Stefan Bratkowski: Komu to państwo

wybory2015-05-06. Krótko, możliwie najkrócej. Wszyscy chcemy zdrowego rozsądku, przyzwoitości i kompetencji; nie lubimy populizmu, agresji, kłamstwa i ordynarnego języka. Ale chodzi o pytanie zasadnicze – komu potrzebne jest wolne państwo wolnej Polski.

Proszę wybaczyć mi osobisty, wręcz rodzinny ton w kwestii aż tak bardzo nie osobistej. Jeden z moich bezpośrednich przodków był z armią Napoleona w Moskwie i walczył w Powstaniu Listopadowym, nieco bliższy – w Powstaniu Styczniowym, akurat pod dowództwem dziadka Wisi Szymborskiej; ojciec był w Legionach. Mojemu pokoleniu było dane, co w dużej mierze samo sobie załatwiło, racjonalnie ułożyć stosunki z Moskwą – dziś mimo pogróżek ze strony Putina, który wysyła do nas pozera motocyklistę i obrażającego nas, anonimowego pozera dyplomatę. Przeżyjemy.

Odpowiedź na tytułowe pytanie jest prosta. O wolne państwo polskie chodziło setkom i tysiącom Polaków, przygniatającej ich większości,. Zwłaszcza tym, którzy dla niego bezpośrednio narażali życie lub siedzieli po więzieniach. Dlatego dziś, gdy ich i nasze marzenia się ziściły, śpiewnie zanoszone błagania „ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie” z ust byłych w większości tchórzy brzmią obelżywie. Tak samo – ich reklama beznadziejności w kraju, który nadzieję dla siebie stworzył sam. Bez nich. Wtedy nieobecnych.

Odzyskaliśmy państwo nie poprzez masakrę, a dzięki przytomnemu porozumieniu z ówczesną klasą rządzącą, której nasza strona zagwarantowała bezpieczeństwo i równe prawa. Dziś kwestionuje się to porozumienie – w imię marksistowskiej doktryny walki klasowej. Już kiedy za prezydentury Wałęsy ostatnie sowieckie oddziały opuszczały Polskę, na ulicach Warszawy palono jego kukłę. Umykało pamięci, że to porozumienie pozwoliło całemu narodowi ustrzec się wojny domowej, w której druga strona dysponowała by wszystkimi środkami walki zbrojnej, armią z jednostkami specjalnymi, policją, służbami tajnymi, oddanym aparatem politycznym i pieniędzmi, środkami dostatecznymi, by nas zgnieść i pozbawić nasz kraj przyszłości. Co potrafiła ta druga strona, ukazał 13 grudnia 1981 r. stan wojenny, najlepiej przygotowany i zorganizowany wojskowy zamach stanu w historii, nie tyle przejęcie władz najwyższych i najbardziej wpływowych mediów, co sparaliżowanie całego społeczeństwa. Z końcem lat osiemdziesiątych byliśmy zaś nadal na widelcu. Nie zmusiliśmy sił tej drugiej strony do ustąpienia. Nie mieliśmy czołgów. Dogadaliśmy się z nimi – w imię dobra kraju. W imię bezpiecznego rozwoju. Te siły ustąpiły. Ustąpili ich przywódcy, których dziś obraża się i tępi. Którzy jednak, odchodząc, umieli zadbać o pośmiertne swe życie w pamięci narodu. Co pisze człowiek, który jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy, użył w grudniu 1981 roku terminu „wojna polsko-jaruzelska” i w miarę swych skromnych możliwości robił, co potrafił, by tę wojnę domową Polacy wygrali.

Nie byłem w Magdalence. Do roku 1989 bezrobotny raz siedem lat, potem osiem, mam emeryturę poniżej średniej, a i to ZUS uprzejmie zaliczył mi okres bezskładkowy jako okres pracy bez wynagrodzenia. Za to dziś mój były przyjaciel, ongiś utalentowany poeta i autor wybornych szkiców literackich, w młodości zapamiętały stalinowiec, który w minionym ustroju dorobił się jednak pięknej willi, żąda zerwania porozumień z byłą klasą rządzącą, choć po 13 grudnia, kiedy wszyscy zerwaliśmy, nie bez strat, z państwowymi wydawcami, wydawał u nich książki. Dziś chce wieszać. Jak on, popisuje się równie typową krwiożerczością tchórza bohater, którego nie pamiętam z czasu, gdy przydałoby się jeszcze paru odważnych. Umie znieważać umarłych i wzywać, by strzelano do żywych. Obu takich osobników państwo nie obchodzi. Chętnie by je rozbili. Jakby nie wiedzieli, że pracują dla Putina.

