Agnieszka Wróblewska: Te wredne pieniądze

money

2015-01-16. Polska może się poszczycić największą spółką węglową w Europie – zatrudnia blisko 50 tysięcy ludzi. Ale lepiej się nie szczycić bo świat nie doceni – kolos jest bankrutem. Strata kolosa za ub. rok wyniosła ponad miliard złotych. W kasie widać dno, może nie starczyć na wypłaty, węgiel rośnie na hałdach, a tu związki zawodowe żądają odwołania prezesa bo nie chce im wypłacić wynagrodzenia za weekendy i obniżył deputaty węglowe.

Nieszczęsny relikt po PRL-u jakim jest struktura polskiego górnictwa kolejny raz daje nam w kość. Odnoszę przykre wrażenie, że nie ma w naszym kraju mocnych, którzy nie tylko daliby radę pogodzić „pawlaków” z „kargulami”, ale choćby umieli przekonać zbuntowanych górników, że dwa dodać dwa musi dawać cztery. Nie widzę dziś takiego odważnego u władzy, któremu by się to udało. Mimo że po ćwierć wieku życia w gospodarce rynkowej i operowania normalnym pieniądzem, a nie takim wymyślonym w KC, Polacy umieją liczyć. I na zdrowy rozum powinni rozumieć, że podczas kiedy kopalnie państwowe tracą co miesiąc setki milionów, to nie wysuwa się żądania zapłaty za weekendy.

Tymczasem z sondażu wynika, że prawie połowa Polaków jest za tym, żeby nierentownych kopalń nie zamykać tylko je dotować. Rzecz jasna nikt nie spytał ludzi czy gotowi są dać na taki cel własne pieniądze.

Przykra sprawa, nie ma koniunktury na węgiel. To się w gospodarce rynkowej zdarza i wiadomo co się wtedy dzieje – właściciel zmniejsza zatrudnienie, ogranicza produkcję. Zakłady trwale nierentowne zamyka. Ale nie w państwowym węglu – tu gospodarka rynkowa nie działa. Od państwa można żądać pieniędzy bez końca, władza musi respektować obietnice z czasów kiedy górnictwo było w Polsce świętą krową.

Nie wiadomo czy rząd coś utarguje czy polegnie. Wiadomo jednak, że tak długo póki kopalnie węgla są własnością państwa, to zamiast liczyć straty i długi związkowcy będą liczyć ile można wyciągnąć ze zdesperowanych polityków.

*

Nie ma lepszego przykładu na hipokryzję aniżeli stosunek człowieka do pieniędzy. Z jednej strony kochamy pieniądze jak siebie samego i im więcej forsy mamy tym więcej szczęścia. Brak pieniędzy wpędza nas w kompleksy, spędza sen z powiek, w rodzinie wywołuje napięcia, prowadzi często do rozwodu. A z drugiej strony takich co gonią za forsą nie darzy się wielkim szacunkiem, dorobkiewicz to ktoś małostkowy, nieciekawy. Z jednej strony dla większych zarobków gotowi jesteśmy wiele wytrzymać – nie tylko nudę czy wrednego szefa, jak trzeba to nawet honor i zasady schować do kieszeni, a z drugiej strony „sprzedawanie się dla forsy” jest traktowane z pogardą. Dorobkiewicz to ktoś raczej niesympatyczny, podczas kiedy dla leniwych znajomych mamy dużo pobłażania. Ten kto ma zawsze czas żeby pogadać czy wspólnie się napić jest lubiany i szanowany, zwykle bardziej niż pracuś na dwóch posadach.

Z faktu że chciwość jest naganna wynika też nasz stosunek do pracodawców. Właściciel firmy który walczy o zysk i w czasie kryzysu zmniejsza załogę, uchodzi za bezdusznego krwiopijcę. Oburzamy się na niemoralnych „krwiopijców”, ale często ich firmy potrafią potem o własnych siłach stanąć na nogi i znów przyjmować do pracy. Co jest bardziej niemoralne – czy prywatna firma która potrafi się utrzymać o własnych siłach czy państwowa kopalnia która żyje z dotacji państwowych czyli z podatków obywateli, także tych co z trudem wiążą koniec z końcem?

Wstydliwą słabość człowieka jaką jest jego uzależnienie od pieniędzy, humaniści próbują zwalczać, ale choroba wydaje się być nieuleczalna. Trudno tak zmienić naturę, żeby człowiek wolał być altruistą niż bogaczem. Oczywiście bywają szlachetni altruiści i bezinteresowni działacze społeczni, ale chociaż pokazuje ich się w różnych mediach na wzór do naśladowania, ciągle występują w kategorii chwalebnych unikatów. – Są ważniejsze rzeczy w życiu niż pieniądze – słyszymy na każdym kroku, na przykład w serialach telewizyjnych przeznaczonych dla szerokich mas. Jeśli w scenariuszu obyczajowym bohater staje przed wyborem – czy pocieszać strapioną kuzynkę czy pójść do pracy, pocieszanie kuzynki wygrywa bo widz powinien wiedzieć, że humanitarne wartości są ważniejsze od obowiązków służbowych. Praca nie zając, za to wrażliwość na kłopoty bliźniego to cecha człowieczeństwa.

