Ernest Skalski: Nil desperandum

duda2015-06-10.

Co jest głównym życiowym i strategicznym celem prezydenta wybranego na pierwszą kadencję?

Wygranie kolejnych wyborów i pozostanie na drugą – już dawno odpowiedziano sobie w USA – Wtedy dopiero  może myśleć o tym co pozostawi po sobie w historii.

Nie ma powodu by sądzić, że nasz prezydent – elekt nie myśli podobnie. I to jest normalna reakcja, bo łączy się z nią przekonanie, że się to robi „dla kraju”. Więc niech i tak będzie.

Wybory wygrywa się i przegrywa w określonej sytuacji politycznej. Wynik wyborów prezydenckich w roku 2020 zależeć będzie od sytuacji politycznej w latach 2015-2019, czyli między jednymi wyborami parlamentarnymi i drugimi. Podstawowe warianty są dwa:

A – władzę w dalszym ciągu z jakimś wsparciem sprawuje Platforma, a PiS pozostaje w opozycji,

B – władzę przejmuje PiS, a do opozycji przechodzi Platforma.

Ta perspektywa, w obu wariantach, przewiduje dalszą dominację układu PO vs. PiS. Nie jest ona aż tak prawdopodobna jak była na przełomie kwietnia i maja. I nie będzie to dominacja tak przemożna jak dotąd. Wydaje się wszakże, że jest to jednak bardziej prawdopodobne niż jakikolwiek inny z układów politycznych, które możemy sobie w myślach i słowach układać. I Andrzej Duda ten duopol musi brać pod uwagę.

A – rządzi Platforma

Prezydent wetuje jej ustawy, nie przejmując się ich przydatnością dla kraju. Przedkłada Sejmowi własne projekty, które większość rządowa odrzuca. Co jakiś czas demonstrując rozwagę  odeśle – obojętną z punktu widzenia swego bezpośredniego interesu – ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Ale też niektóre ustawy podpisze, pokazując, że nie prowadzi polityki totalnej negacji. Może to się przejawiać w sprawach związanych z obronnością, bo tutaj „musimy być razem”.

Na terenie UE będzie mówił „twardym głosem” przez co może trochę utrudni życie rządowi, lecz jeśli w ten sposób nieco mniej się załatwi, to i tak ma to być winą Unii i rządu. A jeśli, ogólnie rzecz biorąc, będzie nam „dobrze’ – jest na to szansa przy wychodzeniu z kryzysu – stanie się to zasługą wpływu pana prezydenta. Jeśli nie – wszyscy będą widzieli, że chciał dobrze, lecz mu nie dali. I będzie zachęta by dać mu szansę w następnej kadencji.

Stosunki Andrzeja Dudy z PiS mogą być w miarę życzliwe, ale bez ostentacji. Żadnych „wykonanych zadań, panie  prezesie!”. Nawet wymyślony przez Kaczyńskiego prezydent państwa, to już nie premier – marionetka, którego można postawić i odstawić. Od czasu do czasu zdystansuje się on od swego kreatora – prezesa. Zresztą, trudno powiedzieć jaka będzie sytuacja Jarosława Kaczyńskiego, jeśli PiS, mając swego prezydenta, raz jeszcze nie zdobędzie władzy. Nie można wykluczyć, że w roku 2019 to już Prawo i Sprawiedliwość będzie zabiegać o poparcie Andrzeja Dudy. A w latach 2020-2025 prezydent Duda będzie już wiedział jak niewiele może, ale zrobi co będzie mógł, by odejść w chwale. Niewykluczone, że Polska nieco na tym skorzysta.

