Ernest Skalski: Ludzkość da sobie radę. Chyba…14 min czytania

()

demografia2015-08-03.

Kiedy się urodziłem byłem jednym z dwóch miliardów dwustu piętnastu milionów. Był rok 1935. Uważano wówczas i to od czasów wielebnego T. R. Malthusa, że jest nas na Ziemi o wiele za dużo i że stanowczo za szybko się rozmnażamy. W  XVIII wieku, na który przypadła pierwsza połowa jego życia (1766 –1834) ludzkość powiększyła się o ponad połowę, z ca. 600 do 916 milionów. Poprzedni taki przyrost, o mniej więcej połowę, zajął ludzkości około pięciuset lat. Malthus tych szacunków nie mógł znać. Był jednak świadkiem o wiele większej eksplozji demograficznej w Anglii, Walii i Szkocji, gdzie w półwieczu 1750 – 1800 ludność zwiększyła się o 44,5 procent, z 7.4 do 10.7 miliona, a w kolejnym półwieczu, które w większości świadomie przeżył, nastąpiła eksplozja demograficzna – wzrost do 20.6 miliona – czyli o 92.5 procent.

Anglia z przyległościami przodowała w tym względzie Europie, w której przyrosty były niższe lecz także wysokie. W latach 1750 –1900 Europejczyków zrobiło się trzy razy więcej; ze 140 doszło do 420 milionów. Wtedy, na przełomie XIX i XX wieków stanowiliśmy 25 procent ludności świata. Dziś – 10 procent. Na przełomie naszego i XXII wieku mamy stanowić niespełna sześć – 5.76 procent – całej ziemskiej populacji.

A teraz – jak zawsze kursywą – dygresja, którą można pominąć, bez zgubienia wątku. Otóż po Październiku 1956 roku do kraju wrócił między innymi popularny przed wojną artysta estradowy, Kazimierz ”Lopek” Krukowski. Zapamiętałem jego przedwojenny jeszcze  monolog o ekonomii politycznej. Mniej więcej tak: W dalekiej Australii farmer hoduje owce. Karmi je, poi, leczy i pracowicie strzyże. Tę wełnę ktoś wozi do odległego portu. Ładuje się ją na statek, który płynie przez pół świata. W Gdyni ktoś musi go rozładować, ktoś wełnę przewieźć do Łodzi. Następnie się ją grępluje, potem w przędzalni powstaje nić. Z nici tkaczki tkają na maszynach materiał. Z materiału krawiec starannie szyje dla Lopka garnitur. Lopek go odbiera, nosi, ale nie płaci zań. I nie rozumie jak cały ten system funkcjonuje.

Malthus twierdził, że  ludność powiększa się w postępie geometrycznym, a zasoby żywności – arytmetycznym. I że będzie musiało jej zabraknąć. Nie rozumiem więc jak ten układ funkcjonuje do dziś, dlaczego nie umarliśmy z głodu choć jest nas osiem razy więcej niż w jego czasach.

A jednak żyjemy

Wielebnemu wiele można wybaczyć. Był prekursorem w tym czym się zajmował. Ale w roku 1972, Klub Rzymski opublikował wstrząsający raport ”Granice wzrostu”, powtarzający sposób myślenia uczonego pastora. Bez refleksji nad tym dlaczego wciąż się żyje mimo, że było już nas wtedy cztery razy więcej niż za Malthusa. Tym razem zabraknąć miało nie tylko żywności, lecz również surowców nieodnawialnych. No i ekosfera miała nas  nie wytrzymać.

Zalecano w raporcie ograniczyć przyrost naturalny, nie przekraczając  wskaźnika – góra – dwójki dzieci na kobietę, a lepiej mniej. Wskazane było utrzymanie nie zwiększonej konsumpcji przy zaniechaniu inwestycji, czyli praktycznie utrzymanie zacofania i nędzy, w jakiej znajdowała się wówczas większość ludzkości.

