„W swoim życiu musisz tylko kilka rzeczy zrobić dobrze, pod warunkiem, że nie zrobisz zbyt wielu rzeczy źle.”
mawia Warren Buffet, guru rynków kapitałowych.
Przypomniałem sobie o tej wypowiedzi przy okazji festiwalu pomysłów dotyczących rozwiązywania problemów posiadaczy kredytów w szwajcarskich frankach. W przestrzeni publicznej roi się od źle rozumianych matematycznych i kapitałowych pojęć a przy okazji od moralizatorskich pouczeń.
To, jak rozwiązać nabrzmiały problem kredytów walutowych, odnosi się nie tylko do grupy kredytobiorców. To kwestia funkcjonowania demokratycznego państwa, rządów prawa i obowiązywania reguł gospodarczego ustroju, który zwykliśmy określać mianem gospodarki rynkowej. To również warunek stabilności i przewidywalności gospodarczych rozwiązań, wartości, które są niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania Państwa oraz dla funkcjonowania światłego, obywatelskiego, nowoczesnego i przedsiębiorczego społeczeństwa.
Ze wstrętem wymawiamy słowo „spekulacja”. Tymczasem to nośne i piękne słowo ma swoje źródła w starożytnej Grecji i oznacza przewidywanie. My zaś, nadal kojarzymy je z wykupywaniem deficytowych dóbr z uspołecznionego handlu i sprzedawaniem ich po wyższych cenach. Małostkowe skojarzenia z czasów socjalizmu przysłaniają nam matematyczną istotę sprawy.
Czy gra w szachy to także coś gorszącego, bo jej istotą jest zdolność inteligentnego przewidywania ?
Kiedy kurs franka spadł poniżej czterech złotych, temat kredytów od pewnego czasu nie istnieje. Nie ma żadnej ani woli ani presji, aby, stosując metody matematyczne i spekulacyjne, podjąć próbę systemowego i trwałego zabezpieczenia pozycji walutowych kredytobiorców.
Temat jakby zapadł się pod ziemię. A przecież nie wiadomo, czy w możliwym do oszacowania przedziale czasu frank będzie kosztował dwa czy pięć złotych. Sytuacja polityczna i gospodarcza wyznacza walutowe trendy. Wobec problemów na Ukrainie, w Grecji, czy… gdziekolwiek indziej, niepodejmowanie jakichkolwiek roztropnych prób rynkowego unormowania finansowej pozycji posiadaczy spekulacyjnych instrumentów, którymi bez wątpienia są walutowe kredyty, oznacza zanurzenie się w wir hazardu i losowych zdarzeń.
Czas na unormowanie sytuacji jest marnowany. Mnożą się za to osobliwe, wręcz „odkrywcze” tezy.
Dominuje pogląd, że dosyć już spekulacji i liberalizmu, że to wynaturzenia, które od lat prowadzą nas do zguby. Kredytobiorcom pomożemy w tradycyjny, zrozumiały sposób: fundusze celowe, rezerwy finansowe, nowe ustawy, sądowe procesy, delegalizacja umów, naciski na banki. Wypisz, wymaluj – ręczne sterowanie.
Ciekawe – opinia publiczna w większości łaskawa jest takim „odkryciom” i wdzięcznie jest wspierana przez przedstawicieli opozycji.
Jakby tego było mało, niektórzy we wzroście kursu franka wietrzą spisek. Inni w pocie czoła zmagają się z matematyką, zwłaszcza ze spreadami oraz swapami. Wątpią, że banki posiadały pożyczane franki i z zapałem tropią ten pasjonujący wątek. Jeszcze inni – zwłaszcza z politycznej opozycji – triumfalnie przytaczają art. 357 [1] Kodeksu Cywilnego, wskazując na rzekomą podstawę dla unieważnienia umów.
A w większości ocen przewija się opinia, że banki były przecież nierzetelne, bo dbały o interes własny i depozytariuszy. Kto jednak, biorąc ogromny wieloletni kredyt, polega wyłącznie na opiniach i rekomendacjach banku.