Bo jeśli zostanie on prezydentem na drugą kadencję, to jego główną myślą stanie się jego przyszłość po odejściu z urzędu, wkrótce po skończeniu pięćdziesięciu trzech lat. O ćwierć wieku za wcześnie na spokojną emeryturę. W kraju dla byłych prezydentów – prymasem wszak nie zostanie – nie ma już godnego stanowiska. Wszelkie włączanie się działalność polityczną degraduje go, o czym się przekonał Aleksander Kwaśniewski i przekona się Bronisław Komorowski, jeśli zechce pozostać w polityce. A prestiżowe stanowiska w świecie, które by pasowało młodemu byłemu prezydentowi, nie są dla przedstawicieli kierunków odbieranych jako ksenofobiczne. Wychodzenie z głównych nurtów czegokolwiek – w przypadku Dudy to z bliskich stosunków z Niemcami i Francją w UE – nie będzie się więc kalkulowało. Tu nie poparcie Bratysławy i Rygi, z całym dla nich szacunkiem, bywa decydujące.

Teraz uwaga ogólna. Troski o własna karierę nie demonstruje się publicznie. A już na pewno nie w Polsce, z naszą postromantyczną hipokryzją. Ale żołnierz ma mieć w plecaku buławę marszałkowską uważał Napoleon… i wiedział co mówi.

Wszystko to, jak i inne kombinacje, może się okazać chybione, jeśli Duda okaże się przypadkiem człowieka bez charakteru i to co mówiła  jego matka,  o psychicznym synostwie syna w stosunku z Kaczyńskim jest prawdą.

B – rządzi  Prawo i Sprawiedliwość

Sytuacja, niestety, całkiem prawdopodobna, a z punktu widzenia interesów osobistych, PiS-owskiego prezydenta, znacznie bardziej skomplikowana. Są dwa podwarianty. Pierwszy – wszystko idzie niezgorzej. Poprawiająca się koniunktura w Europie służy Polsce. Częściowa realizacja obietnic wyborczych Dudy i PiS – częściowa, bo całkowita jest fizycznie niemożliwa – podoba się. Złe skutki będą odczuwalne dopiero za jakiś czas, a wzrostu zadłużenia budżetu państwa nie czuje się jeszcze w budżetach domowych. Przez pięć lat tandem; rząd – prezydent zbiera plusy dodatnie. Wybory w latach 2019 i 2020 wypadają po myśli partii rządzącej i Dudy. Tak może być, lecz niekoniecznie musi. Aż tak dobrze i tak długo bywa rzadko.

Inaczej. Mija rok, dwa, trzy. Może być i lepiej i gorzej, lecz nawet poprawa nie nadąża – właśnie to przerabiamy – za oczekiwaniami rozbudzonymi przez obietnice wyborcze prezydenta i partii. Szybko mija euforia zwycięstwa. Rządzący wchodzą w buty swych poprzedników. Być może popełniają inne błędy, lecz ich słowa są odbierane podobnie jak odbierane były słowa prezydenta Komorowskiego i są – jeszcze! – odbierane wypowiedzi partii i rządu pod kierownictwem Ewy Kopacz. Bo frukta, szeroko i po staremu rozumianego, aktywu nie są fruktami szeregowych wyborców. Przez lata ożywiała ich nadzieja na sukces, a kiedy on wreszcie przyjdzie zadziała uniwersalna prawidłowość; wytęskniona przyszłość staje się trudna rzeczywistością. Pojawiają się problemy, o których wolano nie myśleć. Nie o take Polske…

Nie będzie więc z góry wiadomo jak mogą wypaść wybory w roku 2019, a w rok po nich są prezydenckie i prezydent musiał będzie się starać, by go nie obciążały rachunki wystawione Prawu i Sprawiedliwości. Nie zapomni jak Komorowski płacił rachunki PO. Jednym słowem: PiS i rząd będą mieć problem i – jak było z PO i Komorowskim – stanie się on problemem prezydenta, Andrzeja Dudy.

Teraz problem ma PiS.