Od czasu tego raportu ludzkość się podwoiła.

Liczebność gatunków zależy od warunków, które ją regulują. Musiały więc zaistnieć warunki, które pozwoliły ludzkości tak się rozmnożyć w historycznie tak krótkim czasie. Te same z  grubsza w XVIII wiecznej Anglii jak i szerokim świecie na ostatnim przełomie wieków. To zwykle jest początek ery przemysłowej, określamy niekiedy jako rewolucja przemysłowa. Prowadzi do niej postęp technologiczny i, związany z jego określonym poziomem, układ stosunków, określany jako kapitalizm, w różnych jego wariantach.

Ludzkość w trakcie swego istnienia wypracowała z grubsza trzy podstawowe modele rozrodczości. Pierwszy; dużo się rodzi, większość urodzonych prawie od razu umiera. Kilkanaście porodów i jedno – dwoje pozostałych przy życiu to była reguła nawet w rodzinach królewskich jak i u pospólstwa. Ci co przeżyli poród i pierwsze chwile żyją krótko. Pięćdziesiąt lat to był już wiek bardzo podeszły. Dzieciństwo jest zatem krótkie. Dzieci, w zdecydowanej większości rodzin uczy się krótko – jeśli w ogóle – i wcześnie zaprzęga do pracy. Z czasem stanowią zabezpieczenie rodziców, gdy ci już nie będą sprawni. W tej kulturze wykształca się posłuszeństwo dzieci i kult tych, którzy zdążyli się zestarzeć. Choć jednocześnie istnieją krańcowo biedne społeczności, w których istnieje obyczaj, znany na polskiej wsi jako wycug.

W tym systemie ludzkość, może się  jakoś wyżywić i funkcjonuje przez tysiąclecia, a powiększa się w tempie niezauważalnym z pokolenia pokolenie. Skokowe zmiany to tylko gwałtowne zmniejszanie się populacji. W roku 1300 ludność Europy jest szacowana na 73 miliony. W roku 1400 – tylko na 45 milionów. W międzyczasie była epidemia dżumy – ”czarna śmierć”. Podczas Wojny Trzydziestoletniej (1618 –1648) śmierć poniosło ponoć osiem milionów ludzi, głównie cywili. W niektórych rejonach Niemiec po wojnie brakowało połowy ludności.

Czasy nowożytne. Wpierw w Europie. Ludzie nadal, przez kilka pokoleń, z rozpędu, płodzą się i rodzą w dotychczasowej skali. Ale już coraz większa większość niemowląt przeżywa. Zaczyna się żyć coraz dłużej. Przyczyną tej zmiany jest poprawa warunków życia. Z naszego punktu widzenia wydaje się nieistotna. Trochę lepszy dostęp do wody, nieco więcej żywności z mniejszymi załamaniami, elementarna higiena, skromna opieka medyczna, lekarstwa. Jednym słowem – awans cywilizacyjny powoduje nie tyle skok rozrodczości ile spadek umieralności. To jest drugi model rozrodczości to owa Bomba P, rewolucja demograficzna. Coraz więcej dóbr i usług, coraz więcej gąb do wykarmienia, ale i coraz więcej rąk i głów do roboty.

Nie zawsze jest to rozwój zrównoważony. Okresami robi się ciasno i krótko. Są miejsca i okresy, kiedy szuka się ludzi do pracy i wymusza rodzenie – Rumunia Ceausescu –  są takie kiedy się propaguje, a gdzie nie gdzie forsuje – Chiny – kontrolę urodzeń. Tak czy inaczej, ten model łączy się wszędzie awansem cywilizacyjnym. Jeszcze całkiem niedawno dotyczyło i nas. Awans cywilizacyjny był spaczony przez realny socjalizm, ale nie miało to wpływu na rozrodczość. Dodatkowo, naród odrabiał straty zadane przez wojnę, rodząc dzieci niejako odłożone na później. Tak powstawał wyż demograficzny, dziś już na emeryturach.

