2012-08-02. Obserwuję – jak każdy chyba – dyskusję pod kryptonimem „nepotyzm”. Toczy się ona także na łamach Studia. To co uderza najbardziej – to brak refleksji natury formalno-prawnej we wszystkich i wszędzie wypowiedziach dotyczących syna nowego ministra – Kalemby.
Niby żyjemy, a przynajmniej bardzo chcemy żyć w państwie prawa, a nikt nie zapytał: na jakiej podstawie prawnej należałoby zwolnić młodego pana Kalembę z posady i kto wziąłby na siebie obronę tej decyzji przed Sądem Pracy?
W świetle faktów, a te są raczej prawdziwe, bo gdyby było inaczej znalazłby się w try miga z tuzin „życzliwych”, casus syna ministra (zaczynającego 10 lat temu jako goniec, czy ktoś w tym rodzaju) nijak nie podpada pod pojęcie nepotyzmu. Pan premier nie ruszył zatem głową i nie pomyślał tak zmyślnie jak należało, zanim postawił zielonym ludzikom znad Wisły warunek dotyczący młodszego p. Kalemby. Wyobraźmy sobie bowiem, że syn jest mniej krnąbrny, nie stawia się ojcu, lecz przede wszystkim panu premierowi i sam, choć na prośbę władzy, odchodzi z pracy.
Pytanie, kto go wówczas zatrudni, gdzie i dlaczego? Chyba zasadne, bo nie chce się wierzyć, że chcielibyśmy tego człowieka wystawić poza nawias rynku pracy, zwłaszcza, że prawie na 100 procent jest bez jakiejkolwiek winy. Można się domyślać, że politycznie umotywowane „urządzenie” odejścia syna z jednostki Agencji podległej teraz ojcu było tak pomyślane, ze syn odejdzie, a potem po cichu coś mu się (choćby za wrzucenie na języki kilkumilionowej tłuszczy) załatwi, może nawet coś fajniejszego niż kierowniczenie na dość niskim jednak stanowisku.
Walczymy, jeśli walczymy, ze złem w polityce i w ogóle – w kraju, „po polskiemu”, bez przygotowania i bez elementarnego pomyślunku, błyskawicznymi zrywami ni z gruszki ni z pietruszki, po których przechodzi nam na jakikolwiek sensowny dalszy ciąg ochota. I to chciałem zauważyć, odnotować, przypomnieć i na to zwrócić uwagę.
A młody p. Kalemba? A kogo on w ogóle obchodzi, gdy Rzeczpospolita w biedzie i kolejnego wzmożenia potrzebie?
Jan Cipiur


*Przyznam się że w całej sprawie „walki z nepotyzmem po polskiemu” nie rozumiem jednej rzeczy. Dlaczego p. Kalemba junior miałby być ofiarą tej walki? W końcu to nie on stworzył ten system, a jest wielu innych przecież, których przypadki być może łatwiej byłoby podciągnąć pod definicję nepotyzmu. My jednak wolimy wybiórczo wybrać ofiarę, medialnie „zastrzelić” i wyczyścić sumienie, że walczymy z nepotyzmem złem i tak dalej.
*I bardzo dobrze, że ta notka powstała. Bardzo mi się podoba klarowność stosowanych kryteriów, a jako prawnikowi kryteria prawne pasują mi najbardziej. Wolę takie kryteria od kryteriów politycznych czy ideologicznych, co często stawia mnie w trudnej sytuacji. Ale równie często mi tę sytuacje ułatwia.
Nepotyzm mnie wkurza, to jasne i wiem, że w demokratycznym kraju nie na wszystko znajdą się odpowiednie paragrafy. I dobrze, warto bowiem przed podjęciem akcji nieco pomyśleć, a nie automatycznie leczyć objawy pierwszym lepszym lekiem, znajdującym się przypadkowo pod ręką.
W przywołanym w tekście przypadku słusznym jest przyjrzeć się sytuacji faktycznej i prawnej, a nie z punktu przywalać młodemu Kalembie, że jest Kalembą i ma starego Kalembę, a staremu Kalembie, że ma młodego Kalembę.