Tym problemem jest Jarosław Kaczyński. Teraz, miedzy majem i październikiem. Sukces rodzi sukces i szanse PiS na przejęcie władzy jesienią są duże jak nigdy od 2005 roku. Rosnąca w siłę partia, ze swoim prezydentem, poprawia swój wizerunek i choć widzimy, że nie zyskuje nowych głosów, to może mieć wreszcie zdolność koalicyjną. Obóz władzy i jego potencjalni koalicjanci – PSL i SLD – są w złym stanie i złej sytuacji. Ale PiS, aby to wykorzystać powinien zebrać nieco więcej głosów niż wynosi jego żelazny elektorat. Zebrał je w drugiej turze wyborów prezydenckich i to przesądziło ich wynik. A zebrał je między innymi dlatego, że kandydatem nie był Jarosław Kaczyński, który przezornie przechował się na drugim planie w czasie kampanii i wyborów. Chowając też, na ile to było możliwe, Antoniego Macierewicza.

Obaj maja olbrzymi elektorat negatywny. Kaczyńskiemu ufa 17 procent obywateli, a zaufania doń nie ma  59. Dla przeciwników PiS-u obaj oni są wcieleniem tego co w Prawie  Sprawiedliwości najgorsze. PiS jako straszak stracił na skuteczności wiele, ale nie wszystko.

Beata Szydło, teraz prawa ręka prezesa, zapowiada, że on, ten genialny polityk, jest kandydatem na premiera. Kaczyński się kryguje: premiera desygnuje pan prezydent, Andrzej Duda. Ten zaś chwali Beatę Szydło, wyraźnie mówi, że ma ona kwalifikacje na premiera, lecz nie mówi, że jej to zaproponuje. Jednym słowem, robi się zamieszanie informacyjne, mające przykryć istotę sprawy. A ta jest taka; Kaczyński się czai i raczej jednak, w ostatniej chwili –  a kuku! – wyskoczy na to stanowisko. On przecież wie, że to już raczej jego ostatnia szansa  i wszyscy wiedzą, że on to wie.

Dziesięć lat temu, mając brata prezydenta i najsilniejszą frakcje w Sejmie, Jarosław  Kaczyński mógł chwilę rządzić z za pleców premiera Marcinkiewicza. Zapowiedział, że nie zostanie premierem, ale nim został. Teraz więc cokolwiek powie i zrobi, będzie się oczekiwało, że pretenduje do tej roli. I to może doprowadzić do sytuacji, w której PiS utrzyma jedynie swój elektorat, a dodatkowe głosy, które dostał w drugiej turze kandydat  Duda nie padną na partię Kaczyńskiego.

Co może nie przeszkodzić temu, że jego partia otrzyma znacząco więcej głosów niż każda inna.

Cyfry i trendy

Przypomnijmy; w roku 2010 Bronisław Komorowski wygrał, uzyskując w drugiej turze 6,98 miliona głosów.

W pierwszej turze tegorocznych wyborów uzyskał 5,031 miliona, o149 tysięcy mniej niż Andrzej Duda, który dostał niewiele głosów więcej niż wynosi stały elektorat PiS. Można  było przypuszczać, że  jeśli zmobilizuje się prawie dwumilionowa  grupa, która pięć lat temu głosowała na Komorowskiego, a teraz w pierwszej turze została w domu, czy też poparła Kukiza, to prezydent ma  duże szanse na wygraną.

Zmobilizowało się nie dwa miliony, lecz 3,08 miliona, dając Komorowskiemu 8 112 311 głosów. I okazało się, że to jest o 518 316 mniej niż zdobył Duda. Dudzie przybyło bowiem po pierwszej turze 3,45 miliona głosów. W tym około dwa miliony to te mniej więcej 60 procent elektoratu Pawła Kukiza. Około półtora miliona to nowi wyborcy przy urnach

O tym kto głosował za Dudą, a kto przeciw Komorowskiemu Platformie napisano już dość. Także o buncie młodych, który trzeba traktować poważnie.

