2012-09-24. Co znaczy „egzekucja praw”? – Program naprawy Rzeczypospolitej podjęty przez średnią szlachtę w połowie XVI wieku pod hasłem „egzekucji praw” zawierał szereg konkretnych żądań i postulatów rzetelnego przestrzegania przez króla Zygmunta Augusta istniejących ustaw i ich uporządkowania (m.in. przez uściślenie), wzmocnienie demokratycznej władzy wykonawczej, zniesienie autonomii Prus, zmniejszenie niektórych przywilejów Kościoła i zależności od Watykanu, zwrot bezprawnie posiadanych dóbr państwowych (tzw. postulat „egzekucji dóbr”).
„Egzekucja” uzyskała poparcie Sejmu (1562-63) i Króla, lecz niestety została tylko częściowo zrealizowana na skutek przeciwdziałania oligarchii magnackiej, którą dzisiaj zastępują partyjne elity oraz ludzie na stanowiskach. Niemniej jednak przywróciła wówczas lepsze rządzenie państwem.
Ujawnione ostatnio afery korupcyjne w elitach partyjnych, przede wszystkim w agencjach będących w gestii PSL-u – partii, która nie ma wprawdzie żadnej wizji rozwoju wsi w Polsce, lecz bez skrupułów zabiega o dobrze płatne stanowiska dla swych członków – wywołały w naszych mediach (m. in. w „Gazecie Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”) wysyp doniesień o „ciepłych” posadach członków innych partii czy grup interesu i niekontrolowanym nepotyzmie wobec krewnych czy powinowatych.
Zwięźle i trafnie ujął problem W. Czuchnowski w artykule „Polska zawłaszczona” (Gaz. Wyb. z 01.08.2012) pisząc o najbardziej jaskrawych przykładach korupcji i nepotyzmu: „zjawisko upartyjnienia tego, co publiczne rozrasta się od góry do dołu. Najpierw w wyniku lokalnych umów koalicjanci dzielą się stanowiskami politycznymi, potem posadami w zarządach i radach nadzorczych, następnie przychodzi kolej na funkcje kierownicze i niższe stanowiska”.
W rezultacie – jak zauważyli eksperci z Fundacji im. Stefana Batorego badając jeden z urzędów marszałkowskich – nawet ci urzędnicy, którzy nigdy nie należeli do żadnego ugrupowania politycznego, wolą dzisiaj zapisać się do którejś z rządzących partii, tak, by „być z władzą”.
Smutna refleksja
O co walczyli powstańcy warszawscy przez 63 dni w lecie 1944 roku? Pomijamy tu ocenę słuszności wszczynania w Stolicy powstania bez szans na zwycięstwo (na szczęście społeczeństwo rozróżnia dzisiaj bohaterstwo powstańców i ludności cywilnej od lekkomyślnego działania jego przywódców wojskowych). Na pewno walczyli nie tylko przeciwko okrutnym okupantom niemieckim, lecz również, a może przede wszystkim o wolną i lepszą Polskę niż poprzednia II RP, nie kwestionując jej niewątpliwych osiągnięć. A więc o Polskę sprawiedliwszą i lepiej rządzoną przez wybranych demokratycznie przywódców, o wzajemne stosunki międzyludzkie bardziej życzliwe i demokratyczne niż przed 1939 r. Nie było potrzebne formułowanie tych aspiracji czy marzeń w konkretne postulaty, bo one tkwiły jakby z założenia w podświadomości walczącego ludu Warszawy; również u dzieci, które stanowiły dużą część walczących (niekiedy słyszy się, że było to głównie powstanie dzieci na wzór „orląt lwowskich” w 1918 r.).
W duszach walczących powstańców tkwiła idea ofiary dla lepszej i szczęśliwszej przyszłości kraju pod nazwą Polska. I gdyby wstali oni z grobów z pewnością postawiliby pytania, czy nasze marzenia, cierpienia i ofiarność nie były daremne, bo czy Polska stała się lepsza, a jej obywatele eo ipso bardziej szlachetni, uczciwsi i mniej egoistyczni, niż przodkowie? Bo czyż postęp moralny nie jest najważniejszym wskaźnikiem rozwoju narodu, a przede wszystkim jego elit rządzących? A jeśli nie jest lepiej niż poprzednio, w II RP, czy podjęliście „egzekucję praw”, a więc walkę o praworządność, przeciw korupcji i różnym nepotyzmom, o ograniczenie egoizmu i pazerności, o wydajną i uczciwą pracę w życiu codziennym oraz dobór ideowych elit rządzących? Nie wystarczą bowiem piękne słowa o patriotyzmie na akademiach ku czci…, czy defiladach i uroczystych pogrzebach (a jak pięknie się w nich wyzywamy!), czy namiętne krzyki pod krzyżem i to w miejscach nie mających związku z kultem religijnym, postponując tym samym religię, ważny czynnik samowychowania społeczeństwa.
Czy więc nie sprzeniewierzyliście się ideowemu przesłaniu powstania warszawskiego? Może więc po przemyśleniu naszej rzeczywistości, naszych błędów i grzechów głównych, warto powrócić do „egzekucji praw” nadając jej współczesną postać?
By stopniowo przestrajać nasze życie na bardziej szlachetne tony, co jak mówi historyczne doświadczenie, daje również osobistą satysfakcję, a tym samym spokój sumienia z powodu zaciągniętego długu wobec poprzedniego, walczącego ofiarnie pokolenia Polaków, pamiętając o słowach wielkiego kaznodziei XVI w.: „…gdy się z okrętem źle dzieje, gdy dziur jego nie zatykamy, gdy wody z niej nie wylewamy… zatonie i z nim my sami poginiemy”.
Zbigniew T. Wierzbicki
„Bunt Młodych Duchem” – nr. 4/2012

Smutne, ale niestety bardzo bardzo bardzo prawdziwe. Niestety nastały gorsze czasy niż były w średniowieczu. Politykierzy nie znają się na niczym i wyprzedają wszystko co się da.
Właśnie dziś nie ma powodu do smuty i załamywania rąk Panie Adrianie. Dlaczego wrzucił Pan do jednego wora wszystkich „politykierów” i oskarżył o wyprzedaż „wszystkiego”? Można tak biadolić do końca świata. A tu niereformowalny PiS wywołał w sumie bardzo pożyteczną dyskusję ekonomistów. Czyż nie należy się cieszyć z tego powodu? Szkoda, że Tusk na to nie wpadł wcześniej… Ale teraz będzie musiał coś mądrego zrobić. Czyż nie jest to krok w kierunku nowej egzekucji praw? Bardzo ciekawy zaczyn do dyskusji ten artykuł Pana Zbigniewa Wierzbickiego.
To nie smuta, Panie Andrzeju, ani załamywanie rąk – to konstatacja naszej przaśnej rzeczywistości. Dlaczego wszyscy w jednym worku? Bo w omawianej kwestii wszyscy oni tacy sami.