Przyznam się, że gdyby mój Ojciec został dyrektorem instytutu, w którym pracuję, to bym się z tego instytutu wyniósł. Podobnie, gdybym był sam dyrektorem instytutu, a moja Mama została Ministrem Nauki, to bym poprosił o dymisję.
Nie jest dobrze dawać choćby cień podejrzenia, że ma się jakieś profity z faktu, że jest się jednocześnie synem i podwładnym w pracy.
Nie zgadzam się ani z autorem ani z komentującymi powyżej. Powoływanie się na tego typu legalizm („kodeks pracy”, „działanie prawem dozwolone”) jest tu nieporozumieniem. Moim zdaniem w Polsce kompletnie nie rozumiemy i – tym bardziej – nie stosujemy pojęcia „konflikt interesu”, a z nim to właśnie mamy do czynienia w przypadku panów Kalembów. Prawdopodobnie zła geneza, jakieś złe objaśnienie tej frazy, dokonane kiedyś, dawno temu przez któregoś publicystę lub socjologa dało zamęt w jej rozumieniu i stosowaniu w języku polskim i w naszej rzeczywistości społecznej. Większość ludzi, których znam kojarzy ją bowiem z czymś w rodzaju walki konkurencyjnej pomiędzy antagonistami, jak n.p. firm konkurujących ze sobą na rynku lub pracowników walczących o awans. A chodzi tu przecież – co zapewne dla większości czytelników „Studia Opinii” oczywiste – o możliwość, rozumianą jako realnie istniejące prawdopodobieństwo przysporzenia korzyści sobie lub osobom (podmiotom) sobie bliskim kosztem rzetelnego wykonywania swych zadań jako pracownika (zleceniobiorcy, pełnomocnika, zwierzchnika, kontrolera) dla instytucji, która nas do tego wynajęła lub uprawniła. (NB: to jeszcze nie korupcja, ale już sposobność do korupcji; skorzystanie z niej staje się – najczęściej – przestępstwem).
Czy pan Kalemba senior może wpływać na ARR w Poznaniu w taki sposób, aby przysporzyć korzysci swemu synowi (n.p. awans, podwyżka poborów) kosztem interesu ARR w Poznaniu (konkretnie: optymalnego doboru i wynagradzania kadr tegoż ARR)? Może. Ergo, wykonywanie przez niego funkcji ministra pozostaje w konflikcie interesów z wykonywaniem pracy w ARR przez jego syna. W związku z tym – w każdym cywilizowanym państwie – kandydat do jakiejkolwiek funkcji, u którego ujawniono konflikt interesów albo przestaje być kandydatem, albo sam doprowadza do neutralizacji przesłanek tegoż konfliktu. I to już powinna być prywatna sprawa pana Kalemby, czy woli zrezygnować z kandydowania do teki ministra, czy też poprosi swego syna o rezygnację z posady w ARR.
Oczywiście – po ludzku – można rozumieć rozgoryczenie, opór czy wręcz bunt syna p. Kalemby. Szczególnie jeśli jego obecna pozycja zawodowa nie jest – jak twierdzi – wynikiem nepotyzmu, lecz wyłącznie efektem jego wykształcenia i wysiłku. Jednak nie rozmydlajmy dyskusji na ten temat pokrętnymi banałami typu: „dzieci polityków pracować gdzieś muszą”, albo „sprawa jest zbyt drobna, nic przecież nie ukradli”. Oczywiście, że najpierw należy tropić i tępić „duży” nepotyzm n.p. robienie fortun na mieniu publicznym, dzięki układom tatusia lub mamusi. Oczywiste jest też, że nikt nie chce krewnych polityków skazywać na rolę pariasów rynku pracy. Czy jednak naprawdę muszą pracować akurat tam, gdzie ich ojcowie, matki czy szwagrowie mają wpływy? Czemu są ich tam setki i tysiące, skoro w sektorze prywatnym jest znacznie więcej miejsc pracy? Czy mamy systemowo ignorować cywilizacyjny standard, jakim jest wykluczanie konfliktu interesów? Nie jest on przestępstwem, ale na pewno fatalną praktyką: przeciw dobremu obyczajowi demokratycznego, sprawiedliwego państwa, przeciw konstytucyjnej zasadzie równości szans, i – przede wszystkim – przeciw bezpieczeństwu pieniędzy, którymi – jako podatnicy lub akcjonariusze – finansujemy daną instytucję.