Mówi się – przewalutujmy kredyty na złotówki, dokładnie po kursie z dnia zawarcia umowy. Kredytobiorca musiałby zapłaci odsetki tak, jakby od początku był to złotówkowy kredyt. Lecz przecież daty zapadalności rat były wcześniejsze.
Popularność zyskał osobliwy pogląd, aby w oprocentowaniu frankowego kredytu uwzględniać ujemne stopy procentowe.
Przyjrzyjmy się bliżej temu pomysłowi.
Załóżmy, że klient ulokuje franki w banku. Stopa wynosi minus pół procenta, z grubsza płaci więc bankowi pół procenta w skali rocznej .
Czy wówczas bank potrzebuje udzielać kredytu ? „Brutto” zarabia przecież pół procenta. Jeżeli miałby udzielić kredytu, marża musiałaby przekroczyć moduł z tej wielkości. Generalnie, bank, by w ogóle zechciał „kiwnąć palcem”, powinien mieć marzę grubo ponad moduł z oprocentowania. A są przecież jeszcze złe kredyty….
Mało tego, konsekwentne postępowanie w takiej sytuacji niechybnie doprowadziło by nas do absurdu. Jeżeli bowiem ujemna stopa Szwajcarskiego Banku byłaby, co do wartości bezwzględnej, na tyle wysoka, że po uwzględnieniu sztywnej marży oprocentowanie nadal byłoby ujemne, to bank dokładał by do kredytu sumę, na którą składał by się moduł tego oprocentowania i wartość oprocentowania powiązanego z tym instrumentem finansowym, dzięki któremu bank może kreować kredytową akcję (oczywiście, jeśli w posiadaniu takiego instrumentu się znajduje).
Rzecz jasna, zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja, kiedy kredyt miałby cechy derywatu (coś na kształt popularnego zakładu). Wówczas istotnie można by wnioskować, że bank byłby bezwzględnie zobowiązany świadczyć na rzecz kredytobiorcy. Byłoby to dla kredytobiorców bardzo interesujące, choć z powodu innych zapisów mało prawdopodobne.
Na zarzut, że w przypadku wyrównywania strat frankowym kredytobiorcom i tak sięgamy przecież po aktywa wszystkich obywateli, wielu specjalistów odpowiada, że można i trzeba dochodzić pomocy jedynie od banków. Jednak cudownie przy tym zapomina, że przerzucenie straty na banki będzie skutkowało spadkiem cen ich akcji.
Na przykład, w PKO BP31,39% akcji należy do Skarbu Państwa. Wśród 56,72% nie wymienionych z nazwy akcjonariuszy wielu to osoby fizyczne. Łącznie to prawie 90 procent – 1 125 000 000 akcji. Przy cenie 33 złote za akcję i dziesięcioprocentowym spadku jej ceny, akcjonariusze (Skarb Państwa i osoby fizyczne) stracą trzy miliardy sto dwadzieścia pięć milionów złotych.
Ale obciążenia banku godzą też w depozytariuszy. Bo tutaj banki będą szukać rekompensat.
Wielu mówi: banki muszą brać część ryzyka kursowego na siebie. A co one robią, kiedy kurs franka jest niższy niż w dniu zawarcia umowy ?
Czy ci komentatorzy pragną więc, by kredyt walutowy był opcją typu call – (opcją kupna) nabywaną przez kredytobiorcę, gdzie wystawca takiej opcji gwarantuje jej nabywcy prawo zakupu w ustalonej przyszłości po ustalonej z góry cenie instrumentu bazowego – w tym przypadku waluty kredytu ? Jako wrogowie liberalizmu niech zapłoną wstydem. Toż to najbardziej „zgniła spekulacja”, bardziej „paskudna” niż sam walutowy kredyt.
Nie pamiętam też, aby banki domagały się renegocjacji kredytowych umów, kiedy wartość franka wobec złotówki malała.