Chciwość jest grzechem więc tropi się ją na każdym kroku. Na przykład – chytruski z komercji szpecą ulice reklamami. Reklamy w miejscach publicznych stały się dyżurnym chłopcem do bicia i pożywką dla wielu dziennikarzy. Wdzięczny trop – wrażliwi na estetykę społecznicy ratują przestrzeń publiczną przed degradacją. Ale nie widziałam żeby ktoś z tych walecznych obrońców estetyki w mieście spróbował się dowiedzieć na co były potrzebne pieniądze tym którzy pozwolili na swoich ścianach wywiesić szpetną, ale dobrze płatną reklamę. Czy aby spółdzielnia mieszkaniowa, która przez parę miesięcy zgodziła się udostępnić elewacje domu firmie reklamowej, nie cierpiała przez lata z cieknącym dachem którego nie miała za co załatać? Może mieszkańcy woleli zasłonić okna na parę tygodni po to, żeby im się potem nie lało na głowę?

W życiu zawsze jest coś za coś. Bywa że estetyka to luksus, który czasowo trzeba odłożyć na lepsze czasy. Pamiętam jak u progu lat 90-ych, kiedy ledwie raczkowała u nas gospodarka rynkowa, ludzie targali na plecach towar z zagranicy, żeby tu go sprzedać i zarobić pierwsze większe pieniądze na dalszy rozwój. Warszawa zapaskudzona była prymitywnym handlem na łóżeczkach polowych. Esteci się oburzali – kto to widział, w żadnym mieście europejskim takiego paskudztwa się nie uświadczy – krzyczeli na różnych łamach -jak władze stolicy mogą na to patrzeć! Na szczęście władze mogły. Bo wtedy raczkowała u nas, po raz pierwszy od wojny, gospodarka rynkowa. Przedsiębiorczy rodacy zarobili na pierwszy sklep, warsztat czy inny biznes i z czasem łóżeczka przestały być potrzebne.

Teraz esteci krzyczą – jak można tak wulgarnie zarabiać reklamami? Zwyczajnie. Nie jesteśmy Paryżem, Rzymem czy Amsterdamem, tam mogą sobie pozwolić na rygorystyczny zakaz oszpecania miasta i dobrze. Ale oni są bogaci, a my jeszcze długo musimy zarabiać żeby osiągnąć ich standardy. – W Wiedniu czy Berlinie też są kiermasze świąteczne – pisze inny autor krytycznie o naszym handlu ulicznym – ale nie takie prymitywne jak tu i są rzęsiście oświetlone a u nas się oszczędza – dodaje z obrzydzeniem.

Jest teraz w dobrym tonie zachwycać się wzornictwem a nawet architekturą z przaśnych czasów PRL-u. – Takie piękne elewacje szpeci ocieplanie – martwi się jakaś świergotka, której jak widać nie wiało przez ściany. – To co że było zimniej – pisze odważnie – ale za to ładniej, i lepiej było dopłacić lokatorom do ogrzewania.

Otóż to – receptą i cnotą jest dopłacanie. I nie tylko estetyka warta jest dopłaty, także moralność. W dyskusji o uboju rytualnym wiele razy można było usłyszeć i przeczytać, że „moralność publiczna jest ponad interesem ekonomicznym”. Sam rzecznik praw obywatelskich oświadczył, że „motywowanie uboju rytualnego względami ekonomicznymi jest moralnie naganne”. Ciekawe co oświadczali rzecznicy w krajach znacznie od naszego bogatszych gdzie ubijają rytualnie polskie bydlątka, dowożone tam żywe.

Zarabianie pieniędzy częściej traktowane jest podejrzliwie aniżeli sięganie do publicznej kasy. Pomysłów na rozwiązanie, zdawałoby się trudnych problemów społecznych u nas nie brakuje. Weźmy brak mieszkań. Pisze facet że ponad 43 proc. młodych Polaków mieszka z rodzicami. To smutne, a przecież rozwiązanie tego problemu jest dziecinnie proste – zdradza autor – trzeba zainwestować publiczne pieniądze w mieszkania pod wynajem. Że też nasi politycy są tacy niedomyślni. A inaczej w Danii – tamtejsi politycy zbudowali tanie czynszówki i oto trawiąca Polskę choroba braku mieszkań dla młodych niezamożnych jest tam praktycznie nieznana! O tym, że dochód na głowę mieszkańca to w Polsce mniej niż polowa tego co przypada na głowę Duńczyka autor przemilcza. A przecież gwoli rzetelności powinien wspomnieć że nie na tym się Dania wzbogaciła, że wydawała więcej z publicznej kasy niż do niej wkładała.

Finlandię, która ma sukcesy w systemie oświaty też się stawia Polsce za wzór do naśladowania. Chodzi o to, że w Finlandii, podobno, studenci mają takie wysokie stypendia że nie muszą myśleć o zarabianiu i mogą się spokojnie skupić na nauce. I u nas by się przydało, nic prostszego – pisze pomysłodawca – wystarczy zwiększyć pulę pieniędzy na stypendia.

Studentom dodać, młodym kupić mieszkania, górników utrzymać, wielodzietnym dopłacić, bo, jak przeczytałam w innym wywiadzie – „na całym świecie państwo bierze rodziny wielodzietne na swoje utrzymanie”. Ale o starych też nie zapominać, bo starych jest przecież coraz więcej. Czytam, że na świecie są już nowoczesne terapie na nowotwory, wprawdzie bardzo drogie, ale na zdrowiu nie wolno oszczędzać, pisze autor, bo chorych przybywa, więc albo jesteśmy krajem cywilizowanym albo nie.

Tak więc dopłacanie do państwowego bankruta węglowego nie jest tak bardzo oderwane od naszego powszechnego myślenia o pieniądzach.

Agnieszka Wróblewska

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. A. Goryński 2015-01-16
    • Marian. 2015-01-17
  2. Szafrański 2015-01-19
  3. bielecki 2015-01-19
  4. Aleksy 2015-01-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com