Tu powiem, że traktuję go bardzo poważnie jako poważne zagrożenie. Brzytew w ręku… Suma konkretnych minusów, wynikających z tego faktu, przeważa, mym zdaniem, nad enigmatycznymi plusami przyszłości, bliższej i dalszej. Dodać jedynie mogę, że jeśli nie umrze się młodo, to z młodości, nawet tej ciągnionej na siłę, wyrasta się.  Ktoś inny będzie robić za młodzież w wyborach 2018 – samorządy – w 2019 – parlament i w 2020 – prezydent. Zatem nie sposób przewidywać jakie będą wyniki. Natomiast do najbliższej jesieni obecna młodzież jeszcze nie wydorośleje, więc wyniki wyborów parlamentarnych też nie są do przewidzenia. Można jedynie mówić o trendach. Do tego zmiennych.

Sondaże powodują oczopląs i zawrót głowy. Pierwszy po wyborach; PiS – 25 procent, nieistniejąca partia Kukiza – 20 procent, PO – 17 procent, nieistniejąca partia Petru – 10 procent, cała reszta – pod kreską czego znacząca jest tam obecność SLD i PSL, które mogą wypaść z gry. Następny; PiS 33 procent, PO – 30, Kukizparty – 14.  Cała reszta pod kreską, w tym Petru – 3 procent, a PSL – 1. Różnice zasadnicze. Kolejny: Kukiz and partners – 24,2, PiS – 24, PO – 21, NowoczesnaPL – 8 procent oraz po 3 procent: SLD, PSL, Korwin. W  grę wchodzi zapewne powyborcze rozhuśtanie opinii jak i odmienne metody sondażowni. Nie wiadomo w jakich proporcjach wstępują oba czynniki.

Trendy trendami, ale o zwycięstwie Dudy zdecydowały głosy 3,1 procenta wyborców, przy słabej kampanii Komorowskiego i Platformy. A Duda  z PiS robili kampanię jak trzeba było. Być może dobra: fachowa i energiczna kampania drugiej strony przyniosłaby zgoła odmienny wynik i bylibyśmy dziś w odmiennej sytuacji. Nie chodzi o płakanie nad rozlanym mlekiem, lecz o to by pamiętać, że w demokracji, przy niewielkich różnicach głosów, o wynikach decyduje kampania wyborcza. Nieraz niezależnie od takiej czy innej sytuacji ekonomicznej i społecznej, od politycznych trendów.

Ratuj się kto może…

…a nie: wszystkie ręce na pokład! Tak można scharakteryzować sytuację w Platformie Obywatelskiej. Taka wypowiedź jak ministra Biernata, że przegrał prezydent, a nie Platforma, była nie tylko podła, ale głupia i nieroztropna. I było więcej takich głosów. A przecież Komorowski zapłacił swoim poparciem za Platformę. Jego klęska jest klęską Platformy. Przyjął przeprosiny platformersów – a co miał zrobić? – lecz plama na wizerunku partii została.

Kierownictwo PO zdecydowało, że gdy przeciwnik naciera, nie robi się rozliczeń, nie przegrupowuje szyku. Słuszna to taktyka  gdy jesteśmy silni, zwarci, gotowi. Ale Platforma nie wygląda na taką. A tu wygląd, a nie co innego jest w oczach wyborców czynnikiem decydującym.

Dobrych rad z reguły nie brakuje. Była i taka, żeby wymienić całe kierownictwo na ludzi młodych, w tym kontekście czterdziestolatków, postawić na nowego lidera. W otoczeniu młodszych mógłby to być Grzegorz Schetyna, polityk znany, który lojalnie przetrzymał długą opresję. Inni wymieniali młodszego, Rafała Trzaskowskiego, rówieśnika Andrzeja Dudy. Mało kto go zna mimo, że  jest wiceministrem spraw zagranicznych. Taki przewrót wewnętrzny stwarza ryzyko, w którym jest szansa. W trwaniu bez zmian nie ma ryzyka. Jest pewność przegranej.