Wspierających pogląd duetu Kalembów zapytam, uciekając się do przenośni: Jak ocenicie Państwo sytuację, gdy syn codziennie jeździ tym właśnie tramwajem, w którym kontroluje bilety jego ojciec? Nawet jeśli codziennie rzetelnie kasuje on bilet to sytuacja taka jest przecież niezręczna, nawet intuicyjnie, trudna do zaakceptowania, rodząca podejrzenia.
Czy więc warto, pani Janie, bronić takiej praktyki, skoro tworzy ona okazje, pomówienia, podejrzenia? A przy okazji psuć obyczaj, będący absolutną oczywistością w każdym z krajów skandynawskich, anglosaskich, Benleuxu, itp. Rzecz tolerować, żeby Polacy jeszcze mniej sobie nawzajem ufali?! (O ile to w ogóle możliwe. Vide: badania prof. Czapińskiego) A przecież mówimy tu nie o tramwaju, lecz o ministerstwie i nie o prywatnej zabawce pana Kalmeby, PSL-u, PO czy kogo tam jeszcze, ale o centralnej instytucji publicznej, kierowanie którą powinno być oparte na najwyższych standardach uczciwości i gospodarności. Pamiętając, że „jaki pan, taki kram” – czego wówczas oczekiwać po pozostałych instytucjach poziomu regionalnego i lokalnego – samorządzie, sądach, publicznych spółkach akcyjnych, itp.. Czy poświęcenie, o które powinien poprosić swego syna minister rolnictwa jest naprawdę zbyt wielkie? Czy ta historia nie powinna być oczywistym przykładem i sygnałem, że nepotyzm lub konflikt interesów nie są standardem, że nie są one tolerowane w kraju, który aspiruje do grupy liderów współczesnego świata?
Czy też – tak stawiając problem – jestem po prostu piramidalnie naiwny?
*Trochę mi pan Algun zabił ćwieka, to fakt, bowiem pojęcie, a tym bardziej zjawisko pozostawaniu w konflikcie interesów jest niezwykle istotne. Wyobraziłem sobie jednak nieśmiało (chyba jednak cierpię na chęć tłumaczenia i usprawiedliwiania innych), że mój Ojciec jest ministrem i w związku z tym podlega mu bezpośrednio i pośrednio szereg instytucji, zatrudniających np. setki tysięcy pracowników. A ja, przypadkowo czy nie – posiadam wykształcenie takie samo lub podobne jak mój Ojciec-minister. No to mam ostro pod górkę. Wyjeżdżam i aplikuję do resortowo pokrewnych instytucji unijnych – ale czy to też jest całkiem w porządku? Wiem, że przesadzam i ocieram się o absurd. Gdyby mnie to rzeczywiście dotyczyło zmieniłbym zawód i został – rzecz jasna – dziennikarzem. Pozdrawiam.
*Pochlebia mi Algun, bo napisał więcej niż ja ten temat zdołałem. Jednak Algun i zapewne wielu innych nie znalazło w (zacietrzewieniu zapewne) myśli, którą zaszczepić chciałem.
Powtarzam zatem raz jeszcze – czy chcecie Państwo żyć w kraju, w którym kogokolwiek zwalnia z pracy pan premier? Zwalnia, bo mu się wydaje, że taka jest polityczna potrzeba chwili. Zwalnia syna za to, że jego ojciec został ministrem. Pomyślcie jeszcze raz co w ferworze proponujecie i co wstyd by wam przyniosło ogromny, gdyby ktoś posłuchał waszej rady.