Państwo przestało się liczyć. Samo słowo jest niby wycieraczka na zamglonej szybie. Wybitnie inteligentny przywódca największej opozycyjnej partii nie uczestniczy w rozmowach ani w pracach ważnego ciała władz najwyższych państwa, poświęconego obronności państwa. Jak wszyscy dzisiejsi opozycjoniści uprawia politykę zasmradzania państwa. Nie wskazują oni, co należałoby w tym naszym państwie poprawić, nie zajmują się błędami i tym, co jest do zrobienia, poniżają już nie władzę, a to państwo. Nie robią nic dla kraju poza propagandą nieobecności obywatelskiej i wrogości wobec własnego państwa, bo nie jest ich. Jakby nie wiedzieli, że nie mamy i nie będziemy mieli innego. Dużo w nim braków, czasem trudnych do usunięcia (wiem coś o tym), ale i najbardziej wpływowy człowiek opozycji, który dysponował już kiedyś władzą w naszym państwie, nie zrobił dla niego – przykro powiedzieć, nic. Raczej partolił. Dwa lata.

Zanikło pojęcie racji stanu. Pamiętam, jak niedawny wtedy, radykalny guevarysta odkrył w sobie ducha „narodowego” – jakby na zamówienie służb specjalnych dla rozsadzenia znikomej wtedy jeszcze opozycji (sam ją ostrzegałem). Objąwszy władzę, zachował rewolucyjną mentalność walki klasowej: zamiast pozyskać dla Rzeczpospolitej agentów wywiadu PRL, wysypał ich jak jej wrogów. Żadną racją stanu się nie przejmował. Decydowało to, kogo on uznał wrogiem swej władzy.

Tacy jak on psuli nasze stosunki z Zachodem i związki z nim, jakbyśmy liczyć mogli na innego sojusznika. Mielibyśmy być suwerenni, bez Unii Europejskiej i bez Rosji. Co praktycznie oznaczało poddanie tej drugiej. Dlatego psuli polską politykę zagraniczną swymi ironicznymi wypowiedziami o Unii Europejskiej i o Brukseli jako nowej Moskwie. Ten najbardziej wpływowy obrażał własne państwo określeniami typu „kondominium”. Dziś jego ludzie też psują nasze stosunki z Zachodem, który wspomógł nas miliardami dolarów, zmieniającymi obraz kraju. Zapowiadają próby zmian w przepisach NATO i Unii dla „obrony suwerenności”. Ma Unia czy NATO takie czy inne mankamenty, do poprawy, ale nie dla „suwerenności”! Zrażają tym zagranicznych partnerów do państwa polskiego jako całości, czynią nas partnerem niepoważnym. Prowokują uczucie odrzucenia i kpiny. Już nie przyrównaniem do kartofla. Opinią ludzi, których polityka odpowiada interesom Putina i budzi szczere zadowolenie jego dworu. Jak Targowica.

Dziś zapominamy, że miała się nie udać polska prezydencja w Unii. W Czechach dla rozwalenia ich prezydencji – wystarczył jeden Klaus. Węgry załatwiły się i załatwiają same. U nas miała być draka, i to nie jedna. Organizacja, posługująca się nazwą „Solidarności”, próbowała rozwalić i skompromitować tę polską prezydencję. A przypomnę czołówki „Warszawskiej Gazety” (z tytułem gramatycznie rosyjskim): przed 10 kwietnia ogromnymi literami, niemal przez całą stronę, hasło: „Polacy już czas”. Po nim „Rewolucja w końcu nadejdzie”, i nie podpisany tekst wewnątrz numeru, zapowiadający, że rewolucja, która nadejdzie „będzie straszna”. Ale nas jest 38 milionów, „drak” trzeba widać było większych. Ta wojna domowa nie doszła do skutku. Przeżyliśmy.

Łatwo zapominamy. Prawda, że zdrowie państwa zależy w dużym stopniu od zdolności wybaczania, Pittakos, rządzący wyspą Lesbos w VI wieku p.n.e., sformułował nieśmiertelną zasadę – „przebaczenie jest mocniejsze niż zemsta”. Słowem, amnezja uczy politycznego spokoju w imię przyszłości. Nie oznacza to, że należy zapominać. Nasze opozycje nie interesują się, jaką zostawią po sobie pamięć, co zapisze historia, nie biorą pod uwagę, że przyszłość nie podda się ich „polityce historycznej”. Tak więc historia przebaczy, ale zapamięta, kto to nadzorował plan i operację najścia na dom niewinnej kobiety („to nie tak miało być”), operację zakończoną jej śmiercią, prawda, że raczej przypadkową. I to jego ludzie zlecili w operacji „Romeo” agentowi, by uwiódł kobietę dla skorumpowania jej i skompromitowania, po czym zrobili go posłem! Dla demonstracji siły aresztowano lub wyprowadzano od stołów operacyjnych w kajdankach najwybitniejszych chirurgów. O co chodziło człowiekowi o wybitnej inteligencji? Bo już nie o bolszewicką w stylu zemstę na byłej klasie rządzącej? Potem, gdy pożegnał się z rządem, zapowiedział, że rola jego opozycji ograniczy się do krytycyzmu, czyli faktycznie dezawuowania rządzących, w konsekwencji – degradowania państwa, którego władzę oddał legalnymi, demokratycznymi wyborami. Jego opozycja nie splamiła się jakąkolwiek propozycją czegoś do zrobienia, tym bardziej niczego razem. Podważając za to systematycznie działalność władz państwa, ośmielała zagranicznych wrogów jego słabością. Media Putina zawsze traktowały tę politykę z uznaniem. W rezultacie już nie trzeba zakładać pod okiem Putina nowej Konfederacji Targowickiej. Trudno robić nową Targowicę w jedynym kraju Europy, który nie uległ kryzysowi, ale nasze opozycje nie ustają w swych wysiłkach. Nie potrzebują państwa. Potrzebują władzy. Jak Targowica.