Od pierwszej połowy 2001 roku przez trzy lata szwajcarski frank utrzymywał się w trendzie wzrostowym od około 2,20 – 2,30 do ponad 3 złotych. Do sierpnia 2009 roku spadał, by zejść na chwilę poniżej 2 złotych i następnie rozpocząć, trwający do dzisiaj, wzrostowy trend.
Z mediów wiemy, że z około 580 tysięcy kredytów frankowych około 178 tysięcy pobrano w okresie lokalnego minimum szwajcarskiej waluty. Na mieszkaniowym rynku był to czas największej hossy. Kupowano bardzo drogie mieszkania za bardzo tanie franki – czyli za wyrażone we frankach rekordowe kwoty. Kto w tym momencie bierze tego typu kredyt ? Kupujący spodziewali się nie tylko niższego lub stałego kursu franka ale i stałych albo wyższych cen mieszkań. Jakby tego było mało, wielu niedorzecznie oceniało wtedy kredyty złotówkowe, zaś dzisiaj żąda nietypowych działań.
Przecież w gospodarce rynkowej i w demokratycznym państwie prawa, byłoby absurdem, gdyby Państwo ingerowało w relacje, które zachodzą pomiędzy stronami umowy.
Umowa kredytu jest umową gospodarczą. Przystępują do niej podmioty, świadome swoich praw i obowiązków. Skoro strony wypełniają wszelkie wymogi i zobowiązania wynikające z zapisów umowy to ich ekonomiczna wiedza, świadomość i inteligencja nie może być przedmiotem spekulacji i dociekań.
Jeżeli obie strony w trakcie realizacji umowy postępują zgodnie z prawem i wywiązują się z warunków umowy, wówczas dyskomfort czy jakiekolwiek straty oraz zyski, jakich doświadcza którakolwiek ze stron nie może być przedmiotem konstatacji i być podważana po podpisaniu umowy.
Jeżeli dzisiaj sprzedam mieszkanie po cenie x złotych a jego cena po siedmiu latach wyniesie 3x złotych, to moja strata w przypadku 10 procentowej rocznej inflacji wyniesie nominalnie x złotych.
Czy wtedy też mają mi inni tę stratę zrekompensować a sąd rozwiązać umowę ?
Czy sprzedający ma trzymać w nieskończoność gotówkę uzyskaną po sprzedaniu mieszkania, bo kupujący może zmienić zdanie?
Można wyobrazić sobie żądania rożnych firm i przedsiębiorstw, kiedy produkcja oparta o importowane komponenty staje się nagle nieopłacalna ponieważ wzrosła wartość waluty, w której firma za te komponenty płaci. Czy wtedy też mamy tym firmom wyrównywać straty?
Wszelkie próby podważania umowy dowodzą chęci działań pozaprawnych, takich, które mają doprowadzić do zmiany jej warunków w efekcie zaś do jej niewypełnienia i sprzeniewierzenia się jej duchowi i istocie.
Takie precedensy szczególnie, jeżeli miałby by być firmowane autorytetem państwa, organów przedstawicielskich, wykonawczych czy sądowniczych zawsze prowadzą do anarchii i bezprawia. Podważają wiarę i zaufanie do demokratycznego państwa prawa i jego konstytucyjnych organów.
Tak jak w państwie prawnym i w rynkowej gospodarce prywatna własność podlega ochronie – umożliwia jakikolwiek obrót gospodarczy i funkcjonowanie demokratycznego społeczeństwa – tak też bezwzględnej ochronie podlegają umowy, zawarte przy pełnym prawnym umocowaniu umawiających się stron.