Czy rzeczywiście chcecie, żeby ważne sprawy rozstrzygać na masówkach przy jazgocie matołów z mainstreamowych mediów elektronicznych i tak wam brakuje „ludowej” sprawiedliwości?
Wierzę, że nie jest to wasz przemyślany wybór
Zgadzam się z Panem, Panie Janie, w ocenie wypowiedzi premiera Tuska w tej sprawie. Była ona niezręczna; szczególnie nie na miejscu była – jak się wydaje – łatwość w szafowaniu losem nieznanego sobie, zapewne porządnego człowieka. I etycznie i estetycznie nie było dobrym pomysłem, by premier zapowiadał zwolnienie pana Kalemby jr. (NB: mam niemal równie krytyczne odczucia wobec załatwiania przez Donalda Tuska zatrudnienia skarżącym się na swój los bezrobotnym napotkanym w czasie podróży Tuskobusem w kampanii wyborczej.)
Jednak, po pierwsze, stąd daleka wydaje mi się jeszcze droga do powszechnego, silnego nawyku sterowania przez polskich ważnych polityków – ręcznie, a nie poprzez demokratycznie stanowione normy prawne i promowane standardy kulturowe – życiem poszczególnych ludzi. Rozumiem Pana wyczulenie; podobnie jak wielu moich znajomych ja także często reaguję alergicznie na tzw. silną władzę. My, wychodźcy z PRLu, mamy swe radary tak właśnie ustawione. Upowszechnienie się praktyki ingerencji władzy w indywidualne losy byłoby groźnym powrotem do stylu – słusznie minionej – epoki, a także kopią obyczaju tak żenująco widocznie stosowanego przez Putina i jego carsko-sowiecki dwór. Uspokaja mnie jednak to, że w naszym od wieków powstańczo – buntowniczym kraju rodzimym putinowcom nie poszłoby ręczne sterowanie czymkolwiek aż tak łatwo. A najpewniej, nie poszłoby wcale.
A po drugie, w wypowiedzi premiera, mimo tego potknięcia, dopatrzyłem się jednak czegoś jeszcze – próby odegrania roli strażnika dobrych europejskich standardów, takich jak choćby oczywistość eliminowania konfliktu interesów ze sfery zarządzania państwem. I chyba odczułem jeszcze jego przekonanie, że albo będzie w tej sprawie silny i stanowczy albo będzie żałośnie bezradny, bo zmuszony przyznać, że żądanie od elit (politycznych) przyzwoitości to w polskiej rzeczywistości jakiś przestarzały, śmieszny postulat, będący poza zasięgiem nawet człowieka dzierżącego najwięcej realnej władzy w państwie.
Ta właśnie obserwacje wydały mi się dla oceny i premiera i całej sytuacji ważniejsze; dlatego też skupiłem swój komentarz bardziej na problemie istnienia i stosowania standardów niż na analizie tego, czy Donald Tusk ulega pokusie absolutyzmu lub jedynowładztwa.
*Problem polega na tym, że rozmowa toczy się na dwóch płaszczyznach.
Co innego uogólnienia, co innego konkretny przypadek. Nawiązują co prawa – mamy konkretne normy prawne, przepisy np. w KK ale sąd jest miedzy innymi po to żeby każdy przypadek złamania przepisu rozpatrywać indywidualnie.
@Algun uogólnił, Autor i komentatorzy rozpatrują konkretny przypadek. Właściwa chyba jest metoda @Alguna – najpierw wypracujmy jakieś zasady czy to prawne czy społeczne, wprowadźmy je w życie, stosujmy – później można się zastanawiać czy odstępstwa (wyjątki) są możliwe, a jeśli tak to do jakiego stopnia.
Na podstawie jednego przypadku Kalemby jr. nie można tworzyć uogólnień.