Wielki skok

W ciągu czterech dekad po raporcie Klubu Rzymskiego zrobiło się nas dwa razy więcej i jednocześnie następował niebywały awans materialny i cywilizacyjny gigantycznych obszarów świata. Już nie tylko Japonia. Także Chiny, Korea Południowa, Indonezja, Indie, Tajlandia, Wietnam, Południowa Afryka, Brazylia, Meksyk to dziś potęgi gospodarcze. Wyrywają się z zastoju kraje Czarnej Afryki. Wszędzie nie bez problemów, lecz gdzie ich nie ma? Wszędzie są wielkie kontrasty społeczne, lecz podstawowa masa mieszkańców tych właśnie krajów żyje już bez porównania lepiej niż jeszcze poprzednie pokolenie.

Ryszard Kapuściński, który był lewicowcem łagodnym, raczej współczującym niż przepojonym chęcią burzenia, nie przyjął w pełni do świadomości tej zmiany. Zmiana, którą odnotował, polegała na tym, że w początkach jego kariery reporterskiej w opisywanym przezeń świecie ludzie chodzili boso i w łachmanach, a ostatnio w japonkach, lub w ”adidasach”, a prawie na każdym był dżins i t–shirt. Zgadzał się w rozmowie, że jakiekolwiek obuwie to znacząca poprawa warunków życia, a ubiór, taki sam jaki noszą tych rejonach przybysze z bogatych krajów, wydobywa z upokorzenia. Ale tu dochodzi jeszcze jeden element. Te miliardy par taniego obuwia, spodni i koszulek nie powstawały w zakładach Manchesteru, Nadrenii czy Pensylwanii. Produkuje się je w  tych krajach, w których się je nasza. I dla tych krajów, w których się już takich prostych rzeczy nie produkuje.

W okresie późnego feudalizmu i odkryć geograficznych Zachód zdobywa obszary, na których pozyskuje surowce, płody i niewolników. W miarę kolonizowania tych terenów stają się one rynkami zbytu, a w dalszym ciągu, dzięki elementom infrastruktury i już kwalifikowanym, a jeszcze tanim pracownikom, miejscem dla inwestycji. Wpierw zagranicznych, z czasem miejscowych. Na tym właśnie polega globalizacja – współczesny etap rozwoju cywilizacji.

Prognoz jest wiele i nie są jednakowe. Ta jest oenzetowska i na dziś chyba lepszej nie mamy. Dane w milionach.

 

2015 2030 2050 2100
Europa 738 734 707 646
Ameryka Płn. 358 396 433 500
Ameryka Łac. 634 721 784 721
Afryka 1186 1679 2478 4387
Azja 4393 4923 5267 4889
Australia, Oceania 39 47 57 71
Świat 7.348 8.500 9.726 11.214

 

Gdybym miał pewność, że będę mógł porównać tę prognozę z rzeczywistością roku 2030, to postawiłbym na nią każde pieniądze. Większość populacji przypadającej na ten rok już się urodziła. Dość dokładnie wiadomo ile się do tego czasu urodzi i ilu z nas umrze. Ale prognoza na rok 2050 wydaje się już tylko prawdopodobna. Sprawdzi mój syn. To tylko trzydzieści pięć lat, tyle ile dzieli nas od początku Karnawału Solidarności, dla mnie; przedwczoraj. Może więc zaistnieć sytuacja zbliżona do prognozowanej jeśli nie wystąpią nowe zjawiska, lub nie nasilą się, dziś jeszcze mało ważne procesy. Natomiast na pewno nastąpią, na pewno nasilą się, jeśli chodzi o drugie półwiecze naszego wieku, choć nie do końca możemy powiedzieć co się zmieni i jak.

