto,

Ponieważ wspomniała Pani o numerze wielkanocnym, propozycja świąteczno–rozrywkowa: trzy wierszyki Ogdena Nasha. Oczywiście, gdyby się Pani spodobały, ale nie było miejsca na wszystkie, proszę z tego wybrać dwa lub jeden. Zwłaszcza że problem miejsca jest w tym wypadku istotny, gdyż Nash, jak wiadomo, pisywał wiersze o przeraźliwie długich linijkach. Gdyby chcieli Państwo coś z tego drukować, byłbym wdzięczny, gdyby udało się zachować z grubsza taki „poziomy” układ jak w moim wydruku, tzn. dać wierszowi tyle przestrzeni w poprzek stronicy, aby przynajmniej większość linijek była bez podwieszenia. W wypadku, gdy jest podwieszenie, powinno być zaznaczone wcięciem, tak jak u mnie. Właściwie najlepiej byłoby, gdyby mogli Państwo przysłać mi złożone teksty do autorskiej korekty – myślę też w tej chwili o kilku osobliwościach, które korektor z pewnością uzna za moje błędy, a tymczasem tak ma być. Będę wdzięczny za wiadomość, czy to wszystko dotarło w czytelnym stanie.

Z najlepszymi pozdrowieniami

Stanisław Barańczak”

Stosowaliśmy się do wszystkich wytycznych bez szemrania: „Wielkie dzięki za nadesłane wiersze Ogdena Nasha. Postaramy się wydrukować je należycie – będą leżały na kolumnie jak prawdziwe jamniki”. 

Staszek wszystko potrafi!

Staszek baranczak, Krakow,,Tłumaczem naprawdę wiernym – mówił przed laty w jednym z wywiadów w zbiorze Zaufać nieufności – jest ten, kto szanuje podstawową intencję autora: napisać wiersz wybitny”. Czy on sam, autor setek przekładów poetyckich od Szekspira do Lennona, spełniał ten warunek i był tłumaczem naprawdę wiernym? Najbardziej zainteresowani – poeci cudzoziemcy, których twórczość przybliżał polskiemu czytelnikowi – wyrażali nieodmiennie podziw i wdzięczność.

Tomas Venclova pisał w liście do matki posyłając jej do Wilna wydany w Paryżu przez „Zeszyty Literackie” zbiór Rozmowa w zimie: „Cieszę się, że otrzymałaś moją książkę. Tłumacz Barańczak jest trochę młodszy ode mnie i podobnego losu: brał udział w „polskim Sajudisie”, wyjechał i teraz wykłada na Harvardzie. Przełożył na język polski wiersze Mandelsztama, Brodskiego i wielu poetów angielskich, W tym Johna Donne’a, któremu dedykowane są wiersze Josifa. Uważany jest za najlepszego polskiego tłumacza współczesnego, a może i wszech czasów”.

Pamiętam też takie zdarzenie. Katowice, czerwiec 1993,  spotkanie Josifa Brodskiego z czytelnikami. Po kilkunastu minutach niezwykłej, śpiewnej deklamacji rosyjskiego noblisty ktoś z sali wyraził wątpliwość, czy przekład tak melodyjnych strof na język polski jest w ogóle możliwy. Brodski tylko machnął ręką:

– Spokojna głowa. Staszek wszystko potrafi!

Sweter z doskonałym wzorem

W grudniu 1994 przyjechał do Polski irlandzki poeta Seamus Heaney na promocję swojego wydanego przez Znak tomu  44 wiersze w wyborze, przekładzie i opracowaniu Stanisława Barańczaka.

Autor tłumaczenia towarzyszył mu w tej podróży. Atmosfera spotkania w Krakowie była wyjątkowo ciepła, bo, jak pisał Barańczak, istniało między nim a Heaneyem porozumienie, będące czymś więcej niż „obowiązkową sympatią, jaką powinni czuć do siebie nawzajem przedstawiciele dwóch narodów katolickich, pokrzywdzonych przez historię i spożywających duże ilości kartofli (oraz ich przetworów)”.

Łączyła ich w tym czasie także wspólna praca nad angielskim przekładem Trenów Kochanowskiego.

– To dla mnie wielki zaszczyt pracować razem ze Staszkiem Barańczakiem nad Trenami – mówił wówczas przyszły noblista. – Edukacja i przyjemność, a zarazem mała uzurpacja z mojej strony.

Barańczak ma wiele szacunku wobec oryginału; tak że wszystko, co mu narzuciłem w naszej wspólnej pracy, to pewien brak rewerencji. W gruncie rzeczy to wszystko zostało zrobione przez Staszka. Tekst, który mi dostarczył, był już doskonale zrymowany. Coś takiego jak sweter zrobiony na drutach, gotowy, z doskonałym wzorem, który trzeba by teraz pruć i robić na nowo.

Zima poety

Staszek Baranczak, PoznanMniej więcej w tym samym czasie wyszedł po sześcioletniej przerwie tomik poezji Barańczaka Podróż zimowa, cykl dwudziestu czterech wierszy napisanych do pieśni Franza Schuberta. Z pamiętnymi wersami  o życiu w strefie lodowcowej na planecie ujętej „w dwa zimne ognie lodu”.