Jednak w akcie desperacji i w duchu skrajnego populizmu, głównie w gronie polityków opozycji, rodzą się opinie, przywołujące zapisy artykułu 357 [1] Kodeksu Cywilnego, że: jeżeli z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków spełnienie świadczenia byłoby połączone z nadmiernymi trudnościami albo groziłoby jednej ze stron rażącą stratą, czego strony nie przewidziały przy zawarciu umowy, sąd może po rozważaniu interesów stron, zgodnie z zasadami współżycia społecznego, oznaczyć sposób wykonania zobowiązania, wysokości świadczenia lub nawet orzec o rozwiązaniu umowy.
W umowie kredytu walutowego trudno mówić o istnieniu jakiejś nadzwyczajnej zmianie stosunków. Co innego, gdybyśmy z dnia na dzień doświadczyli cudownego rozmnożenia się franka szwajcarskiego, na przykładna dwa lub więcej zupełnie różnych franków albo – co gorsza -likwidacji szwajcarskiej waluty i wprowadzenia w jej miejsce wymiany barterowej.
Tymczasem istotą kredytu zawieranego w walucie innej niż ta, w której się zarabia, jest zmienny stosunek wartości waluty kredytu (tej obcej) do wartości waluty rodzimej (w tym przypadku złotego).
Granic żadnych nie ma. Frank szwajcarski w zależności o sytuacji politycznej i gospodarczej może kosztować zarówno 2 jak i 6 złotych. Po prostu nie ma wielkości, które możemy racjonalnie wyeliminować. Jeżeli kredytobiorca o tym nie wie, nie powinien brać jakiegokolwiek kredytu, także złotówkowego, bo stopy i kurs złotego wobec innych instrumentów też podlega zmianie, zaś w duchu zapisów artykułu 357 [1] Kodeksu Cywilnego może to być dla niego – ale, jak widać, również dla politycznej opozycji – nie tylko niezwyczajne, co w swej istocie bardzo podejrzane.
Jak zatem rozróżnić „nadzwyczajne” czy „zwyczajne” zmiany kursów ? Jest to o tyle interesujące, że każdy, kto poda precyzyjną, matematyczną (bo w ekonomii mówi się o matematyce a jak twierdzi Kant: tyle jest poznania w nauce, ile jest w niej matematyki) definicję takich zmian i dokona jednoznacznego podziału, który mógłby być solidnym i rzetelnym punktem odniesienia dla sądowych orzeczeń, zapewne zasłużyłby na ekonomicznego Nobla a przy okazji przewróciłby dzisiejszą ekonomię.
Jeżeli jednak zmiany walutowych kursów uznalibyśmy za coś absolutnie nadzwyczajnego, to – tym bardziej – co moglibyśmy powiedzieć o licznych postulatach ingerencji w treść gospodarczych umów, żądania, aby prawo działało wstecz czy chociażby domagania się ręcznego sterowania sektorem bankowym ?
Toż by to dopiero były cuda nad cuda. W rynkowej gospodarce, w demokratycznym państwie prawa, w środku Europy, w cywilizowanym kraju. W duchu zapisów Kodeksu Cywilnego, można by powiedzieć – prawdziwy fenomen.
Z argumentacją prawną jest zresztą szerszy problem. Dopóki system prawny nie sięgnie w swojej instrumentacji do matematycznych aksjomatyczno-dedukcyjnych doświadczeń, które są niezbędne przy konstruowaniu większości poprawnie zbudowanych systemów, tak długo możemy deliberować na temat semantyki takich terminów jak „nadzwyczajna zmiana stosunków”, „nadmierne” trudności, czy „rażąca” strata. Bo w finansach chodzi o matematykę, nie o „poezję”. A ingerowanie w działania banków to stopniowa erozja i tak niezbyt mocnego demokratycznego systemu, fundamentów państwa prawnego oraz pewności obrotu gospodarczego.
Co mogą jednak zrobić zwykli obywatele ?
Szwajcarski Bank Centralny od miesięcy utrzymywał franka na sztucznie niskim poziomie, co po uwolnieniu, czyniło gwałtowny jego wzrost niemal pewnym. Był więc czas, by przeanalizować liczne możliwości, jakie mogą dawać instrumenty pochodne (derywaty), występujące w roli zabezpieczenia dla kredytów walutowych.