Chciałbym, aby na progu XXII wieku mój wnuk i wnuczka – odpowiednio 9689 lat – mieli przed sobą tę prognozę. Ale warto nad nią chwilę posiedzieć i dziś, przyjmując robocza hipotezę, że jest prawdziwa i pamiętając, że w roku 2000 było nas 6.118 miliarda.

Przez pierwsze półwiecze XXI–go wieku skok w skali świata trwa; ludność powiększa się o 3.6 miliarda, czyli o 59 procent, a w drugim ma wzrosnąć tylko o 1.49 miliarda, czyli 15.3 procent. Już następuje spowolnienie przyrostu. O ostatni miliard powiększyła się ludzkość w ciągu 13 lat, na poprzedni starczyło 11 lat. A później potrzeba będzie półwieku, aby przybyło półtora miliarda. Jeśli przybędzie.

W drugiej połowie wieku bowiem, ludność Azji ma się zmniejszyć o 378 milionów. To więcej niż wynosi dziś ludność Ameryki Północnej i ponad połowa obecnej ludności europejskiej. W tym drugim półwieczu o  63 miliony ma się zmniejszyć ludność Ameryki Łacińskiej, z tym, że być może jest tu brana pod uwagę migracja do Ameryki Północnej, w której przewidziano zaskakująco wysoki przyrost. Natomiast w Azji wygląda to dosyć klarownie. Ten kontynent był pierwszym obszarem tak zwanego niedawno Trzeciego Świata, który zaczął się dźwigać ekonomicznie i pierwszy zaczyna powtarzać demograficzną ewolucję Europy. A ta już praktykuje trzeci model rozrodczości.

Mało się rodzi, wszystko przeżywa i żyje długo. Dzieci już nie są inwestycja dla rodziców. Są kosztem. Umilają, ale i komplikują życie. Utrudniają karierę. Głównie kobietom, które gwałtownie awansują, studiując, a zapewne niedługo przegonią mężczyzn, niezależnie od wszelkich kwot i parytetów. Wyzwalanie się kobiet w jakimś stopniu dokłada zajęcia mężczyznom. W  każdym, razie każde dziecko stanowi problem, a im bardziej rozwinięte społeczeństwo tym większy problem. I do tego urodzenie dziecka udaje się zaplanować. Polityka rodzinna, czy prorodzinna, może i powinna ułatwić ludziom życie z dzieckiem, ale nie odwróci trendu cywilizacyjnego, który na pewnym etapie staje się depopulacyjny. Przy czym już widzimy, że jest uniwersalny.

Warunki lokalne, obyczaje, religia mają wpływ, ale ograniczony. Na odpowiednio wysokim poziomie dzietność spada. Dotyczy to również Francji, stawianej Europie jako wzór. Tam już dzietność, choć w skali Europy wysoka, nie zapewnia całkowicie reprodukcji prostej. A stosunkowo wysoki wskaźnik urodzeń, wbrew przypuszczeniom, w  niewielkim stopniu zależy od muzułmanek. Niezależnie od powikłań kulturowych, imigranci w kolejnych pokoleniach upodobniają się do autochtonów bo mają podobne problemy.

Zaskoczeniem, przynajmniej dla mnie, okazała się niedawna informacja, że w teokratycznym Iranie wskaźnik urodzeń na jedna kobietę wynosi 1,8. Jakiś czas temu, fenomenem był fakt, że większość mieszkańców nie przekroczyła tam piętnastu lat życia. Czas ten minął. Niedawne piętnastolatki są już w wieku rozrodczym i jest jak jest. Można przewidzieć, że już niebawem wychodzenie z izolacji, wzrost zamożności nie przyczyni się do wzrostu ilości poddanych ajatollahów.

Co będzie dalej?