Dostałam ten tomik od autora właśnie w Krakowie i przeczytałam jednym tchem w pociągu w drodze do Warszawy. Okładka była żółto-oliwkowa, u góry – Winterlandschaft Gijsbrechta Leytensa, obraz może nie sielankowy, ale na pewno tchnący spokojem. Kilka ludzkich postaci, drobnych figurek na śniegu i lodzie. Ptaki, pies z zawiniętym ogonem. W oddali zarysy domów, złamany płot, cienkie brzozy. Przez to wszystko – od góry do dołu, na skos – biegła nerwową linią czarna kreska. Przekreślała spokój zimowego pejzażu, niszczyła klasyczną harmonię. Wnosiła niepokój i dreszcz. Dokładnie taki sam, jaki budziły nowe wiersze Barańczaka.

Następnego dnia w redakcji wygłosiłam pochwałę tak świetnego pomysłu graficznego. Janusz Drzewucki (sam poeta i miłośnik poezji) popatrywał jednak na tomik dość podejrzliwie. Nagle jednym ruchem starł z lakierowanej okładki magiczną czarną kreskę. Była przypadkowym maźnięciem niezakręconego pióra.

Do dziś nie mogę tej kapryśnej kreski odżałować. Była jak pęknięcie farby na starym obrazie olejnym. Z tego pęknięcia, z czarnej szczeliny, zima poety szczerzyła kły znacznie groźniej niż z grzecznego obrazka Leytensa.

Podróży zimowej Czesław Miłosz napisał, że w tym właśnie tomie poeta osiągnął dojrzałość i doskonałość. A teraz wiadomość o śmierci Stanisława Barańczaka w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia wielu przyjęło jako jakiś znak: „poeta zimowy”, autor także Tryptyku z betonu, zmęczenia i śniegu odszedł zimą. W swojej porze roku.

 

„Pokochasz kraj i klimat”?
Brak na tę czelność słów.
Wokoło pustka, zima
i ujadanie psów.
Nad głową eter, zima
i chirurgiczny nów.
Miał to być dłuższy pobyt,
nie na tym jednak tle.
Śnieg przez dwie trzecie doby,
a jedna trzecia w śnie?
Nie w takiej atmosferze
miał tlen odświeżać mózg:
kłamały w bedekerze
widoczki palm i mórz.

Poezja i tanie demony

Po raz kolejny, i ostatni, spotkałam Stanisława Barańczaka w czerwcu 1995 roku podczas uroczystości przyznania mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. Wygłosił w Katowicach błyskotliwy, pełen paradoksów wykład o poezji, ,,niewygodnym świadku i zadawaczu kłopotliwych pytań”. Powiedział wówczas między innymi:

– Stoi przed wami w tej chwili człowiek w pewnym sensie dwulicowy. Ujmę to może inaczej, w formę nie tyle złagodzoną, co ściślejszą: stoi przed wami człowiek, który poświęcił całe swoje życie pewnej dziedzinie działalności ludzkiego umysłu, jaką stanowi układanie słów i zdań danego języka w taki sposób, aby powstawały z tego wypowiedzi zarazem zwięźlejsze i zawierające w sobie więcej sensu niż wszelkie inne typy wypowiedzi korzystające z tegoż języka. Otóż człowiek ten od początku swojego zajmowania się tą dziedziną jest głęboko przekonany, że stanowi ona dla każdego ludzkiego społeczeństwa – w każdej epoce, a szczególnie w obecnej – rzecz niezbędną. Jednocześnie ten sam człowiek jest równie głęboko przekonany, że dziedzina ta na realne losy społeczeństw ma – znowu: w każdej epoce, a szczególnie w obecnej – wpływ minimalny, jeśli nie żaden.

Przywołał dwa stwierdzenia poetów, Audena z roku 1939: „Poetry makes nothing happen” (,,Nic się nie zdarza za sprawą poezji”) oraz Miłosza wypowiedziane po kataklizmie drugiej wojny światowej: ,,Czym jest poezja, która nie ocala/ narodów ani ludzi?”.

– Z pozoru nie sposób wypowiedzieć o poezji dwóch bardziej sprzecznych wzajemnie sądów – stwierdził. – A jednak, wbrew zdroworozsądkowej logice, oba sądy są w jednakowej mierze prawdziwe.

W jednym z wywiadów w zbiorze Zaufać nieufności Barańczak z namysłem i precyzyjnie dobierając słowa tłumaczył, jak rodzi się poezja, która jest mu najbliższa – „poezja paradoksu, ironii, wielogłosowości dopuszczającej przeciwstawne argumenty”.

Staje w obronie „drobnomieszczańskich cnót” przeciwko złemu gustowi poetów – „tanich demonów” obnoszących publicznie nerwice, dewiacje i natrętnie demonstrujących własne pokręcone dusze. Kiedy formułuje swój manifest estetyczny, mówi dosadnie, iż jest przeciwny wypruwaniu z siebie flaków, przeciwny „koloraturze skowytu, której w naszym stuleciu było już naprawdę dosyć”.

Czytałam to wszystko z zachwytem.

xxx

Z czasem nasz kontakt się urwał. Nie mogłam się już spodziewać nowych wierszy, przekładów, ani szczegółowych instrukcji w sprawie korekty czy typografii. Liściki z Newtonville przychodziły coraz rzadziej, a odręczny podpis pod pozdrowieniami stawał się prawie nieczytelny. W końcu zamienił się w czarny zygzak.

Nie widziałam poety chorego, ani całkiem posiwiałego. Pamiętam takiego jak na pięknych zdjęciach Joanny Helander  – z błyskiem w oku, uśmiechniętego, w pełni sił twórczych. I tak już zostanie.

 Elżbieta Sawicka

Tekst ukazał się 5 stycznia 2015 w portalu Instytutu Obywatelskiego.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. Obirek 07.01.2015
  2. Elżbieta Sawicka 07.01.2015
    • wejszyc 12.01.2015