Błędy i zaniechania jakich dopuszcza się inwestor na kapitałowym rynkua takimi stali się od dnia podpisania umowy walutowego kredytu jego posiadacze,można próbować niwelować tylko spekulacyjnymi (tak – spekulacyjnymi !) metodami, matematycznymi i rynkowymi. Wszelkie fundusze, renegocjacje umów, działania prawa wstecz, demonstracje i protesty nie są działaniami racjonalnymi i ekonomicznymi. Nie ilustrują istoty finansowej spekulacji.
Jeżeli faktycznie chcemy pomóc walutowym kredytobiorcom, a zarazem wprowadzić kapitałowy rynek w Polsce na wyższy, nowoczesny, bardziej wyrafinowany poziom, musimy sięgnąć do mechanizmów, które są bardziej inteligentne i wyrafinowane niż te, które stanowią źródło ich kłopotów. Powinniśmy sięgnąć do najbardziej zaawansowanych, spekulacyjnych instrumentów. Są nimi instrumenty pochodne. I choć zdaniem Buffeta jest to dla finansowych rynków broń masowej zagłady, to stosowane roztropnie w celach zabezpieczających instrument podstawowy, jakim jest w tym przypadku walutowy kredyt, mogą okazać się roztropnym rozwiązaniem. Mogły także być pożyteczne już przed laty, kiedy mieliśmy do czynienia z kredytowym boomem.
Trudno z góry przesądzać o szczegółowych rozwiązaniach.
To prawda. Na pierwszy rzut oka derywaty prezentują się jako bardzo „chropawe”, jeśli ich adresatem ma być przeciętny Kowalski, który posiada walutowy kredyt o dwudziesto lub trzydziestoletnim horyzoncie czasowym i który co miesiąc płaci ratę od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Wydaje się, że najbardziej dopasowanymi byłby instrumenty wzorowane na walutowych opcjach, zwłaszcza amerykańskich (czyli takich, które mogą być zrealizowane w każdym momencie przed terminem ich wygaśnięcia – problem zapadalności raty) w mniejszym stopniu na europejskich ( które mogą być zrealizowane tylko w terminie ich wygaśnięcia) albo pośrednich – opcjach bermudzkich. Może mogłyby to być kontrakty terminowe, futures albo forward w tym szczególnie takie odmiany futures, które byłyby zindywidualizowane pod kątem zabezpieczenia (hedgingu – skonstruowania portfela kredytobiorcy z instrumentów o przeciwnie skorelowanych trendach łącznie z instrumentem podstawowym, jakim jest kredyt) dla walutowych kredytobiorców. Chociaż te ostatnie instrumenty wydają się w takiej sytuacji mniej pożyteczne.
Nie zaradzi to szkodom już poniesionym ale może ustrzec przed kolejnymi. Nikt nie zagwarantuje bowiem, czy frank w przyszłości będzie kosztował 3 czy 5 złotych.
Można było myśleć o hedgingu, biorąc kredyt. We wspólnym interesie własnym i kredytobiorców mogły myśleć o tym banki i domy maklerskie – a stosując systemowe rozwiązania cały sektor finansowy. Dziś straty kredytobiorców byłby na pewno mniejsze, zwłaszcza w bezwzględnej wysokości płaconych rat, prawdopodobnie w mniejszym stopniu w kapitale do zapłaty ale i tu roztropne stosowanie opcji, zwłaszcza przez wyspecjalizowane firmy, być może, dałoby satysfakcjonujące i wymierne rezultaty.