Oprócz przytoczonej wyżej prognozy ONZ, są i takie, które przewidują, że światowa populacja zatrzyma się na dziewięciu miliardach, poczym zacznie się zmniejszać. I że może to nastąpić akurat w połowie wieku.  A może dojdzie do tych jedenastu miliardów przy końcu naszego wieku i od tego przesilenia będzie się nas robiło coraz mniej? W każdym razie, przy obecnych trendach, suma zmian w poszczególnych częściach świata i krajach doprowadzi do takiego przesilenia w skali świata. Nie wiemy kiedy i na jakim poziomie to nastąpi, ale nie wiemy też co by mogło unieważnić taką prognozę.

Co będzie jeszcze dalej? Może wykształci się kolejny model rozrodczości. Może zatrzyma się na jakimś poziomie, może ludzkość będzie się zmniejszać aż do samounicestwienia, nie czekając  na koniec świata.

Raczej na pewno będą się zwiększać migracje. Zwracają na siebie uwagę te związane z wojną, terrorem, ale  większość ma charakter ekonomiczny. Czy zaczynający się boom w Afryce powstrzyma migrację? Czy może spowoduje wcześniejsze zahamowanie powiększania się ludności. A napór migracyjny na wschodniej półkuli niekoniecznie musi skierowany wyłącznie do Europy, skoro zmniejszać się będzie ludność Azji.

Problem z brakiem ludzi do pracy mogą – i to dość szybko – mieć…Chiny. W ”China Daily” znalazłem informację, że Chińczyków byłoby o 400 milionów więcej gdyby nie drakońska polityka jednego dziecka. Może to autosugestia, lecz na ulicach miast prawie nie widać tam  dzieci.(Nie oczekiwałem, że i miastowe mają spodnie rozcięte na pupie, by nie komplikować obsługi rodzicom) Widzi się natomiast ogromne, zorganizowane wycieczki starych ludzi w cesarskich pałacach, świątyniach, muzeach i na Wielkim Murze. Ktoś musi o nich dbać, a już  zaczyna brakować tych 400 milionów pracujących, między innymi, na potrzeby wciąż bardzo tam szanowanych seniorów.

Demograficzne Kasandry w jednych miejscach grożą katastrofalną depopulacją, a w skali świata kontynuatorzy Klubu Rzymskiego przewidują  zamordowanie naszej planety przez dalej powiększającą się ludność. Zaś problem polega na tym, że jego ujęcie  w skali globu nie bardzo przystaje do konkretnych sytuacji w konkretnych miejscach.

A generalnie nie jest źle. Zmieścimy się. W takich Stanach Zjednoczonych, kiedy tam żyli tylko polujący Indianie, zagęszczenie nie mogło przekraczać czterech osób na sto kilometrów kwadratowych. Obecnie żyją tam raczej dostatnio 322 miliony ludzi i jak się leci nad tym krajem to widać, że przeważnie jest pusty. Taki też będzie w połowie wieku, kiedy zamieszka tam 390 milionów.

Najciaśniej jest w Monaco; 18292 ludzi na kilometr kwadratowy i nie wyglądają na takich, którym jest źle. Siedemdziesiąt tysięcy dolarów PKB na monakijczyka pozwala jakoś znosić ciasnotę.

Czy zabraknie surowców? Co jakiś czas podawane są kolejne terminy, w których ma zabraknąć ropy, gazu i węgla i ciągle są odkrywane nowe zasoby. Starcza dla siedmiu miliardów, może starczy i dla dziewięciu. Jeśliby miało dojść do jedenastu, to chyba już do tego czasu będzie sposób na uzyskiwanie energii z wodoru i na efektywne jej przechowywanie. To by rozwiązało problem zanieczyszczania środowiska i pozyskiwania odsalanej wody ze światowego oceanu. Stale też mamy pod ręką energię jądrową, której się przesadnie obawiamy.

Jednym słowem: żyć nie umierać.

Ernest Skalski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. A.P. 03.08.2015
  2. W. Bujak 03.08.2015
  3. PIRS 03.08.2015