Z nieprzyjaciółmi Platforma jakoś dawała sobie radę. Wszyscy wiedzieli, że PiS i wszelka lewica jest od tego aby ją atakować. Większe wrażenie robią zarzuty zawiedzionych przyjaciół i zwolenników, oczekujących od PO różnych, przeważnie przeciwstawnych, działań. Teraz mamy ogromny wysyp emocjonalnych wypowiedzi zawiedzionych kochanków. Z satysfakcja, jaką sprawia niektórym dokopanie leżącemu, deklarują dlaczego nie będą głosować na PO. Tak jakby liczyli, że to czego im nie załatwiła Platforma, załatwi PiS, który może dojść do władzy tylko po porażce PO.

Wiele zarzutów słusznych. Wiele rad – takich sobie. Otworzyć się na lewo, przez co rozumie się przeważnie kwestie obyczajowe, odrzucane przez większość wyborców, również Platformy. W programie wyborczym partia ma się otworzyć na wieś i na młodzież, czyli na elektorat który ja odrzucił i gdzie nie ma nic do szukania. Cokolwiek PO teraz powie, cokolwiek obieca, to będzie, przynajmniej w tych środowiskach, wykorzystane przeciw niej. ”Było na to osiem lat rządów”. Chyba, że spróbuje, nie obiecać, lecz podejmować określone kroki i to szokujące; zmniejszyć Sejm o połowę, zlikwidować Senat, przywrócić, wpisując do konstytucji, ustawę Wilczka o wolności gospodarczej. Tę z PRL, z roku 1988.

Oczywiście, rząd nie ma większości konstytucyjnej, a może jeszcze do wyborów stracić zwykłą. Ale wrzuciłby piłkę na pole PiS i niechby on torpedował te chwytliwe pomysły. To jednak byłby zamierzony cios w całą klasę polityczną, w  tym własną i we własną administrację. W swoich ludzi. I nie daj im Boże, by się przypadkiem udało.

Pani premier zaklepała więc trwanie. Zażądała czegoś w rodzaju dyktatury wewnątrz partyjnej, Zapowiedziała że  ona ułoży listy kandydatów i bierze całkowitą odpowiedzialność za wynik. Bonzowie partii przyjęli to ze zrozumiałym zadowoleniem; będzie na kogo zrzucić winę.

Platforma to duża, rozbudowana struktura. Ma kadry, ma sprawdzone metody i powiązania. Ma też pieniądze z dofinansowywania, któremu jest w zasadzie przeciwna. Nie zniknie po przegranych wyborach. Zachowa sporą ilość mandatów w Sejmie i Senacie. Starczy ich nie dla wszystkich, ale raczej na pewno dla kierownictwa, które pozostanie jako kierownictwo największej siły opozycyjnej. Spadnie z nich odpowiedzialność za państwo, a pozostaną w grze. Dlatego nie zaryzykują zdecydowanej odnowy PO, która partii albo pomoże albo nie, ale ich pozbawi stanowisk. Może to pomówienie, lecz są przesłanki…

Połowie i senatorzy z dalszych rzędów, taka głosująca massa tabulettae, nie mają na co liczyć w nowym rozdaniu. Senator PO Kopeć po przegranych wyborach prezydenckich nagle zauważył, że Platforma go „opuściła” z jego katolicyzmem, więc on opuszcza Platformę. Może nastąpić wysyp takich co to po ośmiu latach „przejrzeli na oczy”. Olśniony nagle może też być cały PSL. Dla Kaczyńskiego tacy „robotnicy ostatniej godziny warci są zapłaty swojej” bo mogą zlikwidować większość rządową w ostatnich tygodniach i praktycznie sparaliżować władzę.

A beneficjenci PO na posadach rządowych i w spółkach skarbu państwa przekonają się, że nie jadą z kierownictwem Platformy na jednym wózku.