W przypadku derywatów, używanych jako instrument hedgingu w stosunku do walutowych kredytów, jest wiele problemów, z których nie wszystkie można w sposób zadowalający rozwiązać. Chodzi właśnie o termin wygaśnięcia, rodzaj opcji lub kontraktu, cenę płaconą instytucjom finansowym, wielkość raty w porównaniu z wielkością instrumentu pochodnego a także wybór platformy. Ale jest to prawdopodobnie jedyny kierunek skutecznej reakcji wobec zmiany kursu franka a inteligentnie stosowany, miejscami pozwala uzyskać – choć byłoby to pewnie śladowe prawdopodobieństwo – szanse drobnego arbitrażu (operując instrumentem bazowym i pochodnym dlaotrzymania zysku bez ponoszenia ryzyka).
Jest to ważne, bo może umożliwić zmniejszenie strat frankowiczów w przyszłości.
I jest to instrument rynkowy, który nie leży w gestii ani Państwa, ani polityków ani komentatorów politycznych i ekonomicznych.
Tymczasem wciąż nie mamy dostatecznego nawyku korzystania z profesjonalnych konsultacji przed podjęciem finansowych decyzji w tym, gdy przedmiotem są produkty o wartości idącej w setki tysięcy lub miliony złotych.
Doświadczenie najbardziej rozwiniętych kapitałowych rynków wskazuje, że jest to obszar nie tyle tradycyjnej ekonomii co matematyki i inżynierii finansowej. Po prostu jest to dziedzina matematyków. Często tych najlepszych, o głębokiej matematycznej teoretycznej wiedzy (analiza stochastyczna,stochastyczne równania różniczkowe itd.). W wiodących gospodarczo i cywilizacyjnie krajach najlepsze banki inwestycyjne i detaliczne a także towarzystwa oraz fundusze inwestycyjne i ubezpieczeniowe na najbardziej prestiżowych analitycznych stanowiskach od lat zatrudniają matematyków i fizyków. To nie dziwactwo i moda lecz absolutna konieczność. Współczesne rynki kapitałowe bazują na wyrafinowanych matematycznych instrumentach, których istota i inteligentne wykorzystywanie może prowadzić do kreowania niewyobrażalnych zysków zaś brak matematycznej wiedzy i zdolności naraża inwestorów na dotkliwe straty i rozczarowania.
Dotąd nie słyszałem o tak licznych tego typu doradczych firmach aby, przy stosownym nasyceniu rynku, mogły one działać na tyle konkurencyjnie, by kreowały odpowiednio bogate spektrum produktów i skutecznie doradzały zwykłym obywatelom, wyrabiając dobry nawyk stałego korzystania z tego typu usług. Mimo, że kredyty walutowe są matematycznie elementarne (choć i tu można konstruować interesujące modele) a „podstawowa szkoła” zaczyna się dopiero na poziomie prostych instrumentów pochodnych, to jednak instytucje doradcze o niezależnym charakterze i powszechnej dostępności mogłyby ucywilizować inwestycyjny horyzont przeciętnego Kowalskiego.
W Polsce brak dostatecznej liczby takich firm być może wynika z deficytu specjalistów. Wielu z nich pracuje na Zachodzie, mając tam doskonałą markę a ich wynagrodzenie w kraju byłoby z powodu wysokości nie do zaakceptowania (no chyba, że pamiętać będziemy o doświadczeniach dzisiejszych frankowiczów).
Był zatem czas i nadal jest, aby myśleć o zabezpieczeniu się przed kredytowymi kłopotami, próbując choćby pochylić się nad instrumentami pochodnymi: opcjami, kontraktami terminowymi i innymi derywatami w tym zindywidualizowanymi pod kątem walutowych kredytów.
Istniej jednak zasadniczy warunek. Jest nim szybka zmiana społecznej świadomości na taką, gdzie postrzeganie ekonomii staje się matematyczne, nie zaś pseudoetyczne a słowo „spekulacja” nie budzi odrazy i jest dobrze rozumiane.
Jak powiada Einstein:
„Cóż to za smutna epoka, w której łatwiej jest rozbić atom, niż zniszczyć przesąd”
Robert Drachal
Matematyk, wykładowca akademicki, autor książek.
Członek Zarządu Partii Demokratycznej.demokraci.pl