Przywódca polityki degradowania państwa gra „państwowca”. I nie tylko Jarosław Kaczyński, zrównujący Polskę z Białorusią. Wszyscy wodzowie opozycji chcą, żeby było śmieszniej. Bez ambicji przyszłych mężów stanu, wystarczą im ambicje – smarkaczy stanu. Media walnie pomogły im zamienić wybory prezydenta w kpinę z państwa. Media stworzyły Tymińskiego i Leppera, teraz stworzyły kandydatów na prezydenta „z nikogo” – media, które powinny nie tylko informować, ale i objaśniać świat. Nadal panuje w Europie swoista pogoda dla ruchów co najmniej faszyzujących, z nacjonalizmem i ksenofobią, od Finlandii po Hiszpanię, ale to chyba nie znaczy, że media mają w nich widzieć równorzędne, tolerowane w demokracji partie, tyle że o innych poglądach. Nie widzę symetrii między ich odmową uznania dla porządku konstytucyjnego a partiami, które szanują ustrój demokratyczny i godzą się z wynikami wyborów. Nasze opozycje przesadzają w idiotyzmach. Ich mentalność nie mieści pojęcia racji stanu, bo po co im to; nie jest pewne, czy w ogóle rozumieją, co to jest.

Szefowie tych partii nie stanęli do wyborów. Nikt nie pyta, dlaczego. Oni sami jakby nie zdawali sobie sprawy, że swoją demonstracyjną nieobecnością ośmieszają państwo. Obawiali się, że ewentualna porażka w wyborach pozbawiłaby ich co najmniej przywództwa w swojej partii. Wystawili się więc do społeczeństwa cudzymi twarzami. Twarzami swych substytutów. Niczyimi, nikomu nieznanymi – jakby któremuś z tych przywódców mogło zaszkodzić uplasowanie w pierwszej czwórce najważniejszych polityków kraju. Gdyby dziś któryś substytut wygrał, zagraniczni goście spotykaliby się nie z formalną głową państwa, a z przywódcą jego partii. Tak robi się pośmiewisko z państwa polskiego. Obraża się w konsekwencji nas, dla których to państwo, z takim trudem odzyskane, warte jest tyle, ile trud i ofiary w odzyskanie go włożone. Psuje się obraz państwa, które zarobiło już na szacunek i uznanie autorytetów międzynarodowych. I media tego nie zauważają.

W całej obecnej kampanii substytuci, nadymani cudzymi myślami, obrażają sam urząd, o który się starają, a nie wyczytali w konstytucji, co na tym urzędzie wolno, a czego nie. Mimo to chcą, byśmy ich traktowali poważnie; ich, którzy potrafią tylko mówić źle o innych. Za to obiecują gruszki na wierzbie.

Topieni krzykliwą nienawiścią, mamy naprawiać Polskę, zbawiać ten upadający kraj, rządzony przez złodziei (żebyż choć jednego wskazali), rozprzedawany zachodnim oszustom, pod skorumpowaną władzą, która nie umie rządzić i nie chce dać obywatelom, co sama sobie przywłaszcza (też bez choćby jednego przykładu), nie walczy z narastającą biedą, która ogarnia kraj (gdzie średnia dochodów stale rośnie i przygniatająca większość Polaków jest zadowolona ze swej pracy). Piosenkarz chce być prezydentem i obalić „system”, bo nie wie, że gospodarka rynkowa, która mu pozwala krocie zarabiać, to wolna gospodarka, wolna właśnie od systemów. Administracji państwa, niedomagającej w różnych dziedzinach, fachowcy od niej sami by chętnie nadali choć trochę elementów systemu. Śliczna panienka o urodzie modelki chce odrzucić całe prawo. Z drugiej strony – Bianka Mikołajewska odsłoniła malwersacje na pieniądzach SKOK-ów, ale nikt już potem nie badał majętności ludzi opozycji, poczynając od malwersantów. Media nie prostują bredni rzeczowymi informacjami, jeszcze fascynują się palantami, którzy są przeciw wszystkiemu. Można jeszcze cytować inne brednie, czyli epitety w akcji tego smrodu, którym pokrywa się kraj, by szerzyć powszechne niezadowolenie. Przy założeniu, że nawet jeśli się nie wygra, to smród zastanie. Po co nam opinia szanowanego państwa, które w ciągu tych dwudziestu pięciu osiągnęło największe postępy w Europie? Taka opinia pracuje na korzyść obecnie rządzących. Po co nam państwo, jeśli nie pod naszą władzą?