Z recyklingu

Tymiński, Lepper, Palikot, Korwin. I Kukiz? To, że już czterech ekscentryków zrobiło błyskawiczną i krótką karierę nie znaczy, że piąty ją musi powtórzyć. Jest to jednak wysoce prawdopodobne. 20 procent, 14 procent, 24 procent, czy niechby tylko 10 procent poparcia to ciągle poważny kapitał polityczny. Tylko co ci wyznawcy pana Pawła mają popierać?

W wyborach prezydenckich cała Polska to jeden wielki JOW. Wybiera się jednego człowieka. Cała kampania kręci się wokół niego. Na nim – szczególnie gdy to jest Kukiz, bo ekscentryczny – koncentrują się media. Zdeterminowany sztab i grupy entuzjastów w terenie wiedzą co mają robić. W parlamentarnych wszelako trzeba wybrać 560 osób w całej Polsce. Jak ich znaleźć i wytypować? Jak poumieszczać na listach? Skąd wziąć ludzi do lokalnych kampanii? Masa szczegółów, w których tkwi diabeł. Czy starczy entuzjastów i entuzjazmu?

Kukiz zarzeka się, że nie robi partii, nie stworzy struktur. A bez nich nie idzie robić wyborów. No i co się  w tej kampanii ma mówić? Lokalni kandydaci nie mogą się ograniczyć do krzyku; wszystko rozpieprzyć! Ktoś ich musi znać. Oni muszą wiedzieć co konkretnie ludzi nurtuje. Cała ta operacja wymaga nie tyle entuzjazmu, który z natury nie jest zbyt trwały, ile rozwagi, uporu i wytrwałości. Może  być z tym trudno przy młodzieżowym elektoracie.

Chętnych mu nie zabraknie. Już zgłaszają się do Kukiza, lecz nie są to politycy nawet drugiego sortu. Bez nich jednak on niczego nie zrobi, a z nimi będzie miał to przed czym się zarzeka. Co nie znaczy, że musi przerżnąć wybory, bo w zmiennej sytuacji czasami bywają cuda. Ale robienie jakichkolwiek prognoz jest przedwczesne i ryzykowne.

Przedwczesne i ryzykowne okazują się też prognozy odnośnie tworu NowoczesnaPL, jeśli  w jednym sondażu ma dziesięć procent poparcia, a w drugim – trzy, by natychmiast wrócić do ośmiu. Przyznam, że ten zalążek partii – bo w końcu zawsze musi z tego być partia – budzi mieszane uczucia.

Na pewno przyda się partia liberalna, jaką był Kongres Liberalno-Demokratyczny, Donalda Tuska, który nie sforsował progu wyborczego w roku 1993. Mój głos jakoś wówczas nie zaważył. Taka partia, optująca za wolnością gospodarczą i – bez skrajności – za wszelką inną, nie wygrywa wyborów. Może jednak wywierać wpływ, wspierać, również koalicyjnie, krytykować. Nie mogła więc mieć tego charakteru wielka Platforma Obywatelska, partia władzy. Takiego KLD brakuje wielu ludziom w Platformie i poza nią. Przy obecnej zalewie populizmu byłaby to rzecz pożyteczna.

Czy jednak akurat w tym momencie?

Taką miałem wątpliwość kilka dni temu. Uważałem,  że główną przeciwwagą PiS  pozostaje Platforma, a inicjatywa Ryszarda Petru odbiera głosy właśnie jej. Furor polemicus skłonił mnie nawet do krańcowego porównania historycznego, które zawarłem w liście prywatnym i tutaj już nie powtórzę. Może kiedyś, jako ciekawostkę…

Teraz wygląda na to, że  przy uwidocznionym osłabieniu Platformy konieczna będzie możliwie szeroka koalicja zagradzająca drogę do władzy Prawu i Sprawiedliwości z Kaczyńskim i Macierewiczem. Uważam bowiem, czemu już dałem wyraz SO – Ernest Skalski: A może właśnie Duda? – że jeśli PiS znów nie zdobędzie władzy, to może się jakoś pozbywać Kaczyńskiego, co już sugerował profesor Andrzej Nowak. I że zachowując swój elektorat i mało korzystną linię polityczną, będzie to partia mieszcząca się w systemie demokratycznym, a nie rozwalająca go programowo. Tu akurat rola jednostki okazuje się znaczna.