Odpowiadam Autorowi: Nie, nie chce żyć w takim kraju; nie podobało mi się to co powiedział premier i autorytarny sposób w jaki to wyraził. A najgorsze jest to, że powiedział to o konkretnej osobie. Inaczej by wyglądało gdyby uogólnił, powiedział o wszystkich osobach co do których istnieją wątpliwości dot. konfliktu interesów. Osobiście, będąc na miejscu Daniela Kalemby, nawet gdybym miał wcześniej zamiar dla dobra ojca i sprawy zwolnić się – po słowach premiera zostałbym na zajmowanym stanowisku. Dla zasady.
*
Paraliż życia społecznego, to jest ten trend który sie rodzi.. comunismus recidivivus.
Wszyscy sa nieuczciwi, wszyscy! więc na wszelki wypadek aby epatowac uczciwością należy usuwać żródła tej nieuczciwości. Prawna zasada niewinnośc, lub jej domniemanie, do śmieci, bo wszyscy są przestępcami!
Powstaje nowy pisiorkowaty potworek urodzony przez Ziobrę i consortes, masz niszczarkę coś ukrywasz, wsadzimy cię do pierdla to wszysko wyśpiewasz itd.
Mamy konkretny tutaj przypadek, syn i ojciec, jeden musi odejść? A może tak zwyczajnie, patrzeć na łapy i pilnować, czasem wystarczy świadomość przyszłego „przestępcy”, że jest na tzw. widelcu.. To co się wyprawia to szczyty absurdu. Dziecko funkcjonariusza policji nie powinno mieć prawa jazdy bo będzie bezkarne? Tatko nie może awansować bo synek, jego duma, osiągnąl za dużo w młodym życiu itd. Rodzice prawnicy, dzieci do kopania rowów, Jak po rewolucji w Rosji. No to dzialajmy, od góry, bo ryba… dzieci pracownikow administracji, posłow, członków rządu, wojewodów, aż do wójtów i radnych w gminach, won! na ulicę ! albo rodzice won! bo dzieci dorosly do samodzielnego życia w społeczeństwie, tak będzie uczciwie, krystalicznie uczciwie!!
Sprawiedliwość dziejowa, rodzice wyksztalceni – dzieci analfabetami, było.
A może wydzierżawimy komuś Polskę? Dzierżawca będzie decydował ..
Lenin mądrym czlowiekiem był.. uczciwym do bólu.. wystarczyły trzy pokolenia… i comunismus redivivus jak feniks z popiołów.
Odbieram to bardzo podobnie. Dlatego wyżej pisałem: trzeba zakreślić granice. Inaczej będziemy odbijać się od ściany do ściany, od absurdu do absurdu. Przykład z synem policjanta jest b.dobry – absurd spod jednej ściany. Absurd spod drugiej – usprawiedliwiać policjanta z tego że załatwił synowi (po faktycznym popełnieniu wykroczenia) anulowanie mandatu.
Pan/Pani Magog źle rzecz zrozumiał(a). Lub celowo przesadza, żeby problem utopić w ironii. Syn policjanta oczywiście może mieć prawo jazdy (konfliktu interesów nie ma), ale jeśli tacie policjantowi zdarzy się zatrzymać samochód syna, aby sprawdzać, czy kierowca ma ważne prawo jazdy konflikt intersów natychmiast następuje, więc tato ( w cywilizowanym kraju) odsuwa sam siebie od dalszych czynności, wzywa inny patrol i dokumenty sprawdza policjant, który w konflikcie intersów nie pozostaje. To proste. I nie ma to nic wspólnego z atmosfera powszechnej podejrzliwości. Tu nie ma nic z powszechności. Sytacje konfliktu interesów nie sa niepoliczalne; jest ich w Posce zbyt dużo, ale też na tyle mało, że można i trzeba je wyłapywać. A i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie bliźnim zatruwał życia sprawdzajac podczas każdej kontroli drogowej, czy kontrolowany nie ma przypadkiem szwagra ciotecznej babki w policji. Wszystko, co zrobić wtedy trzeba to powiadomić przełożonych (wyborców, opinię publiczna, akcjonariuszy firmy) osób uwikłanych. I już. Wystarczy. Niech oni zdecyduja, czy chca nadal takie osoby obdarzać zaufaniem.