Oczom normalnych obywateli nie odkrywa się tych kandydatów-substytutów, dość sympatycznych ludzi, choć niezbyt mądrych, jako pajaców pociąganych za sznurki. Pozostałych jako pajaców samorzutnych. Oni może to i ścierpią dla występów na ekranach. Wszyscy ci (prócz Palikota) politycy od wczoraj uwodzą takich jak oni sami, zawistnych, z kompleksem niższości, sfrustrowanych. I otaczają się bez protestu hałastrami ordynarnych wrzaskunów, ze stekami wyzwisk, obelg i pomówień na językach i transparentach. Czy warto być wodzami takich żywiołów? Ci rzekomi nacjonaliści nie zniżają się do argumentów. Ośmieszają nawet i nacjonalizm. Grożą. Anonimowo, oczywiście. Ordynarnie. W polityce ubikacyjnej. Czy ci chłopcy nie wiedzą, w co grają? Kompromitują nasze państwo, jak nasi biskupi swój Kościół Wojujący. Nie tylko przed nami. Ten obraz przenosi się do zagranicznych mediów. I może o to chodzi? Towarzyszowi Putinowi en passant najpewniej tak.

Chciałbym, żeby tego przynajmniej dowiedzieli się krajowi nasi wrogowie państwa polskiego. W tym i motocykliści, którzy dla okazania mu wrogości jechali witać „Nocne wilki” na granicy. Te „Nocne wilki” demonstracyjnie poparły rosyjski napad na sąsiednie państwo. Ich niewpuszczony wódz groził nam u granicy – „doigracie się”, a rosyjski (radziecki właściwie) dyplomata w Warszawie obrażał kraj swych gospodarzy, udając, że nie rozumie, dlaczego Polska nie wpuszcza zwolenników łamania prawa międzynarodowego. Zachód nie wpuszcza większych takich zwolenników niż motocykliści. Ale może nie tylko polscy motocykliści nauczą się szacunku dla państwa, które im zapewniło swobodę jazdy po całej Europie i umożliwiło dochodami zakup drogich motorów.

Przyznaję: Putin już osiąga wielkie sukcesy – podniósł swój naród z klęczek, na których jak widać udało mu się podbić pół Europy. Uwolnił też Putin Rosję od zbyt wymagającego szacunku całego świata, od zbędnego prestiżu i męczącego zaufania. To mu świat zapamięta. My raczej też – to nie on doszedł do Berlina w 1945 roku. On doszedł do Sewastopola przez bezbronny Krym.

Namawiam wrogów naszego państwa, którzy popisują się w tej kampanii wyborczej pomocą dla Putina, by otwarcie upomnieli się u niego pieniądze za to. On zna doświadczenie Katarzyny Wielkiej. Umiała nagradzać zwolenników, szanowna Targowico.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

28 komentarzy

  1. MaSZ 2015-05-06
    • andrzej Pokonos 2015-05-07
      • MaSZ 2015-05-07
        • andrzej Pokonos 2015-05-07
        • MaSZ 2015-05-08
        • andrzej Pokonos 2015-05-09
  2. Less 2015-05-06
  3. j.Luk 2015-05-07
  4. andrzej Pokonos 2015-05-07
  5. sroka 2015-05-07
    • Magog 2015-05-07
  6. Obirek 2015-05-07
  7. Filip Rembiałkowski 2015-05-07
  8. wejszyc 2015-05-07
  9. andrzej Pokonos 2015-05-07
  10. Magog 2015-05-07
    • andrzej Pokonos 2015-05-07
  11. j.Luk 2015-05-07
  12. slawek 2015-05-07
    • andrzej Pokonos 2015-05-08
  13. narciarz2 2015-05-08
  14. narciarz2 2015-05-08
  15. W. Bujak 2015-05-09
    • _domi 2015-05-10
  16. narciarz2 2015-05-10
    • A. Goryński 2015-05-10
  17. A. Goryński 2015-05-10
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com