No więc w tym roku pożądana by była możliwie szeroka koalicja antypisowska, która byłaby w stanie stworzyć większość parlamentarną. Teraz Petru odcina się od PO co zrozumiałe. Tak kiedyś powstająca  PO odcinała się od Unii Wolności, z której wypączkowała. Po tej secesji Unia przestała być liczącą się siłą. Teraz, inicjatywa Petru faktycznie osłabia dodatkowo Platformę, lecz nie oznacza  to schodzenia PO ze sceny politycznej. W sumie głosy oddane na Platformę i na NowoczesnąPL – czy tak się to ma odmieniać? – mogą być liczniejsze niż to co zdobędzie PiS. I trudno sobie wyobrazić, by mimo obecnego wybrzydzania na siebie, obie te partie nie stworzyły koalicji przeciwko PiS. Obie obawiają się psucia państwa przez partię Kaczyńskiego i chyba NowoczesnaPL nie chciałaby ponosić  odpowiedzialności za dopuszczenie do tego.

Kukiz atakuję  tę inicjatywę z właściwą dla siebie zaciekłością. Trafnie wyczuwa, że powstaje nowy przeciwnik, który się może liczyć. Propaganda PiS przedstawia powstająca partię jako mutację PO, łódź ratunkową dla platformersów. I chyba trafnie. Lecz to może być właśnie zachętą dla tych, którzy krytykują Platformę za odejście od jej idei założycielskiej, za rutynę i słabnącą efektywność działania.

Jak już jesteśmy przy arytmetyce wyborczej, to warto zwrócić uwagę, że na korzyść PiS działa osłabienie SLD i PSL i perspektywa wypadnięcia z parlamentu tych potencjalnych koalicjantów Platformy. Jest to bardzo realna perspektywa i mogłaby skłonić PO do zaproponowania im zawczasu koalicji wyborczej. Niechby obie te partie, mające teraz po trzy procent poparcia były w stanie wnieść do takiej koalicji łącznie tylko cztery procent głosów, to mogłoby zdecydować o wyniku wyborów. Platformie, bez członków i wyborców, którzy by ją zostawili na rzecz nowej inicjatywy, byłoby łatwiej zaproponować taki sojusz.

Jeśli zgadzamy się, że skuteczna polityka to sztuka realizowania tego możliwe i że dobrym dla tego narzędziem jest kompromis, to takie wyjście wygląda na optymalne. Chyba, że ktoś liczy na cud…

Ernest Skalski

Print Friendly, PDF & Email

28 komentarzy

  1. bisnetus 2015-06-10
    • andrzej Pokonos 2015-06-11
      • bisnetus 2015-06-12
        • andrzej Pokonos 2015-06-13
  2. sroka 2015-06-10
    • Magog 2015-06-13
  3. MaSZ 2015-06-10
  4. andrzej Pokonos 2015-06-10
  5. j.Luk 2015-06-10
  6. narciarz2 2015-06-10
  7. j.Luk 2015-06-10
    • andrzej Pokonos 2015-06-11
  8. j.Luk 2015-06-11
    • andrzej Pokonos 2015-06-11
  9. slawek 2015-06-11
    • bisnetus 2015-06-11
      • spycimir mendoza 2015-06-11
    • andrzej Pokonos 2015-06-14
  10. jmp eip 2015-06-11
    • andrzej Pokonos 2015-06-12
      • Marian. 2015-06-12
        • andrzej Pokonos 2015-06-14
        • Marian. 2015-06-14
        • andrzej Pokonos 2015-06-14
  11. Magog 2015-06-13
  12. j.Luk 2015-06-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com